podmiot-liryczny

Czyli o (r)ewolucji w życiu pewnego małżeństwa

Wpisy z okresu: 2.2012

Umówmy się, że mimo szczerych chęci, jak się pojawia nowy człowiek na świecie, nie zawsze jest czas na dotychczas niezbędne kosmetyczne zabiegi. Prysznic i mycie zębów w samotności łazienki jawią się jak najdroższe SPA świata. Przyznam, że nie zawsze znajduję czas, żeby obłaskawić moje oszpecone przez fryzjerkę-debiutantkę kudły. Na szczęście mogę je nadal spiąć w mikro-kucyk poutykany tu i ówdzie spinkami. Wygląda to to niezbyt zjawiskowo, ale się trzyma, nie włazi małemu do oczu/ust/rąk, znaczy się jest ok. (Inna sprawa, że jestem z kategorii tych kobiet, dla których włosy nie stanowią wartości/wabika/bógwieczego i najwygodniej by mi było we fryzurze na zapałkę). Kiedy mam dla siebie chwilę więcej (oraz chęć przede wszystkim i zapał), zajmuję się tymi włosami, czytaj: suszę suszarką na szczotkę. Tak też zrobiłam i dziś wieczorem. Ufryzowana wypełzłam wieczorem z łazienki. OPL wchodzi w przerwie meczu i oświadcza, że idzie wziąć prysznic.
- Zapomniałeś mi powiedzieć, jak ładne mam włosy – mówię przekornie.
(Skanowanie w toku. Następuje logowanie systemu. OPL przygląda się badawczo.)
- Ładne. Byłaś u fryzjera? – zapytuje z rozbrajającą ciekawością.
- Nie. Po prostu je umyłam…

Czasem wystarczy umyć włosy, by w oczach ukochanego wyglądać bosko. Przez duże Be.

Dobranoc :-)

p.s. naprawdę nie rozumiem tego podniecania się Euro.
Euro sreuro… Żłobki by wybudowali, przedszkola. Kobiety zaktywizowali, ale nie.

Matka PL kupiła swoje ulubione chrupadło – chrupki kukurydziane zwane przez producenta z Rybarzowic „chrupką beskidzką bezglutenową”. W opakowaniu jest ich 12 decymetrów sześciennych (tak jest na napisane). Po jakimś czasie wieczornego rozkoszowania się swoją ambrozją oddała mi paczkę i powiedziała: „Idź schowaj, ale żebym nie znalazła”. Jakąś godzinę później wypadła ze śmiechem z łazienki.

Okazuje się, że pralka nie była najlepszą kryjówką. Znalazła. Muszę to jeszcze dopracować.

Miałem o tym pisać wczoraj, ale po prostu nie zdążyłem. Rozpoczynam eksperyment behawioralny. Nie, nie na Podmiocie Lirycznym, choć przyznać trzeba, że wychowanie tak małej istoty jest w pewnym sensie ogromnym eksperymentem behawioralnym (i trzeba też przyznać, że eksperyment działa w dwie strony). Eksperyment ma dotyczyć psa, którego domek mijam po drodze do pracy. Każdego dnia (czasem dwa razy dziennie, jeśli wracam tą samą drogą) pies wyskakuje i szczeka na mnie. Mnie wydaje się, że nie jest to szczekanie agresywne, ale raczej takie z nudów. Dlatego też postanowiłem przy każdym naszym spotkaniu podarowywać psu jedno pyszne psie ciasteczko. Zobaczymy, jakie będą – i czy będą – tego efekty. Ja liczę na to, że zyskam nowego psiego przyjaciela – co prawda przekupnie, ale zawsze. Małżonka, mimo wstępnego sceptycyzmy, kupiła mi całe pudełko psich ciasteczek. Także nauko – zaczynamy zabawę.

I taki właśnie bagaż genowy odziedziczył Podmiot Liryczny ;)

Częściej i częściej trzeba wymyślać Podmiotowi Lirycznemu rozrywkę. Nie wystarczy już karuzelka przy łóżeczku, śpiewanie różnych piosenek, czy jakieś takie trywialne zabawy. PL domaga się uwagi, zainteresowania i atrakcji. Lubi latać samolotem po mieszkaniu, jak tato robi „wuuuuuuu”, zmienia wysokość i perspektywę patrzenia. Nawet czasami toleruje duże wysokości i oglądanie pokoju z wysokości łóżka. Lubi też odbijanie się od materaca.

Dziś ogromną przyjemność sprawiła mu poduszka. Mamy taką dużą poduchę z poszewką z IKEA – taka niebieska w kółka. Marudzącego chłopca przygniotłem dziś leciutko poduchą i… Okazał wyraźne zainteresowanie. No i zaczęło się. Poczułem srogie spojrzenie Matki PL, kiedy na dwie sekundy zostawiałem poduchę na synu leżącym i weń wpatrującym się, ale przekonała się, że dziwna zabawa jest całkowicie bezpieczna (taty pomysły są pod tym względem szczegółowo analizowane). Także poducha wisiała nad, opuszczała się, kręciła się, wydawała dźwięki, a czasami nawet spadała na Podmiot Liryczny. Starczyło uwagi na całe 20 minut.

