podmiot-liryczny

Czyli o (r)ewolucji w życiu pewnego małżeństwa

Wpisy z okresu: 3.2012

Patrzę w kalendarz i oczom nie wierzę. Za nieco ponad półtora miesiąca wracam do pracy. Na początek na 4 godziny, ale jakoś nie mogę w to uwierzyć, że już tyle czasu minęło… Kiedy urodził się PL marzyłam o powrocie do pracy – bo zmęczona, bo brakowało mi ludzi, bo tęskniłam za „szykowaniem” się do pracy i za towarzystwem ludzi, co nie robią pod siebie :)) i nie ulewają po jedzeniu. A teraz? Teraz to tak jakoś… dziwnie mi się robi na myśl, że mam wracać. Nie jestem kobietą domową, mam w sobie wiele podziwu dla matek, które z własnej woli postanawiają zostać w domu z dzieckiem, ale coraz częściej łapię się na tym, że myślę, jak to będzie bez niego. Przez ten czas powstała między nami jakaś silna więź i rozciągnięcie jej będzie dla mnie trochę trudne. Wiem to. Jak to będzie? Zobaczymy. Boję się też jak to będzie, gdy PL pójdzie do żłobka, co nastąpi około sierpnia. Najpierw chcemy zacząć od godziny dziennie, by dojść do czterech – pięciu. Jest już prawie kwiecień, a ja zaczynam przeżywać… Ech…

Czytam właśnie książkę „Bądź sobą” – o asertywności. Postanowiłam, że jak mam wrócić do pracy, to muszę trochę liznąć wiedzy w tym temacie, co by nie dać się zjeść na dzień dobry. Książka mądra, otwiera mi oczy na wiele spraw, także w życiu osobistym :). No i są ćwiczenia. Na początek muszę sobie zrobić listę 10 rzeczy, które w sobie lubię i ją czytać (oraz dodawać nowe), codziennie przez dwa tygodnie. Będzie śmiesznie zapewne…

Chadzam ostatnio na spacery z nową koleżanką, mamą noworodka i jak słucham jej opowieści, przejść, to słyszę chwilami siebie sprzed dwóch miesięcy…

W domu ZNOWU zaginęła ładowarka do telefonu (OPL nijak się nie może nauczyć, że odkładamy ją na miejsce. Efekt? Idę po czwartą? piątą? ładowarkę do sklepu).

Lusterko wsteczne do obserwacji dziecka jadącego tyłem do kierunku jazdy zakupione. Oraz osłony przeciwsłoneczne. Czekam na paczkę :))

W kwestii karmienia – nie wiedziałam, że mleko robi się w mózgu, a tak jest najwyraźniej. Obecnie jestem na etapie wykluczania soi. Jeśli to nie soja, zostają mi jeszcze tylko jajka do wykluczenia. Póki co zapycham się pieczywem kukurydzianym, ryżowym, pieczonymi jabłkami. Nie jest źle. Aż się sama dziwię, że w sumie jest dobrze. Wczoraj się złapałam za tym, że zaczęłam wąchać intensywnie mężowską bułę kolacyjną. Ależ miała zapach! Jak skończę dietę laktacyjną zapcham się bułami/czekoladą/chipsami/mlekiem /serkiem wiejskim /serem żółtym /miodem /truskawkami, a wszystko zaleję winem. A to wszystko już za jakieś dwa, dwa i pół miesiąca :))

Patrzę i dosłownie – oczom nie wierzę. Jak przedziwnie mózg jest zbudowany. O laktację chodzi. Wczoraj wieczorem małżonka znów wylewała swoje żale i smutki, że coś nie działa, że się blokuje, że mleko nie płynie, że nie pomaga gorąca kąpiel, że do lekarza, że nie wiadomo o co chodzi… Ale ponieważ w dzień, kiedy Podmiot Liryczny jest w pobliżu i z zaciekawieniem przygląda się ściągającej – w końcu jego mleko – mamie, wszystko działa prawidłowo, małżonka usiadła przed komputerem, zaczęła przeglądać kolekcję synowskich zdjęć… Tu się wzruszyła, tam powspominała, że taki był malutki, a tu tak się uśmiecha, a tu taki słodki… i… laktacja ruszyła! Normalnie mleko zaczęło płynąć strumieniem…

Wszystko jest w głowie. W nocy system zadziałał znowu. Patrzę i niemal nie wierzę….

