podmiot-liryczny

Czyli o (r)ewolucji w życiu pewnego małżeństwa

Siedzę z PL w domu od wtorku. A właściwie od soboty, gdyż OPL postanowił wybrać się na męski wypad na narty. Daleko. I zgodnie z Prawem Murphy’ego właśnie wtedy PL musiał się rozchorować. Taki los.
Ponieważ we wtorek tylko kaszlał, dostał syrop z lipy, babki i Bógwieczego jeszcze. I od środy dycha jak stary dziad. Więc wybrałam się z nim dziś do laryngologa-pediatry. Jak tylko wyszliśmy, wiedziałam, że będzie jazda. No bo ile można siedzieć w domu, patrzeć na tę samą gębę. Trzeba w końcu użyć życia, no nie?
Nie zdążył nawet powiedzieć dzień dobry, gdy dostrzegłam ten błysk w oku. I już wiedziałam, jak to się skończy. I wzięłam oddechów kilka, i westchnęłam, bo PL wypieczętował biurko pieczątką Pani doktor… Potem zaczął brykać i skakać i pokazywać swe rozrywkowe oblicze…
Czego to ja się nie nasłuchałam… Że powinien mieć rodzeństwo, bo wtedy nie pozwalalibyśmy mu na TAKIE zachowanie, że dzieci to teraz takie rozpuszczone (niby nie o nas, ale w temacie, nie?).
A na koniec dostałam receptę na syropek, co pomoże przy alergii i wyciszy jednocześnie (tu Pani doktor znacząco mrugnęła).

Mam ochotę się go napić. Duszkiem. Do dna…

Dzień 1818.

Brak komentarzy

Zastanawiałam się, czy nie założyć bloga o PL, gdy przypomniałam sobie, że przecież [TADAM!] mamy już jeden.
Wracamy do życia i opisujemy nasze codzienne życie z PL.
Od dwóch lat wiemy jednak, jak to nazwać: Zespół Aspergera.
Bywa wesoło, bywa trudno, lecz nie nudno!

Dorośli tracą fenomenalną zdolność cieszenia się rzeczami zwyczajnymi. I dlatego obcowanie z czterolatkiem może być bardzo pouczające. Sobota. Dwie atrakcje – basen oraz lody w kawiarni. Podmiot Liryczny był przeszczęśliwy. Cieszył się już, wiedząc, że wychodzimy. Na basenie po prostu emanowała z niego radość. Taka prosta, niekontrolowana radość. Nawet kiedy dokonał dość ryzykownego manewru na zjeżdżalni, radość zniknęła tylko na chwilkę. Podrzucanie, wyścigi, piłka, wychodzenie po schodach, skakanie w wodzie na jednej nodze, zjeżdżanie po słoniu, siadanie na desce… Tyle radości.

A potem pojechaliśmy do kawiarni na lody. PL wybrał sobie z karty deser – nic wielkiego, kulka (gałka) lodów, bita śmietana, jakaś posypka, trochę czekoladowej mazi. A wszystko na talerzyku w kształcie samochodu. – Ale będzie! – powtarzał co chwilę podekscytowany.

Uczmy się tej codziennej radości od naszych dzieci!

Podmiot Liryczny zaczyna co raz odważniej posługiwać się swoją wyobraźnią. Wczoraj zaprosił mnie do swojego pokoju, żebyśmy razem robili sok. Pokazał mi swoją nieistniejącą maszynę do soków, wkładaliśmy do niej cząstki pomarańczy i ananasa (odrywając je z plastikowych zabawek), a potem wypiliśmy zrobiony nieistniejący sok z nieistniejących kubków. Co ciekawe, PL z miłą chęcią wypił zrobiony przez siebie nieistniejący sok ananasowo-pomarańczowy, natomiast realnego za żadne skarby wypić nie chce.

