podmiot-liryczny

Czyli o (r)ewolucji w życiu pewnego małżeństwa

Wpisy z okresu: 2.2012

Okazuje się, że Podmiot Liryczny zasypia przy dźwiękach odkurzacza. Marudził dziś Matce PL, a przecież kurzowe koty same się nie pozbierają. Nie są to żywe koty tresowane. Podjęła ona zatem bohaterską decyzję pozostawienia syna marudzącego samemu sobie na chwilę i zabrania się za wojnę z brudem, czy też walkę o czystość. Włączyła odkurzacz. Podmiot Liryczny zareagował na to, zasypiając niemal natychmiast. Chyba oznacza to, że w domu będzie baaardzo czysto. Przynajmniej w pokoju dziecięcym. W sumie zawsze można zostawić włączony odkurzacz w pokoju. Będą z nawilżaczem tworzyć ładną parę.

Wyjeżdżający ojciec powrócił w domowe progi. Miło. 5 godzin w pociągu minęło szybko – muzyka dobra, książka jeszcze lepsza. Wałówka od teściowej dowieziona. W ramach ostatków rozdałem dziś sporo rogalików z powidłami, a to co zostało, natychmiast małżonka przejęła. Mnie zostawiła ostatni. Ale jak wiadomo – kto zjada ostatki, ten jest piękny i gładki. Są jeszcze klopsy i gołąbki. Cieszy mnie to, że Matka PL przeszła przez ten krótki moment mojej nieobecności w zasadzie suchą nogą. Ostatnio był płacz w słuchawce, a kiedy zadzwoniłem dziś rano, żeby sprawdzić co słychać, usłyszałem „w porządku” i to głosem spokojnym i radosnym. Optymistycznie.

Z Wielkiego Miasta przywiozłem prezenty. Pierwszy to plastikowa szara smoczyca, która została partnerką innego plastikowego, dwugłowego błękitnego smoka. Happymeal rządzi. Ja mogę zjeść quasi-zdrowe śniadanie: jogurt, jabłko pomarańczowy sok (i dla równowagi cheesburger), a przy okazji zdobyć kolejny kiczowaty drobiazg… Moja kolekcja się powiększa. Drugi prezent jest ogólnorodzinny. Książka „Zabawy umysłowe dla niemowląt”, czyli 125 sposobów na rozwój umysłowy dziecka autorstwa Jackie Silberg. Mamy zatem co robić przynajmniej przez kolejne 10 miesięcy. Wygląda to bardzo prosto i sensownie, a w dodatku każda „zabawa” ma znacznie dla jakiegoś rozwojowego elementu, co jest skrzętnie odnotowane. Mam nadzieję, że będzie to dobra inspiracja dla naszej wyobraźni rodzicielskiej. A małżonce kupiłem spinki do włosów. Po ostatniej wyprawie do fryzjera narzekała, że to nie wyszło najlepiej, i że teraz będzie musiała spinać włosy. Przesadza, bo wygląda dobrze, ale w takim razie małżonek musi zadbać, żeby włosy mogła spinać z fantazją. Mnie najbardziej podoba się pan (lub pani) w goglach.

Wraz z Podmiotem Lirycznym przesłuchiwaliśmy dziś nową płytę Bireli Lagréne & Sylvain Luc „Best moments”. Pierwsze cztery utwory bardzo mu się podobały. Potem zaczął trochę marudzić, ale to raczej od zmęczenia, a nie świetnego brzmienia gitar. Tak myślę sobie, że można połączyć przyjemne z przyjemnym i bawić się z dzieckiem przesłuchując sobie nowości muzyczne, które i tak przecież przesłuchać chcę.

Ponieważ tęsknię za domem, szwędając się po Wielkim Mieście, postanowiłem zaprezentować zarejestrowane niedawno efekty twórczości Matki Padmiotu Lirycznego jeśli chodzi o ozdabianie pokoju syna. Mnie podoba się tam bardziej i bardziej. Robi się przytulnie, kolorowo. Na razie brakuje jakiegoś porządnego mebla oraz czegoś tłumiącego płacze i krzyki PL. I nie mówię, że powinniśmy mieć wytłumienie jakieś konkretne, ale na razie płacz się od ścian odbija i tak dziwnie rezonuje czasami. W planach jest ważąca 100 kilogramów szafa. Tak czy inaczej MPL dba o to, aby przestrzeń była jak najbardziej kolorowo-dziecięco-urokliwa. O dziwo, ostatnie ozdoby kupiliśmy w sklepie Leroy Merlin przy okazji poszukiwania baterii łazienkowo-kuchennych, które bohatersko zamontowałem. Mnie najbardziej podoba się wzrostowa żyrafa.