- Napisz, że są problemy z piersią, że jestem zmęczona, że są postępy w rehabilitacji – tak na pytanie o tym, co mam napisać, odpowiedziała Matka PL z laktatorem przy piersi. Ona czasu na pisanie ostatnio ma mniej, a ja jakoś staram się od komputera trochę się odrywać częściej nieco (choć oczywiście małżonka twierdzi, że to już uzależnienie… pewnie trochę tak, ale wolę takie niż inne gorsze), dlatego piszę nieco rzadziej oraz – co gorsze – czytam inne blogi rzadziej także.

Rzeczywiście – są małe problemy z piersią i zatorami, co wpływa na samopoczucie Matki PL. Zwłaszcza nocne samopoczucie. Na razie pomagał termofor, ciepły prysznic, a także (o dziwo) spojrzenie PL, a dziś chyba także rady doradczyni laktacyjnej. Okazuje się bowiem, że być może nocne problemy wynikają ze zbyt dużego ucisku i zbyt rzadkiego ściągania pokarmu nocą właśnie. Oby się poprawiło…

Rzeczywiście małżonka jest zmęczona. Nocne wstawanie po prostu daje się we znaki. Chyba nie da się z tym zrobić wiele. Wszystko przejdzie, kiedy Podmiot Liryczny zacznie przesypiać noce lepiej. W tym celu (a także dla tego, że jakoś straszliwie on duży) małżonka wprowadziła rumiankową herbatkę do jadłospisu, coby w nocy stosować, kiedy raczej dziecku pić się chce, a nie jeść. Czy to poskutkuje choć trochę – okaże się… Ja też jestem zmęczony, ale to zmęczenie inne zupełnie. Trochę się jeszcze zatoki dają we znaki, dlatego na razie łażę w czapce nawet w pięknym słońcu. Zmieniłem tylko czapkę na bardziej odlotową :)

Rzeczywiście są postępy. Widzimy, jak wszystko się normuje. Ile radości maluje się na twarzach obojga rodziców, kiedy Podmiot Liryczny zaczyna sięgać rączkami w dal i powoli łapac obiekty, co do tej pory mu nie wychodziło najlepiej, kiedy widać, że napięcie jest mniejsze, że główka się mniej przekrzywia, a także, że bezglutenowe i bezmleczne męczarnie matki (spróbowałem bezglutenowego chleba – suchy wiór w ustach) przynoszą efekty. I też ta radość, kiedy okazuje się, że wynik badania USG głowy to „w normie”. Są postępy. Podmiot Liryczny rośnie, się domaga różnych rzeczy, a my ciągniemy tę zabawę dalej.

Ot, proza życia.

Do tego spacery już niemal codzienne – mamy taką fajną trasę na mniej więcej 5 kilometrów. No i czeka nas bardziej lub mniej intensywny remont łazienki. Będzie się działo!

Jakiś czas temu pisałem o początku eksperymentu behawioralnego, którego obiektem jest pies mieszkający na posesji przy jednym z zakrętów, które muszę pokonać w drodze do pracy. Mimo wielu przeszkód eksperyment nadal trwa, a nawet ostatnio nabrał nieco dynamizmu.

W okresie zimna dość dużego chciałem się niemal poddać, bo na kilka minut przed 7 rano pies zazwyczaj spał sobie w budzie nie zwracając uwagi na żadnych przechodzących pod płotem. Ciasteczka psie w kieszeni mi się kruszyły, a nawet zdarzyło się, że pies nie spał, a ja z roztargnienia zapominałem ciastek. Raz małżonka spodnie z owymi wyprała w pralce, dzięki czemu sięgając do kieszeni miałem małą kruchą niespodziankę. Wygląda jednak na to, że czas kryzysu mamy za sobą.