Mamy w kuchni roboczy kalendarz, takie domowe centrum dowodzenia NASA. Od jakiegoś czasu Wojtek uwielbia planować różne wydarzenia, zakreśla „w pentelkę, mamo” konkretne daty i planuje. Ale ponieważ inny kalendarz kartkowy, taki zrywany, zamoczył podczas „ozdabiania” go farbami, stworzył sobie nowy, własny. Tylko że miesiąc ma w nim 79 dni. No i tak sobie stoi i na głos planuje, że 68 lutego coś tam zrobi. I mój wewnętrzny głos każe mi go skorygować. Więc koryguję i mówię:
- Synku, ale luty ma 28 dni. Nie ma takie dnia jak 68 lutego…
- Mamo, ale to jest mój kalendarz. Ty masz swój na ścianie…
I nie wiem teraz, czy to po mnie ma te cięte riposty, czy po Ojcu Tego Dziecka Asertywność posuniętą do granic bólu…

Wybraliśmy się na chwilę do dziadków. Po kilku miesiącach. Podmiot Liryczny przejął dom we władanie, czyniąc sobie z babci i dziadka swoich podwładnych. Dostał mnóstwo dziwnych prezentów (na szczęście część mogliśmy zostawić tam, a nie wszystkie były grająco-jeżdżące), z których najfajniejszy jest mały laptop z edukacyjnymi zabawami po angielsku. Dzięki zabawom PL podłapuje co raz to nowe zwroty po angielsku i zaczyna nam powoli zaczynać jakaś normalna językowa interakcja. Dziadkowie nawet przywieźli jedną Świnkę Peppę po angielsku.

O dziwo – PL był grzeczny, super zjadał wszystkie posiłki, generalnie – cud wnuk. A najfajniejsze w tym wszystkim było to, że do dziadków podchodzi dość asertywnie i nie daje się podejść. Woła z góry mamę: – Mamo. Babcia odpowiada: – Słucham. Woła: – Mamo. Babcia: – Słucham. PL: Wołam mamę, nie ciebie.

Poza tym wysłuchaliśmy mnóstwa fantastycznych rodzinnych opowieści, Dziadek PL wykonał likier jajeczno-kawowy prima sort, a w kominku u dziadków po prostu można się zakochać.

- Mamo. Życzę sobie jutro na śniadanie kanapki z miodkiem. A po przedszkolu życzę sobie żebyśmy poszli pograć w misie patysie. A ty czego sobie życzysz? – mówi PL.

Wybraliśmy się wczoraj na dłuższą wycieczkę do bardzo starego miasta. Podczas powrotnej podróży samochodem PL zaczął już przysypiać. Ale kiedy zatrzymaliśmy się na tankowanie samochodu, PL zatankował wodę z miodem ze swojego nowego termosu i siły wróciły. Skupił się na obserwowaniu nawigacji i liczby minut, które pozostały do celu. W związku z tym pytał:
- Ile jeszcze zostało?
- 38 – odpowiedzieliśmy jednocześnie z Matką PL.

Bardzo mu się ta jednoczesność spodobała i przez następny kwadrans kazał nam powtarzać jednocześnie różne liczby. Zaczęło się standardowo, ale ponieważ niedawno wałkowaliśmy ogromne liczebniki, w końcu zaczęły się takie polecenia, jak 100 miliardów, 80 bilionów, czy też bilion bilion. Każda nasza odpowiedź spotykała się z salwą śmiechu dochodzącą z tylnego siedzenia.

Gdzieś o 3 w nocy PL obudził się i poprosił Matkę PL, żeby poszła z nim spać do salonu na kanapę. Poszła. Gdzieś ok. 7 rano obudził mnie głos PL: – Mamo… Maaaaamo. Mamo! Maaaaaaaaamo, wstawaj! Trwało tak z przerwami przez jakiś czas (Matka PL nie jest rannym ptaszkiem). W końcu powiedział: – Mamo. Wstawaj. Jest już 7:40! (z wielkim wyrzutem). Ot weekend. Jutro Matka PL chyba bez skrupułów będzie budzić PL do przedszkola. Tak czuję.