Zatem chyba zaczyna się etap 2 z wielu, kiedy trzeba być już rodzicem kreatywniejszym i bardziej pomysłowym, bo PL okazuje się dość wybrednym i wymagającym klientem jeśli idzie o zabawy i zdobycie jego uwagi, co bezpośrednio łączy się z zachowaniem ciszy.

Niedzielny poranek to mój ulubione czas zakupowy, o czym już chyba kiedyś pisałem. Pusto, spokojnie można wykonać zalecenia małżonki, a także pokusić się o ulubione zakupy impulsowe. Dziś postanowiłem zważyć, ile ja tych zakupów do domu przyniosłem. Wyszły 24 kilogramy. A lista wcale nie była jakoś szalenie długa. Lodówka się ucieszyła. PL chyba też, bo on bardzo lubi, kiedy lodówka się otwiera i zamyka.

Wyekspediowałem dziś Matkę PL do kina. Po dość ciężkiej nocy się jej zdecydowanie należała pora relaksu bez dziecka i bez męża. Chodziło też o udowodnienie jej, że naprawdę może od czasu do czasu nas zostawić. Zatem ona na „Sponsoring”, a ja z Podmiotem Lirycznym na spacer. Pierwszy raz samodzielnie. Pogoda niezła (choć pomiędzy okresami słońca pojawiał się wiatr z opadem śniegu), więc syn w wózek i jedziemy. Według Endomondo przeszliśmy 8,21 km w czasie 2 godzin i 7 minut (byłoby szybciej, ale kwadrans spędziłem na rozmowie z ciotką). Spalone 624 kalorie (pewnie więcej, bo Endomondo nie ma funkcji spaceru z wózkiem). Liczba wypitych kaw po drodze: 1. Liczba spojrzeń i uśmiechów mijających mnie pań: kilka.

I żeby jeszcze o liczbach to dodam, że nasza konewka ma 1,7 l pojemności.

Sobota Matki PL rozpoczęła się już w nocy. Podmiot Liryczny budzi się ostatnio do karmienia częściej. Zastanawiamy się, czy da się mu jakoś czasomierz wewnętrzny przestawić nieco, żeby w ciągu dnia jadł trochę więcej. Może zamiast mleka trochę wody? Moja sobota zaczęła się o 5 rano, kiedy to małżonkę zmieniłem na warcie. Ona mogła pospać do „po ósmej”, a ja bawiłem się w siły natychmiastowego reagowania – smoczek, karmienie, pielucha i takie tam – i przy okazji muzycznych nowości słuchałem różnistych. Piotr Bukartyk rządzi bez dwóch zdań tekstowo. I jeszcze Ladysmith Black Mambazoo – to już wokalnie. Aha – Matka PL wyspała się bardzo.

Dziś szybki warsztat chustowania. Dobrze wydane 25 złotych. Byliśmy tylko my i państwo z nieco młodszym Mikołajem. Także poszło szybko, sprawnie i przyjemnie. Poprawiliśmy parę rzeczy w naszej podstawowej kieszonce (pielucha tetrowa może robić za kołnierz!) i nauczyliśmy się nowego węzła na przyszłość, kiedy Podmiot Liryczny będzie już bardziej stabilny. PL najpierw rozglądał się ciekawie w nowym środowisku, potem zaczął trochę marudzić, ale jak tato zawinął go w chustę, to po dwóch minutach dziecka nie ma. I do końca warsztatów już nie było. Matka musiała trenować na lalce, a ja leżałem sobie w workowym fotelu i pełniłem rolę obserwatora. Cieszymy się, że wiosna idzie, bo chusta będzie mogła być w użyciu częściej i częściej. Mnie osobiście taka bliskość z synem sprawia wielką przyjemność.

Po warsztatach małżonka odstawiła mnie do sauny. Jak wróciłem do domu, zjadłem mamine pierogi i usiadłem na sofie, to poczułem się, jakby ktoś odłączył mi wtyczkę. Film się urwał całkowicie na mniej więcej godzinę. Ponowne zalogowanie się do systemu zajęło chwilę, ale się udało. Śmieszne uczucie, bo czułem, że po prostu nadchodzi reset kompletny. Ot, sobota.

Usłyszałem dochodzący z kuchni wybuch śmiechu. Matka PL robi jakieś porządki w przyprawach i znalazła cynamon, który datę ważności ma do października roku 2002. Czyli trochę z nami podróżował już… Tak w zasadzie to jest cynamon jeszcze sprzed naszego związku :)

Matka PL zawinęła syna w nową chustę. Zmieniliśmy elastyczną na tkaną. Firma NATI. Model Rodos. Chyba chcieliśmy zamówić inną (Tokyo), ale nic to. Się pomerdało. Podmiot Liryczny chrapie sobie tak, że go słychać, a Matka PL prasuje sobie (żeby nie było, że ja przy komputerze tylko, to dopiszę na marginesie, że poodkurzałem, powiesiłem pranie i wyniosłem pudło na strych). Jutro wybieramy się rodzinnie na warsztaty chustowania, także powinniśmy poznać nieco więcej, niż tylko ten pierwszy, podstawowy węzeł. Chusta do dobra rzecz.