Teraz jest cieplej i pies od rana biega. Już w ubiegłym tygodniu były pierwsze sukcesy. Pies obserwował z daleka, co się dzieje. Po ciasteczka przychodził, ale wolał, kiedy się już oddalałem. Szczekał. W ostatnich dniach jest lepiej. Podbiega i chyba rozpoznaje już mnie i mój rower. Po krótkim szczekaniu trzyma się trochę z dala i obserwuje. Do rzuconego ciasteczka podchodzi powoli i nieco nieufnie, bierze je do pyska i odbiega. Dziś niemal nie szczekał i podbiegł dość blisko i raźniej nieco. Dopiero, kiedy ruszam na rowerze włącza się psi moduł i szczekanie. Matka PL twierdzi, że jak tak dalej pójdzie, to już niedługo będzie merdał do mnie ogonem przyjaźnie.

Proszę bardzo o wsparcie dla wysiłku naukowego :)

Notka Dwa plus ono zainspirowała mnie do tego krótkiego wpisu. Ostatnio szukaliśmy dla Podmiotu Lirycznego czapki, którą można uwiązać pod szyją. Wiadomo – uszy trzeba chronić przed złem tego świata i wiatrem. W całym sklepie była jedna taka czapeczka w kolorze różowym. Cóż – kupiliśmy. Ja uważam, że kolor ubrania, czy też wzór na nim dla 3-miesięcznego dziecka nie mają żadnego znaczenia (może mają znaczenie dla rodziców). Grzeje tak samo i chroni przed wiatrem tak samo. A czy jest na tym „Love”, „Roadster”, czy „Police” – to tak naprawdę wszystko jedno.  A ja cieszę się jak dziecko, jak teraz ktoś, zaglądając do wózka, mówi: „O… Jaka ładna dziewczyna” (bo czapeczka różowa to musi być dziewczynka). „To chłopiec”. Mina – bezcenna.

OPL sporo już napisał o naszych przejściach z pediatrami. Jest we mnie wielki żal do lekarzy PL – bo mówiłam, że ma coś nie tak z główką, bo mówiłam, że chyba ma problemy żołądkowe. Zawsze słyszałam: – To normalne. No i to nie było normalne. Jedno spojrzenie i dotknięcie skóry naszego malca przez kompetentną pediatrę wystarczyło, by się zorientować, że jest uczulony na gluten i mleko. Jestem strasznie wściekła, bo przez trzy miesiące PL musiał cierpieć bóle brzucha i biegunki tylko dlatego, że spotkałam na swojej drodze niekompetentnych konowałów, zamiast prawdziwych lekarzy. Co jeszcze? Pediatra, u której byliśmy w niedzielę, złapała się za głowę, gdy zobaczyła, że dziecko, które dostało na początku 4 punkty (PL), zostało zaszczepione w sumie 7 szczepionkami… Całe szczęście, że PL przeszedł to tak lekko, bo poinformowała nas, że mógł dostać porażenia dziecięcego… I co jeszcze? Druga pani pediatra (tak, teraz pytam wielu pediatrów – i tak już pewnie zostanie) powiedziała mi, że syn powinien się znaleźć na oddziale patologii noworodka, a rehabilitację powinien zacząć od początku, niezależnie od tego, czy miałby problemy z napięciem, czy nie. Teraz byłam już u chirurga, na usg, z powrotem u chirurga, jutro neurolog. Powstaje tylko jedno pytanie: dlaczego to ja sama na to wpadłam, dlaczego nikt wcześniej nie zwrócił na to uwagi. Przecież do kur…y nędzy nie jestem lekarzem! Teraz szukam lekarza i przenoszę nas do innej przychodni. Szlag mnie trafia, jak sobie pomyślę, na co jeszcze ktoś mógł mi nie zwrócić uwagi i jak bardzo muszę uważać na wszystko. A przecież nie o to chodzi…

