podmiot-liryczny

Czyli o (r)ewolucji w życiu pewnego małżeństwa

Wpisy z okresu: 1.2012

Dzień 50/2

3 komentarzy

Jako młody tata często w miejscu pracy spotykam się z pytaniem: – Jak tam mały?
Ponieważ pytania padają już za często, przyjąłem najprostszą z możliwych form odpowiedzi:
- Żyje.
Reakcje, jak można było się spodziewać, są różne ze wskazaniem na lekkie niezrozumienie :).

Dzień 50

3 komentarzy

Kiedy patrze na tagi, to największy bije aż po oczach… teściowa, znana także od wczoraj jako Adwokatka PL, króluje w temacie. – Ale jest marudny po tym szczepieniu – zagajam wczoraj. – E, marudny… Normalne dziecko! - rzecze Adwokatka. – Nie normalne, tylko marudne, wcześniej taki nie był – odpowiadam. – No tak, przecież to wasze dziecko, wiecie najlepiej – odpowiada. I sama się pytam, po co te dopowiedzenia? To tylko sprawia, że wysupłane w pocie czoła chęci do budowania w miarę pozytywnych relacji, po prostu szlag trafia.

Wpadła wczoraj po przeziębieniu. Prosiłam przez telefon: jeśli mama jest ZDROWA zapraszamy. Jak grochem o ścianę. Przyszła z zatkanym nosem, choć tu opinie są sprzeczne, bo ja twierdzę, że zatkany był, co było słychać, ale OPL (jakby nie było, niegdyś uczeń szkoły muzycznej, więc słuch powinien jako taki mieć), miał inne zdanie. Odwożę ją do domu. – Źle się czułam, ale już mi lepiej – mówi. – Ale wciąż ma mama zatkany nos! - mówię. – No mam – odpowiada. Spuszczę na to zasłonę milczenia…
Jak Bóg mi świadkiem – jeśli jutro przyjdzie z równie zatkanym nosem, odbije się od drzwi.

- Każde obżarstwo musi się kiedyś zakończyć wymiotami - pomyślałam, gdy PL spektakularnie obrzygał na wieloryba to i owo po zjedzeniu prawie 120 ml matczynego mleka.

I co mam zrobić z tak pięknie rozpoczętym dniem?

Dzień 49/2

Brak komentarzy

Wpadła dziś mama/teściowa. Zapytała, czy może coś zrobić, ugotować itp. Kilka dni temu kupiłem taki sernik… w pudełku. Ale zupełnie nie miałem czasu się za to zabrać. Zatem poprosiłem szczęśliwą mamę, żeby zrobiła sernik. Zdziwiła się lekko, powiedziała, że ciasto z torebki robi pierwszy raz w życiu, ale szybko załapała, co i jak. Sernik, żeby nie było, z czekoladą. Ciasto upieczone, masa zrobiona (bez miksera, żeby nie obudzić Podmiotu Lirycznego, który zrobił sobie przerwę, żeby nabrać sił przed kolejnym marudzeniem) i całość do piekarnika.

Czas w kuchni odmierzamy takim zegarkiem-biedronką (chyba IKEA). Ustawiłem mamie ten zegarek i wróciłem do pracy przy zajmującym dokumencie, który muszę na jutro zrobić do pracy. W którymś momencie nawet usłyszałem dzwonek-biedronkę z kuchni. 20 minut później oderwałem się od pasjonującego zadania, wchodzę do kuchni, a ciasto dalej się piecze… Mama uznała, że jak się dzwonek włączył, to piekarnik wyłączył się sam, bo taki nowoczesny. Ale on taki nowoczesny wcale nie jest. Mama przerażona. Na szczęście przypalił się tylko odrobinę, a ja i moi koledzy z pracy zjemy go z ogromną przyjemnością.