Podmiot Liryczny bardzo lubi asystować przy robieniu soków – podawać owoce i warzywa przed obraniem, podawać kawałki różnych owoców i warzyw do wyciskania, ale: 1) soków spróbować nie chce pod żadnym pozorem (- Ja lubię soki malinowy i miodkowy – mówi) 2) nie dotyka pomarańczy, cytryny, grejpfruta i wszelkiego innego wilgotnego dziadostwa, bo może sobie ręce pobrudzić. Buraka, czy marchewkę – bez żadnego problemu.

- Mamo! Puchatek nie może odpędzić tej nakrętnej pszczoły! – krzyczy PL.
- Natrętnej – poprawia Matka PL.
- Nakrętnej.
- Natrętnej.
- Nakrętnej…

Teraz oczywiście możemy się z tego śmiać, ale sytuacja wczoraj wieczorem nie należała do najprzyjemniejszych. Krew w stolcu, zatem najpierw wieczorny dyżur w przychodni i natychmiastowe skierowanie na SOR. Na szczęście chirurg dziecięca przyszła bardzo szybko – było bowiem podejrzenie, że to krwawienie z układu pokarmowego. Skończyło się na strachu, bo okazało się, że to nic poważnego – ot, standardowe pęknięcie jakieś tkanki.

Ale. Ostatnio, przy okazji naszej batalii kurzajkowej, Matka PL często używała argumentu: „bo pojedziemy do szpitala i pan doktor wytnie ci krostkę”. Zatem Podmiot Liryczny jest już w gabinecie, przychodzi pani doktor, zaczyna się badanie. I nagle PL mówi:

- Mamo, ale nie powiemy pani doktor o krostce.
Cisza. W końcu odezwała się pani doktor:
- Ja nic nie słyszałam.

No i nie powiedzieliśmy.
Podmiot Liryczny był bardzo zadowolony z wieczornej wycieczki do szpitala. – Fajnie było na tej wycieczce – powiedział. Jakże inne są perspektywy 4-latka.

- I oczywiście skończyła się ta piosenka – powiedział PL, kiedy skończyła się w samochodzie kolejna z piosenek puszczanych z odtwarzacza.

Po pierwsze nasz czteroletni Podmiot Liryczny został pełnoprawnym czytelnikiem, bowiem ma swoją własną, podpisaną kartę biblioteczną. Pani uznała, że przecież korzysta on z niej, jak każdy inny, wypożycza książki, to musi mieć swoją kartę. Dziecko dumne i szczęśliwe!

W ramach zabaw, które są zabawami potrzebnymi, rehabilitacyjno-rozwojowymi, PL musi ostatnimi czasy podnosić stopami chustkę (lubi to, bo chustką można potem rzucić do góry), toczyć piłkę po ścianie (lubi to, bo może się podroczyć, piłkę kopnąć, itp.), bawi się też w przelewanie i przesypywanie. Wczoraj pół kuchni było w ziarenkach siemienia lnianego.

- Chcę odkurzyć – poinformował PL.
- Sam – zastrzegł.

No i Matka PL wyjęła odkurzacz, a PL… zaczął powolutku odkurzać. Zabawa mi się spodobała tak, że po odkurzeniu kuchni przeszedł na przedpokój, potem w inne zakamarki mieszkania. I po prostu odkurzał sobie. Być może życie rodziców stanie się nieco prostsze :).

Poza tym trwa walka z kurzajką. Mamy mocnego zawodnika. Nie działa nawet dość ordynarne przekupstwo w postaci nowej książki o Elmerze. Możemy powiedzieć, że jesteśmy w sytuacji patowej. Nawet w nocy, kiedy próbujemy (jak w konspiracji – z latarką w ciemnym pokoju) zakraść się do stopy, ta stopa nagle ożywa i ucieka. Ale to na pewno nie jest nasze ostatnie słowo.


  • RSS