Dodatkowo w okolicach łóżeczka zaczęły już fruwać samoloty, balony i chmurki.

Pierwszymi ozdobami w pokoju Podmiotu Lirycznego były nieco psychodeliczne niebieskie kropki oraz (nasz ulubiony – z różnych powodów) pociąg.

Natualnie musi być też coś z IKEA. Te śmieszne pluszaki są naprawdę odjazdowe. Sam sprawiłbym sobie większą kolekcję.

I na koniec słoń-wieszak, który podtrzymuję torbę wyjściową.

A już jutro w pociąg i do domu.

Powszechnie jest już chyba wiadomo, że nie lubię zostawać sama z dzieckiem na kilka dni. Niestety, ponieważ sytuacja ekonomiczna nasza wymaga dorabiania w innej pracy, OPL musi nas czasem opuścić na dwa dni, by zarobić na pieluchy i inne takie :). Jak można się spodziewać, nie lubię tych chwil, bo wówczas jestem zdana li tylko na samą siebie. Babci, niani, cioci i innych podobnych w pobliżu brak. No więc muszę zostawać sama. Przed pierwszym razem bałam się jak jasna cholera, następny raz okupiłam płakaniem do słuchawki – bo młody był w wyjątkowo paskudnym humorze. Tradycyjnie nie wiedziałam, o co mu chodzi. A jego płacz urastał do rangi katastrofy.

Tym razem postanowiłam, że się, kurde, nie dam. Myśli o tym, że może być źle, nie dopuszczam do siebie. Kiedy czuję, że zaraz dostanę szału, wychodzę z pokoju. No i staram się (nadal) zgadywać o co, mu chodzi. A to nie jest łatwe. Dlaczego?

Otóż doszłam do wniosku, że cały szkopuł w tym, że ja nie czuję się pewnie jako matka. Myślałam, że po dwóch miesiącach to już będę oblatana w temacie, ale gdzie tam! Nadal łapię się na tym, że pewne sytuacje mnie po prostu przerażają. Na przykład,  jak nie wiem, czemu się pręży i wygina, jak jest po spaniu, jest przewinięty i nakarmiony.  Jest we mnie dużo za dużo lęku: o to, że się przegrzeje, że się przejada/nie najada, że mu zimno, że skręca głowę tylko w jedną stronę itp. itd.  Kiedy miał 37,3 prawie umarłam ze strachu.  Do tego dochodzi też i inne moje przewinienie. Ja nie mam życia prywatnego jako ja, no może nocami, kiedy ściągam pokarm i sobie czytam to, na co mam ochotę. Ale poza tym, to nie zdarza mi się już robić nic dla siebie samej, ot tak. A to jest przecież nienormalne. Jak długo da się tak funkcjonować? Chyba nie długo, bo mi powoli robi się kuku na muniu.

Muszę chyba przemyśleć komentarz mojej siostry: mamo, ona się za bardzo przejmuje tym wszystkim po prostu…

No niemożliwe…

Jestem z tych, co szklankę widzą zawsze do połowy pustą.  Myślą o tym, co się może zdarzyć, wybiegają w przód myślami, i co najgorsze, często te myśli są negatywne. Gdzieś czytałam o samospełniających się przepowiedniach i wiem, że coś takiego istnieje naprawdę. Często więc mimo że nie wiem, jak będzie wyglądała przyszłość (no bo skąd mam niby to wiedzieć?!), myślę o niej, projektuję ją, a ona nie zaskakuje mnie miło. I dziś, kiedy znów pomyślałam, że szklanka do połowy jest pusta, ogarnął mnie płacz. Ale popatrzyłam na moje dziecię, które spało i jadło z butli, i tak sobie pomyślałam, że co ja temu dziecku zaoferuję? Strach przed życiem? Pesymizm? Szarość rzeczywistości? Wieczne lęki?