Dzień 49

Brak komentarzy

MPL postanowiła zamienić naszą sypialnię w chłodziarko-zamrażarkę. Pogoda jest taka, że raczej spacer z Podmiotem Lirycznym (warto nadmienić, że jazdę w wózku oraz jazdę samochodem nasz syn uwielbia) jest wykluczony, bo po prostu zimno straszliwie (wiem, bo spacer do pracy zabiera mi jakieś 30 minut, a z domu wychodzę o 6.30). Dlatego też małżonka weranduje. Na szczęście szparę pod drzwiami przykryła jakimś kocem, czy też polarem i nie ma jakiegoś strasznego przeciągu. Ale i tak czuje, że coś chłodzi się w mieszkaniu. Może w zimnie Podmiot Liryczny będzie trochę spokojniejszy, bo od rana podobnież mocno rozdrażniony życiem.

Poza tym PL nie przejmuje się zupełnie tym, że uważamy, iż straszliwie dużo je (dorabia się kolejnych przezwisk, takich jak „Mlekopij”, „Pochłaniacz”, czy też bardziej swojski „Pasibrzuch”) i bije kolejne rekordy. Na mililitrach zna się MPL. Ja tylko obserwuję. Może to ze względu na okres szybkiego wzrostu? A może po prostu rzeczywiście głodomór. Jedzenie chyba sprawia mu przyjemność, bo nawet kiedy musi jeść witaminy, albo smarować go trzeba było specjalną maścią, to smakuje je jak koneser (a doktor ostrzegał, że to takie niesmaczne, że może powodować wymioty).

Niniejszym jeszcze raz przepraszam małżonkę, że się wyrażam w sprawie Babci Podmiotu Lirycznego, czyli jej teściowej. Może rzeczywiście relacja, jaką ja ze swoją teściową mam, należy do dziwnych, odmiennych, nietypowych, skrzywionych, czy też nawet dewiacyjnych? Wiem, że z moją mamą ciężko nawiązać nić porozumienia. Sam miałem i mam tego typu problemy przez ostatnie… życie. I miałem bardzo dużo czasu na praktykę. Mam nadzieję jednak, że neutralność życzliwa jest do osiągnięcia. Obiecuję takowoż, że nawet zrzucenie jej ze schodów – w afekcie, czy też rozmyślnie – nie zmniejszy w niczym mojego uczucia do Matki Podmiotu Lirycznego.

Dzień 48

Brak komentarzy

Noc. Zegarek pokazuje 3:25. Dzięki Podmiotowi Lirycznemu odkrywam także i tę porę istnienia świata, jeszcze niedawno tak skutecznie omijaną. Ale nie narzekam. Funkcjonuje się na zupełnie innych zasadach i innym tempie. Jest mróz. Daje się to też odczuć we wnętrzu trochę. MPL podjęła chwilową walkę o ciepło syna i spróbowała przykryć małego po brodę, bo przecież jeżeli nam chłodniej, to jemu chłodniej też (teoretycznie rozumowanie logiczne). Walka to jednak z wiatrakami. Ręce muszą być na wierzchu.

Nocna zasada jest taka – jak chrapię, idę do drugiego pokoju. Z własnej nieprzymuszonej woli. Nie ma sensu dokładać jeszcze cegiełkę do niewyspania żony. Ona i tak ma w nocy do roboty więcej, bo jej radar ma ustawiony znacznie wyższy poziom czułości niż mój.No, ale też jeżeli śpię w drugim pokoju, to ona już mnie nie obudzi tym nieszczęśliwym: „No nie chrap…”, albo „Chrapiesz…”. Dzięki temu i ja mogę pospać trochę dłużej. Jak to mówią w krajach anglosaskich: sytuacja win-win. Nie mamy z tym problemu. Wieczorne zasypianie to inna sprawa, bo lubię, jak żona wtula mi się w ramię. To taka mała, prosta, zwyczajna chwila bliskości. Natomiast spać można oddzielnie, gdyż cel spania jest bardzo egoistyczno-jednostkowy. Śpi się po to, żeby się wyspać.