Dobrze, że piątek już. Wyrwałem się z pracy nieco wcześniej i wybraliśmy się do IKEA. Matka PL po dwa małe stoliki (ale w koszyku wylądował jeszcze polarowy koc). Ja po zapas świeczek (a w koszyku wylądował jeszcze mały świecznik). Obiad, zakupy, hot-dog i z powrotem. Przynajmniej mamy też zapas mrożonych klopsów. Mieliśmy złożyć papiery na becikowe, ale okazało się, że MOPS dziś do 13.00.

Ot, dzień zwykły.

Małżonka w telewizji usłyszała o jakimś panu, który podczas podróży poślubnej nurkował z żoną i zakręcił jej kurek od butli. Małżonka utonęła, on dostał chyba sporą wypłatę z ubezpieczenia i nie można mu nic udowodnić (przyznał się najpierw, ale potem się wycofał). Moja małżonka oświadczyła, że nie wybierze się ze mną w żadną podwodną podróż.

Godzina ok. 5. Matka PL wraca z kolejnej sesji karmienia.
- Czuję się jak Jason Bourne – rzuciła w przestrzeń.
(zaczęły mi przez głowę przelatywać różne myśli, dlatego jednak postanowiłem zareagować)
- Bo? – zapytałem.
- Jego też pozbawiali snu.
- Ale zobacz, jak go dobrze wyszkolili – chciałem jednak jakąś nutę optymizmu znaleźć w tej sytuacji.

Przeglądam sobie blogi, strony dotyczące „świadomego” macierzyństwa, tudzież ojcostwa, wychowywania w czułości i z ukierunkowaniem na dziecko, stron poświęconych rodzicielstwu i tak sobie myślę, że sporo jest w nich jakiejś takiej napinki na Jedyne Słuszne Rozwiązania… Nawet nasza szkoła rodzenia nie była pozbawiona tych słuszności. Pamiętam jak wyszłam stamtąd lekko podłamana, bo usłyszałam, że cesarka sprawi, że oddalę się od dziecka. A ja przecież na prawdę NIE MIAŁAM WYBORU…

Jedyne Słuszne Rozwiązania podawane są na temat od przebiegu ciąży, porodu, powitania na świecie, po początki macierzyństwa, żywienie, pieluchy, pranie itp. Wiem, że to ja decyduję o tym, co wybiorę i kogo posłucham, ale mam nieodparte wrażenie, że młode matki (i ojcowie) są niemal zalewani, bombardowani informacjami, jak POWINNO wyglądać macierzyństwo (ojcostwo). Jeśli poród, to jedynie naturalny. Jeśli nie ma powitania na brzuchu – to już przerąbane – zatraciłaś kontakt z dzieckiem. Jeśli nie karmisz piersią – dramat – nie zrozumiesz własnego dziecka, bo nie jesteś z nim w KONTAKCIE. Używasz pieluch jednorazowych? Dramat – zaśmiecasz środowisko. Marchew? Tylko ekologiczna. Smoczek? A skąd! Zajęcia edukacyjne już zacząć powinnaś od poczęcia, by twoje dziecko nawijało w wieku dwóch miesięcy gugugu po chińsku… I tak dalej i tak dalej. Staram się zrównoważyć te wszystkie informacje, ale wydaje mi się, że świat się jakoś zrobił dzieciocentryczny. Te wszystkie gazety, poradniki, strony internetowe, programy w telewizji itp. Moja mama ani babcia czegoś takiego nie pamiętają. Nie sądzę, aby w lot spełniały każde życzenie dzieci i wnuków, albo zamartwiały się nad jego rozwojem psychomotorycznym. Nie myślę tu o zamknięciu się na dziecko i ignorowaniu jego potrzeb, kocham moje dziecko miłością ogromną. Mam na myśli raczej zdroworozsądkowe podejście do dziecka, które nie jest królem na złotym tronie i nie powinno być moim zdaniem traktowane jak ósmy cud świata.

Może przesadzam? Nie wiem, ale jakoś mi brakuje takiego zwykłego podejścia. Bez napinki…

- I on wszedł do tej sali szpitalnej, tam by złodziej, walnął go w głowę i Rysio umarł… Ale wyraził zgodę na pobranie organów – streściłem Matce PL najważniejsze wydarzenie kulturalne dekady.
- A kto chciałby organy od Rysia? – zafrapowała się małżonka.
Podmiot Liryczny ten moment przespał. Ale kiedyś mu opowiemy.
Kurtyna


  • RSS