podmiot-liryczny

Czyli o (r)ewolucji w życiu pewnego małżeństwa

Wpisy z okresu: 5.2012

Radość zapanowała w naszej małej rodzinie. Biegunka minęła. Jeszcze we wtorek pani doktor prawie wysłała żonę z synem do lekarza ze względu na odwodnienie, a wczoraj rano po prostu mu przeszło. Co więcej po dzisiejszej wizycie i USG bioder wiemy już, że wszystko jest już w porządku. Porzucamy zatem podwójną pieluchę i dodatkową porcję witaminy D. Zatem małe zdrowotne hip-hip.

Matka PL powróciła do pracy. Przez dwa dni zamieniliśmy się miejscami w domu, bo ze względu na biegunkę w tym tygodniu PL nie poszedł do żłobka. Dzięki temu jeszcze bardziej mogę docenić, co oznacza opieka nad dzieckiem i ile pracy wymaga to od małżonki. Nie będę tu tworzył i wypisywał peanów na jej cześć (choć oczywiście należą się), ale jasne jest dla mnie, że Podmiot Liryczny matkę ma wspaniałą. O ile w sytuacjach normalnych to u mnie szukać można chyba głębszych pokładów cierpliwości i spokoju, to w przypadku matczyno-synowskiej relacji MPL ma chyba pokłady cierpliwości nieskończone. Peanów na swoją własną cześć też nie będzie. Łatwo nie było, ale zarówno ja, jak i PL żyjemy. Dzięki szczegółowym instrukcjom MPL. Momentami było ciężko, ale było też fajnie (przedstawienie z różnymi zwierzątkami w rolach głównych podobało się bardzo, na tyle, że PL wytrzymał w pozycji na brzuchu kilka minut). Panowie remontowi trochę zajęli jego uwagę (patrz niżej). Nie było nawet problemów z drzemkami. W życie wprowadziłem nową metodę karmienia. Ostatnio bowiem butelka zbyt często staje się obiektem zabawy, bo przecież można ją złapać, wyjąć z buzi, poobracać, potrząść… Zablokowanie możliwości poruszania rękami sprawia, że picie przebiega bez większych przeszkód.

I jeszcze o remontowych panach. Czeka nas przymusowy remont przedpokoju. Przedwczoraj nagle w kuchni padł prąd. Okazało się, że spalił się jakiś kabel w puszce. Panowie mieli spory problem z jej odnalezieniem, bo ktoś przykrył ją podwieszanym sufitem, nie dając do niej żadnego dostępu. Przy okazji naprawy awarii okazało się, że dawny remont mieszkania ma sporo całkiem poważnych niedoróbek. Czas zatem naprawić dwie z nich. Wymienić starą instalację elektryczną w przedpokoju (przy okazji pozbywając się okropnych pseudo-drewnianych paneli ze ścian) i pozbyć się podwieszanych sufitów tamże i w łazience. I to na początek. Nie mamy z małżonką niemal żadnych wymagań estetycznych co do ścian – żeby kable nam nie wisiały. Ale im dłużej się nad tym zastanawiam, tym bardziej korci mnie, żeby przynajmniej na jednej ścianie zostawić żywą cegłę (bo kamienica z cegły zbudowana). I zaczynam trochę żałować, że majsterkowanie nigdy nie było moim hobby. Mam dwie całkowicie lewe ręce. Nie wiem, co to faza, zero i inne tego typu rzeczy…

I jeszcze nowa umiejętność Podmiotu Lirycznego do zapisania: lizanie mamy po policzku. Lizanie taty nie wchodzi w rachubę. Broda jest za szorstka.

Byliśmy u lekarza. W sumie może to zęby, a może wirus… Tydzień w żłobku z głowy, bo tak zaleciła p. doktor. Miałam wrócić do pracy jutro, wrócę w środę, a potem i tak będę musiała wziąć urlop na piątek. Żesz kurna… Zawsze coś.