Na szczęście jednorazowe nocne karmienie zaczyna wchodzić małemu w krew. Dzięki temu wysypiamy się bardziej, a jak wiadomo człowiek wyspany to człowiek lepszy. Jeszcze kilka miesięcy temu jakoś nie zwracałem na to uwagi.

Przysłuchuję się trochę światu za oknem. To przez sobotę/niedzielę. Niedaleko jest klub. Na szczęście okna mamy dość dobre, ale jak się człowiek wsłucha dokładnie, to daje się usłyszeć takie leciutkie, rytmiczne łup-łup-łup. Ciekawa i zagadkowa alternatywna rzeczywistość. Bo ktoś tam zapewne teraz jest, inaczej całe łup-łup byłoby zupełnie niepotrzebne. Nie nasz świat.

Dzień 47

2 komentarzy

Poranna sytuacja typowa dla soboty i niedzieli, kiedy robię sobię rano kawę. MPL, która kawy nie pije, gdyż karmi, blokuje wyjście z kuchni i pobiera haracz dwóch łyków za wypuszczenie mnie z kuchni. I jeszcze twierdzi, że to najprzyjemniejsza chwila dnia.

Podmiot Liryczny po raz kolejny budził się w nocy raz. Na trochę dłużej, ale potem pozwolił nam pospać do siódmej. I powolutku zaczyna się naśladownictwo min.

Dzień 46

Brak komentarzy

Taki to dzień i data, kiedy w domu się nie jest. Bywa. Praca. Ja dziś nieobecny, a PL przeszedł szczepienie. Podobno dzielnie.

Nie śpiąc nad ranem zastanawiałem się nad dziecięcym płaczem. Dla Matki Podmiotu Lirycznego każdy płacz to wbicie szpilki w różną część ciała, choć najczęściej trafiają w jej serce. Po prostu nie da rady inaczej. Natychmiast trzeba sprawdzić co się dzieje, dlaczego się dzieje, a przede wszystkim jak temu zaradzić. Staram się przekonać, przetłumaczyć, nakłonić, że natychmiast może trochę potrwać. Czasami odczekuje udając, że wskazówki przesuwają się szybciej i mówiąc po minucie, że na pewno już minęły trzy, albo coś w tym rodzaju. Ja natomiast wsłuchuję się w płac bardziej… muzycznie nieco? To takie fascynujące nuty, które sobie płyną. Już wyczuwam moment, kiedy płacz ma się ku końcowi, już za chwileczkę, już za momencik. Najzabawniejsze, acz dramatyczne, są te jego pokasływania, kiedy brakuje już my pary w płucach i trzeba się nakręcić, napędzić, żeby matce wbić jeszcze więcej szpilek. Wydaje mi się (znów to wydaje…), że Podmiot Liryczny nieco inaczej podchodzi do sytuacji, kiedy do pokoju wchodzi tata, a kiedy mama. Z tatą nie idzie mu tak łatwo, bo się Ojciec Podmiotu Lirycznego przejmuje nieco mniej, tylko sobie słucha z ciekawością płaczu. Do czasu oczywiście. To przez odłamki z trafiających matkę szpilek…

Wiemy już, że PL musi, po prostu musi mieć odkryte ręce, kiedy zasypia. Po przykryciu pełniejszym następuje szybka akcja i ręce już wyłażą. Ten model tak ma. Matka PL podpowiada, że musi też mieć dość ścisłe skarpetki, bo luźne ściąga od razu. No i jest endomorfikiem. Ja jeszcze nie wiem co to do końca oznacza, ale teraz to czas mamy na czytanie mądrych książek, które mówią np,, że w okolicach czwartego tygodnia częstotliwość karmienia powinna spadać do ok. pięciu. A mnie tramwaje jeżdżą po… po obu oczach chyba.