Chciałabym bardzo umieć w życiu dostrzegać szklankę prawie pełną, bo po co się zadręczać? Można przecież patrzeć na nie inaczej, mniej twardo stąpać po ziemi… Tylko jak? Jak przestawić to cholerne myślenie w głowie z pesymistycznego, na optymistyczne? Gdybym wiedziała, którą śrubkę należy odkręcić, albo co przycisnąć, na pewno już bym to zrobiła, bo ciężkie jest życie pesymisty. Tak, popołudnie minęło mi na walce z własnymi myślami i przestawianiu myślenia na bardziej jasne.
Może mi się uda?

Ojciec rodu wyjechał na dwa dni. Chciałam dziś wymasować PL, ale ponieważ to czynność ojcowska, szybko tylko wklepałam w niego krem, bo wymasować się nie dał. Ech, siła przyzwyczajenia…

Walka z katarem trwa, na razie wygrywa :-(.

Mąż mój jest bohaterem w naszym domu: zainstalował trzy baterie (pierwszy raz). W związku z tym już żadna urocza strużka wody nie snuje się po ścianie łazienki, a ze zlewozmywaka również zginie nagromadzony kapaniem wody zielony kamień. Cudnie. Ile szczęścia człowiekowi da satysfakcja, że się oszczędza parę kropli wody i jest pro eko.

Z frontu walki o kobiecość: byłam dziś u fryzjera. Niestety, pani, która mnie strzygła, trzymała nożyczki chyba pierwszy raz w ręku. Efekt jest taki, że nie mam chyba na głowie dwóch włosów tej samej długości. Niech puentą będzie stwierdzenie pani na do widzenia: – Teraz to wygląda pani zupeeełnie inaczej.
Niewątpliwie.

Przed nami od jutra dwa dni bez Ojca i Męża w domu, co oznacza, że czeka mnie maraton opiekuńczy – trochę jestem przerażona, zwłaszcza, że przeziębienie wchodzi w kolejną fazę. Mam nadzieję, że PL utrzyma się na pozycji zdrowej.

Teraz już mogę potwierdzić. Do tej pory o uśmiechach Podmiotu Lirycznego słyszałem wyłącznie od jego matki. Że są, że jak się naje, że coraz częściej, że słodkie, że, że, że… Stało się to niemal mitologiczną opowieścią, jakąś bajkową dekoracją. Ale jak przyszło co do czego i biegłem do pokoju, żeby zobaczyć, to PL stawał okoniem i przyjmował minę neutralną. Ojcu uśmiechy się nie należały po prostu.

A dziś – wracam z zakupów, młody nakarmiony leży w ramionach matki i uśmiecha się. Żeby tylko. Dostrzegł ojca, spojrzał, i także się uśmiechnął. Żeby tylko. Matka w ramach relaksu wybiegła do fryzjera, Podmiot Liryczny na leżaku został z tatą sam na sam i też się uśmiecha. Zatem mit stał się rzeczywistością.

Matka PL trochę jest podziębiona. Karmi zatem owinięta pieluchą i wygląda jak ninja. To bardzo dziwi jej syna, który w postaci, która daje mu mleko i twarz ma zasłoniętą białą „ścierą”, stara się rozpoznać własną matkę. Fajny jest ten jego zdziwiony i zaskoczony wyraz twarzy. Dziwią go też okulary matki, a także to, że czasami mleko podaje mu tata – bo tata z mlekiem się raczej nie kojarzy.

Miałem napisać o kręgosłupie. A zatem…

Ostatnio coś mnie z tyłu bolało. Nie bardzo, ale nie było to wygodne i przyjemne. Skonsultowałem się. Pewien mądry człowiek po krótkim badaniu powiedział, że to pewnie lędźwiowy kręg coś nabroił i żeby nie zrobiło się jakieś zapalenie, najlepiej iść ustawić sobie kręgosłup. Wizja sama w sobie przerażająca. Nigdy w życiu nie nie doświadczyłem tego typu zabiegu, ale racjonalny umysł podpowiadał – albo się za to wezmę i naprawię usterkę, albo potem dostanę za swoje. Zadzwoniłem do pana rehabilitanta, specjalisty od przemawiania do kręgosłupa, umówiłem się i po pracy poszedłem stawić czoła swoim strachom.