PL bierze różne leko-nawadniacze. Karmię go kaszką ryżową, sinlaciem i marchwianką. Zobaczymy co dalej.Budzi się w nocy co dwie godziny, na jedzenie, a potem na kupę. I jaki był tego skutek dziś rano? Otóż nasypałam mu do butelki nescafe, wymieszałam i zorientowałam się, że coś jest nie halo, jak już miałam mu wcisnąć butlę do paszczy. Spoko, na pewno by mu biegunka przeszła…

Pierwszy dzień matki w moim życiu spędziłam na praniu zapaskudzonych body, śpiochów, podkładów pod przewijak etc. PL ma od piątku biegunkę. Wczoraj byliśmy u lekarza – nie ma temperatury, brzuch miękki, nie boli, jedyne co budzi moją wątpliwość to właśnie biegunka. W czwartek PL był szczepiony – może od tego? Mam mu dawać smectę i poić i ma samo przejść. Ale nie przechodzi. Odchodzę od zmysłów, bo trwa to już trzeci dzień… Jutro idziemy do lekarza – zobaczymy, mam nadzieję, że coś poradzi :(

Problemy zdrowotne PL sprawiają, że automatycznie smutnieję. Życie mi się jawi w szarościach i jakoś tak bez sensu. W ogóle chyba cierpię na jakąś chorobę psychiczną: raz jest mi super – mogę góry przenosić, bawić się godziny z PL, innym razem wszystko jest bez sensu… Tak jak teraz.

Sporo minęło od ostatniej mojej notki, kilkanaście dni. Sporo się wydarzyło – PL poszedł do żłobka, gdzie mu jest dobrze. W zeszłym tygodniu widziałam, jak się uśmiechnął na widok babci żłobkowej. Super.

Ja odetchnęłam. Nie tylko dlatego, że PL przyjął żłobek dobrze, ale odetchnęłam tak po ludzku – otrzymując najpierw dwie, potem trzy, wreszcie cztery godziny luzu. Niesamowite, co to zmęczonemu człowiekowi daje. Można wszystko pozałatwiać, napić się bez stresu kawy… Właśnie, ten stres – odwożąc dziś na pociąg OPL doszłam do wniosku, że macierzyństwo mnie strasznie stresuje. Zamartwiam się wszystkim na okrągło. Jak to jest, że po OPL tego nie widać? Brak kupy – stres, jest kupa – stres. Kichanie PL – stres, kaszel – stres. Jazda samochodem z PL – stres itd. Nie wiem, jak sobie  tym poradzić. Czuję, że przeginam, ale nie potrafię się nie przejmować. Dziwne to i męczące. W ogóle jak się tak zastanowić, to to moje macierzyństwo jest dla mnie wyrzutem sumienia – ciągle mi się wydaje, że nie jestem dość dobra, nie spędzam z PL dużo czasu na zabawie, a robię przy okazji różne „domowe prace”… Cholera, zwariować można…

Nie wspominałam o „cioci dobrej radzie” – znajoma, którą widziałam ledwie 4-5 razy w życiu – mailowo upomniała mnie, jaką krzywdę wyrządzam dziecku, oddając je do żłobka. Dżizas, tacy ludzie naprawdę istnieją?

Pojutrze back to work. O ile nie wezmę urlopu na siedzenie w domu z biegunkowym chłopczykiem :(

„Jest mu tam chyba dobrze” – to podsumowanie Matki PL po tygodniu żłobkowania. Zatem duża zmiana mentalna nastąpiła w ciągu tego tygodnia. To bardzo pozytywne. Patrząc na to obiektywnie, rzeczywiście jest dobrze. PL lubi to miejsce, panie zaczęły wyczuwać jego przyzwyczajenia: że do zasypiania warto ponucić, że czasami trzeba w wózku, że lubi trzymać sobie coś w ręku. Wczuły twardszy brzuszek, co okazało się efektem stosowania bebilonu 2 – jeszcze za wcześnie, karmią własnymi zdrowymi zupkami, bawią się, itd. Jest też – co cieszy – dobry dialog pomiędzy nimi a Matką PL, która każdego dnia przynosi nowe rewelacje. No i przy okazji korzysta jak się da z tych kilku godzin bez dziecka. Od przyszłego tygodnia zaczynamy już pełną opcję, tzn. 4 żłobkowe godziny. Porównując sytuacją z tą z ubiegłej niedzieli, jesteśmy w zupełnie innym miejscu.