Dzień 45

Brak komentarzy

Poranek z Podmiotem Lirycznym zapowiadał się cudownie. Przespał niemal (z dwoma drobnymi i niezauważonymi przez OPL pobudkami) całą noc ku uciesze MPL. Rano wycałowany i przebrany zabrał się do drzemki aż tu nagle… dzwonek do drzwi. MPL myślała, że to listonosz z poleconym, ale się rozczarowała… To wpadła Babcia Podmiotu Lirycznego, zwana również Niebezpieczną Teściową. Było przed dziesiątą (!).
W popłochu zaczęliśmy się zbierać do wyjścia na spacer, by ukręcić łeb wszelkim możliwym złościom na zastaną sytuację. Ubrani i gotowi wydaliśmy kilka dyspozycji (rosół, podłoga, wieszanie prania) i (dalej) w błogim nastroju, poszliśmy zażywać miłego poranka. Poszliśmy po buły, gdzie w kolejce starsza pani przestrzegła MPL, by nie spuszczała wózka z oka („Pani Kochana, kiedyś to ja mogłam wózek na zewnątrz wystawić i pić herbatę w domu. A teraz? Co to się porobiło…”), przeszliśmy przez targ itp. Złość wywietrzała z głowy MPL i uznała, że po półtorej godzinie łażenia po mrozie i odmrożeniu ud oraz nosa, jest gotowa, by stawić czoła wyzwaniu.
W domu pachniało rosołem. Podmiot Liryczny zjadł i gotów był do drzemki, gdy wpadła BPL i zaczęła kwilić do Podmiotu. Podmiot osłupiał, ale ożył nagle z marazmu przedspaniowego i ożywał co 5 minut, gdy MPL usiłowała go uspać. A dlaczego ożywał? Ano dlatego, że BPL postanowiła interweniować za każdym razem PRZED (!@#$%^&&!!!!) MPL. I trwały wyścigi. Która pierwsza, czy BPL zdąży z kuchni, czy MPL zdąży z laktatorem przy cycu. I wygrywała zwykle MPL, zdając sobie sprawę, że CAŁA praca nad Podmiotem, by SAM starał się uspokoić, poszła się gonić…

Tak, to był zaiste ciężki dzień, gdzie moja cierpliwość była wystawiana wiele razy na próbę.

Dobrze, że rosół był smaczny.

[Zostało jeszcze tylko 13 dni Inwazji].

Dzień 44/2

3 komentarzy

MPL: Chcesz wymasować małego?
OPL: Nie.
MPL: Dlaczego?
OPL: Bo jest ważny mecz.
MPL: Jak to?
OPL: No normalnie. Jest ważny mecz.

Na szczęście spotkałem się z pewną dozą wyrozumiałości…

Dzień 44

1 komentarz

Noc raczej niezauważalna. Oby pięciogodzinny sen stał się normą. Ciekawy jestem, co się śni Podmiotowi Lirycznemu? Czarno-białe obrazki z książeczki? Wielka i zawsze dostępna butla mleka? Matka, która tylko i wyłącznie przytula, ale nie brutalnie zmienia pieluchę? A może przejazdy wózkiem przez różne zaczarowane krainy? Ciekawe…

A ja staję się powoli wirtuozem usypiania na brzuchu. Na plecach Podmiot Liryczny śpi, ale zasypia niechętnie. Czasami pomaga smoczek, czasami ciepłe ramię Matki Podmiotu Lirycznego, czasem potrząsanie łóżeczkiem. Natomiast na brzuchu to zupełnie inna historia. Działa usypianie bębenkowe. Dziecko kładziemy na brzuchu, przykrywamy, a potem dwiema otwartymi dłońmi klepiemy w dość szybkim rytmie po plecach i pupie.  Czas uspokojnia od 2 do 30 sekund. Co ważne – samouspakajanie na plecach na razie niemal nie występuje. Samouspokojenie po przebudzeniu na brzuchu występuje z zaskakującą częstotliwością.


  • RSS