W trakcie moich dociekań medycznych z PL mieliśmy rozmowę z OPL, w której stwierdził, że on by grzecznie czekał na swoją kolej, a nie jak ja, wywalona drzwiami, pchał się oknem. Bywam niecierpliwa, ale jeśli chodzi o moje dziecko, pomoc ma nadejść już, natychmiast, w podskokach. Stan mojego umysłu w kwestii pomocy medycznej mojemu dziecku chyba najpewniej oddaje poniższy fragment filmu.

Tak, macierzyństwo wyzwala we mnie niesamowite pokłady siły. Wiem, że zmiotę z powierzchni ziemi każdego, kto stanie na mojej drodze, każdego, kto będzie chciał skrzywdzić moje dziecko.

Wszystko nam się powoli klaruje. Wczoraj udało się małżonce wbić z Podmiotem Lirycznym do chirurga, który wszystko zbadał i zlecił USG szyi, które nie wykazało niczego nieprawidłowego z mięśniami. Zostaje nam jeszcze jutrzejsza wizyta u neurologa, także napięcie mięśniowe zapewne zostanie oficjalnie zapisane na papierze. Mam nadzieję, że dzięki temu dostaniemy też lekarskie skierowanie na rehabilitacje, która zresztą już trwa i przynosi efekty, ale papierek da szansę na prowadzenie jej bezpłatnie. Dawno nie mieliśmy tyle do czynienia ze służbą zdrowia. Do tej pory było to jednak doświadczenie incydentalne. Wolny termin na badanie neurologiczne był na… listopad, ale udało się uprosić panią, że to taki 3-miesięczny malec, że trzeba szybko, itd. I to nawet nie my upraszaliśmy, ale lekarz. Dobrze, że mieszkamy trzy kroki od szpitala.

Podmiot Liryczny ma podręcznikowe objawy problemów glutenowych, także Matka Podmiotu Lirycznego przechodzi na nieco bardziej rygorystyczą dietę. Żeby nie kusić losu dieta będzie też pozbawiona mleka, także zapowiada się ciekawe kulinarne życie. Najważniejsze jest to, że może jeść ziemniaki. Pozbawienie jej tego składnika byłoby zdecydowanie straszniejsze. Ale w imieniu jej się pochwalę, po 102 dniach od porodu jej waga wynosi „-1 kg” od stanu przed porodem. A ponieważ szczęśliwa mama = szczęśliwe dziecko = szczęśliwy tato, ogólny poziom szczęścia na świecie wzrasta. Tak czy inaczej, jeżeli znacie jakieś ciekawe przepisy ze świata kuchni ograniczonej, to ślijcie :)

Mimo wszystko jakoś jesteśmy spokojniejsi. Podmiot Liryczny nagradza rodziców rozsyłanymi uśmiechami, większym spokojem, cierpliwością (w miarę) podczas ćwiczeń. Dzięki ostatniemu maratonowi lekarskiemu nieznane staje się oswojone, bo wiemy już, że można sobie z tym wszystkim poradzić, a słowo rehabilitacja nie brzmi już jakoś złowrogo i przerażająco. Teściowa radzi znakomicie i młodzi rodzice jakoś sobie z tym wszystkim radzą i czują się coraz mocniejsi.

Ciężko będzie w krótkich słowach podsumować trzy ostatnie dni. Działo się dużo i to zarówno w świecie Podmiotu Lirycznego, który uległ znacznemu poszerzeniu, ale też w świecie rodziców. Zatem słów kilka o podróży Podmiotu Lirycznego do Wielkiego Miasta.