Zresztą wydaje się, że PL może mieć teraz pewne obiekcje jeśli chodzi o powrót do domu, bo fala miłości, przytuleń, całusów, która spada na niego po powrocie do domu jest ogromna. Dzięki temu zupełnie inaczej wygląda też nasz weekend, bo w domu o poranku jesteśmy wszyscy.

Instytucja „ciotki dobra rada” działa nam trochę na nerwy, ale chyba udało mi się wytłumaczyć małżonce, że opinie typu: „do żłobka? tak wcześnie?”, „a może jeszcze posiedzisz z nim w domu?” i wszystkich innych wypowiedzi sugerujących, że oddanie dziecka do żłobka jest przestępstwem dokonywanym na jego ciele i umyśle, należy przyjmować życzliwie i zupełnie nie zwracać na nie uwagę. Żłobek jest decyzją naszą, odpowiedzialną, przemyślaną i wynikającą z przesłanek pozytywnych, a nie negatywnych. Rodzina funkcjonować musi. W sytuacji, kiedy jesteśmy tu jednak sami, a pracodawca życzliwie podchodzi do kwestii godzin pracy w pracy, 4 godziny żłobka to wyjście racjonalne, acz kompromisowe, bo oczywiście lepiej byłoby dostać duży spadek, albo wygrać w lotto, zatrudnić dwie nianie i w dodatku nie pracować.

Zmiany trwają inne także. Mleko nie jest już posiłkiem tak pożądanym. Wczoraj PL wrąbał prawie cały słoik ziemniaków ze szpinakiem. Zastanawiam się nawet, czy to mój syn, bo ja szpinaku nie znoszę :) Tutaj przeszły geny matczyne. W ogóle – je w zasadzie wszystko tak, że uszy mu się trzęsą. Potrafi też już komunikować dość czytelnie, że chce butelkę. Na jej widok reaguje albo ogromnymi rozdziawionymi ustami, albo też kręcącą głową i machaniem rąk. Kręcnie głowy to zresztą jego ostatnie odkrycie. Czasami kręci tak, że ciężko go na rękach utrzymać. Niestety tę samą procedurę uruchamia, kiedy Matka PL próbuje oczyszczać patyczkiem nos.

I jeszcze należą się słowa podziękowania dla Babci PL, która dawno temu podarowała nam gumowego kraba do kąpieli. Małe to i proste – ot, pomarańczowe ciałko i dwa wielkie wyłupiaste oczy. Emocje, które wzbudza ta zabawka w Podmiocie Lirycznym na razie nie równają się z niczym innym. Widok kraba pobudza do tego stopnia, że jest w stanie wychlapać pół wanienki wody spokojnie. Uruchamiają się wszystkie kończyny. Natomiast kiedy jest na brzuchu, uruchamia się moduł polowania na kraba rączkami. Przezabawny i pocieszny widok. W dużej wannie natomiast można kraba nogami kopać tak, żeby wpadał pod strumień wody lecącej z kranu.

Kupiliśmy sobie miękki dywan do pokoju, dzięki czemu możemy się walać po podłodze. Tego naprawdę brakowało. Kupiłem sobie też z synem nowe skarpety. Oto one:

Było ciężko. Trzeba przyznać. Nie ze żłobkiem, ale przed żłobkiem. I nie dla PL, ale dla Matki PL. Łzy były i nerwów zbyt dużo. Przecięcie tej niewidzialnej pępowiny wcale nie jest proste i wywołuje emocje ogromne. Matka PL spać nie mogła, kreśliła scenariusze godne mistrzów horroru, analizowała drzemiące w niej pokłady podłości itd. Lekko nie było, ale chyba wszystko udało się poukładać i zracjonalizować. Że to nie podłość, a odpowiedzialność, że scenariusze mogą być raczej komediowe, czy też familijne, i że nerwów na zapas po prostu szkoda, bo projektowanie przyszłości można zostawić jakimś chiromantom, czy innym wróżom.