Dziwne to doświadczenie. Najpierw poduszki smagające kręgosłup prądem i ciepłem. W zasadzie przyjemne, choć czułem się troszkę jak ofiara medycznych eksperymentów. Potem masowanie szklaną bańką. To już bardziej bolesne przeżycie. Jeszcze pan masażysta radośnie oznajmił, że mogę mieć przez kilka dni różne ślady na plecach, jakieś siniaczki i inne przyjemności, którymi zupełnie się nie muszę przejmować. Skutek uboczny. Potem nastąpił masaż ręczny, mocny. Coś pomiędzy przyjemnością i bólem. Na razie nie wiem, czego było więcej. A potem… Potem przyszedł pan magik. Nieprawdopodobne to było. Dość niewielkich rozmiarów człowiek, żaden tam łamacz kości, czy strongman napompowany. Usiadł za mną, umiejętnie złapał za głowę, machnął i… pyk, pyk, pyk. Usłyszałem tylko, jak trzaska pięknie w okolicach szyi. Następnie ręka na bark, jakaś dźwignia i… pyk, pyk, pyk. A ciało się broni, bo to nie są naturalne stany. I tak dalej, aż w końcu kazał wstać i na swoich plecach zawinął mną do tyłu, poszukał właściwego miejsca, docisnął i… trach. Wszystko powskakiwało. Niezwykłe, bo całkowicie nienaturalne, obce, niebezpieczne. Ale natychmiast odczułem jakąś lekkość dziwną. Lepiej jest. Ma poboleć jakieś 2-3 dni i będzie lepiej. A za 3 tygodnie powtórka.

Dobrą stroną tego całego zamieszania lędźwiowego było to, że mogłem się wczoraj położyć z termoforem pod plecami. Ale przyjemne! To na pewno będę powtarzać.

Dzień 67/2

Brak komentarzy

W ramach uskuteczniania działalności piśmienniczej napiszę li tylko, że brnięcie przez zaspy zemściło się na mnie w dwójnasób: po pierwsze, bolą mnie jak jasna cholera ręce, a po drugie nabawiłam się przeziębienia.
A PL dziś nie w humorze. Uspokaja się przy dźwiękach piosenki „tak mi źle, tak mi źle, tak mi szaro…”.

W celu uspokojenia go choć na pół godziny, zamierzam wybrać się z nim do sklepu samochodem (o ile go odkopię z zaspy) po trzy baterie: dwie do łazienki, jedna do kuchni. No bo co może robić matka z niemowlęciem na ręku sama w domu? No musi, MUSI jechać po krany. Zwłaszcza, że z jednego cieknie woda po ścianie, drugi wydaje dźwięki, jakby miał zaraz wybuchnąć.

Motto na dziś: zakręć wodę, ZANIM wykręcisz baterię ze ściany. O tym muszę pamiętać.

Dzień 67

2 komentarzy

Małżonka rozpoczęła wdrażanie projektu, który roboczo mogę nazwać „dom bardziej ekologiczny”. Chodzi o pozbycie się chemicznych detergentów i zastąpienie ich środkami bardziej naturalnymi. Zakupy już zrobione.

Łazienka pięknie pachniała octem. Ale efekty widać. Mamy nawet podręcznik dotyczący tego, co i jak. Szczegóły można znaleźć TUTAJ.

Jeżeli chodzi o podział domowych obowiązków doszło wczoraj do małego iskrzenia. Czynnikami sprzyjąjącymi iskrzeniu są np. ogólne przemęczenie Matki Podmiotu Lirycznego wynikające z posiadania dwumiesięcznego dziecka oraz ogólne zmęczenie wynikające z pracy (i posiadania dwumiesięcznego dziecka) oraz ból pleców Ojca Podmiotu Lirycznego (o plecach jeszcze napiszę). Wówczas łatwiej i przyjemniej wylewa się żale, pretensje i smutki. Łatwiej niestety także zagalopować się werbalnie.

Lata doświadczeń jednak nauczyły nas, że w takich przypadkach potrzebne jest szybkie wzięcie głębokiego oddechu, chwila przerwy, próba spojrzenia z zewnątrz na całość problemu i powrót do spokojnej rozmowy. Dzięki temu zapobiegamy eskalacji, a całość kończy się zwykle „i żyli długo i szczęśliwie”. Wydaje mi się, że z trzech najważniejszych słów najpierw należy pojąć umiejętność mówienia „przepraszam”, dopiero potem „dziękuję”, a na samym końcu „proszę”.


  • RSS