Syn chyba zniósł wszystko nieco lepiej niż Matka PL i ja. Podróż w stronę pierwszą przebiegła niemal bezstresowo, bo wyjechaliśmy bladym świtem. PL zdziwił się, kiedy o 4 rano matka zaczęła przygotowywać go do wyjścia… Chwilę się podziwił i poszedł spać. Zrobił tylko jeden pit-stop na karmienie, przewijanie, odpoczynek, a poza tym spokój całkowity. Chyba ta częsta jazda samochodem w okresie prenatalnym zrobiła swoje. Jazda w stronę drugą była trochę trudniejsza, bo bladym świtem się nie dało. Ruch duży, trochę zatorów, temperatura wyższa… Zatem Ojciec PL musiał spędzić trochę czasu z tyłu, zamieniając rękę w wieszak na zabawki. Trudniej trochę było, ale przetrwaliśmy. W pewnym momencie PL zauważył chyba, że za oknem coś jednak się dzieje, przesuwa, miga, że tam świat cały mu ucieka, i na mniej więcej pół godziny po prostu zamilkł i zatopił wzrok gdzieś w oddali… W pewnym momencie podniósł lewą rękę i wsadził ją sobie do buzi, wywołując szczerą radość rodziców obojga.

Radość szczera, bo z lewą stroną PL radzi sobie trochę gorzej, co jest efektem napięcia mięśniowego. Pobyt w Wielkim Mieście był okazją do wizyty u zaprzyjaźnionej pani pediatry. Pewnie więcej na ten temat napisze Matka PL. Ja tylko mogę powiedzieć, że przez chwilę poważnie się zastanawiałem nad zrobieniem naszej pani pediatrze z ośrodka jakieś konkretnej krzywdy. Po prostu – niebo a ziemia. Widać fach w rękach i pasję w sercu. Nie była to łatwa wizyta – przede wszystkim dla Matki PL, która potrzebowała chwili, żeby przetrawić to wszystko – i jakąś ogromną złość na lekarza w ośrodku, który chyba ślepy jest, i wszystko to, co mówiła pani doktor. Czeka nas jeszcze jedno badanie specjalistyczne, które raczej ma wykluczyć, a nie potwierdzić problem. Dobrze, że Matka PL zauważyła problem z napięciem wcześnie, rehabilitacja powinna wszystko wyprostować i postawić w stan równowagi. Ważne jest to, że ćwiczenia naprawdę przynoszą efekty, czego dowodem lewa ręka, która jeszcze tydzień temu byłą mało aktywna, z zaciśniętą pięścią… A dziś – lewa dłoń okazała się chyba równie smaczna, co prawa.

Podmiot Liryczny musiał też sprostać zadaniu bardziej przyjemnemu, choć męczącemu. Zniesieniu wszystkich cioć, wujków, kuzynów, całej rodziny, która na niego napadła, zabawiała, chciała nosić, przytulać, mówić, śpiewać. Najlepiej wszystko jednocześnie. Musiał też znieść psa. Cieszę się, że ludzie nie wywołują u niego strachu, że wszystko zniósł w miarę bezproblemowo rozkochując w sobie kolejne osoby. Choć oczywiście był to straszliwie męczący dzień dla niego, co można było odczuć. Tyle bodźców, emocji, nowości, twarzy, dźwięków. Ciekawie też obserwuje się proces uaktywniania się modułu opiekuńczego w kobietach od lat kilku do kilkudziesięciu. Jak głęboko musi to być zapisane. Tak czy inaczej rodzina pełna szczęścia.

A rodzice? Mieliśmy czas, żeby na moment wyskoczyć razem bez dziecka, pójść na kawę, deser, herbatę, poszwendać się trochę, pogadać, zrobić drobne zakupy. Niby nic, ale ważne takie.