Nadszedł dziś zatem dzień sądny. Pojechaliśmy we trójkę. Żłobek wygląda bardziej, niż przyzwoicie i robi dobre wrażenie. Naprawdę. Dziś trójką maluchów opiekowały się dwie panie (jedna z nich ma w żłobku swoją wnuczkę), a normalnie dzieci bywa szóstka-siódemka. Sala wyglądała tak kolorowo i przyjemnie, że PL po prostu zobaczył i zapomniał, że istnieją matka, ojciec. Zabawek pełno. Zadowolony usadowił się rękach pani i dziecka nie ma. Kiedy wróciliśmy dwie godziny później PL raczej nie chciał wracać i chyba nawet nie zauważył, że jakaś szczególna zmiana w jego życiu nastąpiła. Podobno nie płakał, bawił się, zjadł mleko i trochę pospał. Zatem dwie pierwsze żłobkowe godziny zaliczone. Po wszystkim Matka PL nawet się uśmiechała, bo chyba wiele z jej barków spadło ciężaru.

Chciałbym tylko powiedzieć, że mówiłem: „a nie mówiłem, że dobrze będzie?”. Mówiłem. Po prostu rośnie nam Podmiot Liryczny i czas zaliczać kolejne etapy rodzinnego funkcjonowania, choć oczywiście jako człowiek, który w żłobku nie był, a w przedszkolu spędził dwa dni, mówię to troszeczkę na wyrost :).

Ostatnimi czasy miewam problemy ze snem, ale o tym później. Dziś problem miał PL. Jak zwykle wykąpany, zjadł mleko, przytulenie, smok, położenie na boczku. Przespał się godzinę i obudził radosnymi okrzykami. Zdębiałam lekko. PL ma genialny w swej prostocie pomysł na przywiedzenie matki do siebie – wypluwa smoka, a potem żałośnie kwili… Matka przybiega (dziś to chyba już doszło do 30 razy… – skąd do cholery, ja, istota ułomna, zdołałam w tak krótkim czasie wydobyć z czeluści mego jestestwa takie pokłady cierpliwości – pytam), smoka wtyka i umyka. A PL swoje. I tak w kółko… Tak się spieraliśmy dziś półtorej godziny, aż zasnął w końcu. Zastanawiałam się, skąd mu się to wzięło i… nie wiem. Może to poszczepienne? Może ja nadal nie do końca odgaduję o co mu biega? Nie wiem…

A teraz o moich problemach ze snem. Otóż od pewnego czasu mimo padania na twarz ze zmęczenia, nie mogę zasnąć. Inna sprawa, że tętno mam szalone – biorę leki i piję walerianę, ale niewiele to daje… Dziś, gdy przez półtorej godziny usiłowałam zasnąć, zrozumiałam, gdzie tkwi źródło mojego problemu. Powrót do pracy i żłobek. Tak tak, ja, która marzyła o powrocie do pracy i odseparowaniu się od dziecka, teraz mam z tym problem! Godzina zero to 29 maja, tymczasem gdzieś w okolicy 21 maja mamy iść na takie próbne chodzenie do żłobka. I ja mam z tym żłobkiem problem cholerny. Mój. Mentalny. Psychiczny problem. Że on będzie płakał, że jestem wyrodną matką, że go zostawiam, że on pomyśli, że go nie kocham, że go opuszczam, że ma dopiero 5 (to już???!!!) miesięcy, że mu się będzie działa krzywda, że będzie płakał, a ja go nie będę mogła przytulić (tu już płaczę, serio, to się dzieje naprawdę) etc. etc. I tłumaczę sobie, że to nie tak, droga pani, że praca pracą, z czegoś trzeba żyć, a dziecię kocham ponad życie, a opiekunki drogie, a w żłobku, to przynajmniej kontrola jako taka, krzywdy mu nie zrobią, no i  że to tylko cztery godziny dziennie…

I co? I nico. Nie wchodzi mi to do łba, bo zasnąć nie mogę. Tłumaczę sobie jak krowie na miedzy i nic.