Chciałem jeszcze oficjalne podziękować niniejszym pani kierowniczce zmiany w radomskim McDonalds. Wiem tylko, że na imię miała Agnieszka. W McDonaldach są przewijaki w przeciwieństwie do wielu stacji benzynowych, co nie jest bez znaczenia przy długiej podróży. Można się ściskać w samochodzie, ale… Kiedy pani podchodziła do naszego stolika, to pomyślałem przez moment, że nas będzie chciała wyrzucić, bo Podmiot Liryczny trochę kwilił zasypiając po karmieniu. A tu… bardzo przeprasza za hałas, który był przez chwile, bo nas nie zauważyła, czy może chcemy, żeby nam spakować rzeczy na wynos, czy jakoś można pomóc jeszcze, że jeszcze raz przeprasza że było głośno. Pomogła nam jeszcze, wyrzuciła za mnie śmieci i w ogóle… Strasznie miło. Zatem dziękuję pani Agnieszko.

Uff. Wróciliśmy ze spaceru. Było krócej niż zakładałem, bo Podmiotowi Lirycznego ostre słońce trochę przeszkadzało i zaczął marudzić w wózku. Ale 8.3 kilometra to całkiem niezły dystans. A pogoda po prostu letnia. Tak naprawdę mogłem włożyć krótkie spodnie. W słuchawkach piękna Mor Karbasi. Polecam.

Na wczorajszej rehabilitacji PL zachowywał się całkiem przyjaźnie. Pomogła krowa, która trochę odwracała uwagę. Mamy więcej pracy domowej, ćwiczenia na wałku, ćwiczenia na siedzącym rodzicu, inny sposób noszenia, który ma go w odpowiednich miejscach porozciągać. Chyba zresztą już widać pierwsze efekty, bo lewa ręka zaczyna doganiać prawą w funkcjonalności – nie jest to już tylko i wyłącznie zaciśnięta pięść. Walka zatem trwa.

A w sieci znalazłem taki film. Trochę kiczowaty, ale naprawdę urokliwy. Prosty pomysł, a jaki efekt :)

No, martwimy się trochę, choć moim zadaniem jest raczej powstrzymanie pogłębiania się procesu zamartwiania u Matki PL, że to nie jej wina, że nie gdybamy, co byłoby, gdyby wcześniej coś zaczęła robić, że wszystko będzie dobrze, bo dobrze być musi. Moduł matki czasami potrzebuje małego zresetowania, choć jest on oczywiście nie do wyłączenia i nie do pokonania… Aż się w duchu uśmiałem, kiedy małżonka powiedziała, że powinienem iść z nią do lekarza, bo jakby co, to mogę zareagować. Nie mam zamiaru demonizować małżonki mej, bo to przecież słodycz wcielona, ale takie rzeczy ona załatwiać potrafi. Ja natomiast charakter mam zbyt niekonfliktowy na takie konfrontacje. Ot, swoje odczekam. To po tacie.

Temat napięcia mięśniowego zgłębiamy, zaczynamy spotkania z panią rehabilitantką, dziś byliśmy u pediatry, która była chyba nieco bardziej spokojna, ale za to mamy skierowanie do specjalisty, a w niedzielę jeszcze jedna konsultacja. I będzie dobrze, bo inaczej plan nie zakłada, a ćwiczenia rehabilitacyjne to po prostu kolejna okazja do zabawy i kontaktu z Podmiotem Lirycznym. A sam PL dostał nową zabawko-grzechotkę i znów dostrzec można ten przedziwny wyraz twarzy i rozszerzone oczy, kiedy dostrzega coś nowego…

Piękna pogoda dziś. Wiosna po prostu. Pełną gębą. Dziś do rehabilitacji poszedł też rower, któremu trzeba wszystko wyregulować, naprawić koło. Tak czy inaczej sezon uznać można za rozpoczęty.

No i na marginesie :) Czasami oczywiście można zapomnieć o umyciu laktatora (na swoje usprawiedliwienie mam to, że byłem tak zaangażowany w zabawę „nie ma, nie ma, akuku”, że mi z głowy wyleciało :) ). Za to jak już jest umyty, to wygląda jak z prawdziwej fabryki laktatorów…  Tak czy inaczej każda okazja jest dobra, żeby dać mężowi lekkiego kuksańca w boczek. Mea culpa :)


  • RSS