Jest dopiero 11 maja, a ja już sieję panikę…

Podmiot Liryczny podjął dziś pierwszą w miarę udaną próbę chwycenia butelki z rumiankiem obiema rękami i przez chwilę pił zupełnie samodzielnie. Matka PL się cieszy, że to może rozwiązać problem nocnego karmienia, ale chyba to nieco przedwczesny optymizm…

I scena spod przewijaka. Zmieniam pieluchę i z przyzwyczajenia sięgnąłem po krem, którym smarujemy ciało po kąpieli zamiast kremu „pod pieluchę”. Śmiech ogólny. Matka PL mówi: – Nie przejmuj się. Ja kiedyś w nocy posmarowałam go kremem przeciwsłonecznym…

Godzina 5.20. Matka PL mnie budzi: – Chodź szybko, zobacz, szybko… Takie wołanie oznacza, że Podmiot Liryczny znów coś zmalował. Wchodzę do pokoju, a syn radośnie leży w łóżeczku ustawiony ukosem, machając jedną nogą poza łóżkiem. Udało mu się ją przestawić nad okalające łóżko wzorzyste zabezpieczenie. Trzeba przyznać, że minę miał bardzo zadowoloną.

Można trochę podsumować ostatnie dwa tygodnie w życiu naszego syna. Najważniejsza kwestia to oczywiście zdrowie. Jest dobrze. Rehabilitacja przynosi nadzwyczaj szybkie rezultaty. Nie ma już niemal śladu po rogalu i nadmiernym napięciu. Jeszcze trzeba powalczyć troszkę z mięśniami szyi i jedną ręką, ale w zasadzie jesteśmy już na finiszu. PL już odkrył do czego służą ręce – wyciąga, chwyta, tarmosi włosy mamy i taty, rzuca szeleszczącą książeczkę, czy też poluje na spadającą pieluchę. Do tego radośnie cedzi przez dziąsła dźwięki, takie jak „dzzzz” i „sssss”. Przy okazji śpi trochę lepiej (zdarzało się już jedno budzenie nocne), choć od czasu , kiedy odkrył możliwość przewracania się na bok samemu, trochę trudniej nad nim zapanować zarówno przy przewijaniu, jak i zasypianiu.

Zmienia się także menu. Do mleka sztucznego doszło już jabłko, marchewka, czy zupa jarzynowa. Gotowany ziemniak też bardzo mu przypasował. PL wszystko zjada ze smakiem. Chyba nie wdał się w tatę, który za młodu niejadkiem był straszliwym. Na widok łyżeczki buzia się rozwiera. To samo zresztą na widok butelki ze smokiem. Efekty zresztą widać – waga: 6850 g. Za dwa tygodnie włączamy mięso i pewnie zaczniemy sami gotować posiłki, bo słoiczki kosztują, oj kosztują.

Długi weekend spędziliśmy częściowo w Wielkim Mieście. Z atrakcji zafundowaliśmy sobie długi parkowy spacer ze znajomymi. My ze stacjonarnym Podmiotem Lirycznym w wózku, oni z dwójką własnych i dwójką zaprzyjaźnionych dzieci. No i mieliśmy przedsmak tego, co nas może czekać w przyszłości. Jedno dziecko na rolkach, drugie na rowerze (to dwójka starsza i nieco bardziej odpowiedzialna), jedno na hulajnodze i najmłodsze piechotą. Ogarnięcie i upilnowanie takiej radosnej czwórki to niezłe wyzwanie. Najmłodszy oddalał się na kilkadziesiąt metrów, bo oczywiście chciał prowadzić, na dość wyraźne krzyki reagować raczej nie chciał. Skończyło się to kilkoma spięciami, buntem itd. Trzeba mieć oczy dookoła głowy. Wydaje się, że młodym rodzicom muszą rozwijać jakieś dodatkowe umiejętności percepcyjne i funkcjonowanie wielozadaniowe, a także wyobraźnia przestrzenna oraz talent strategiczny do przewidywania kilku kolejnych kroków. Niemniej jednak pogoda dopisała i spacer należy zaliczyć do udanych.

Jesteśmy już niezależni lokalowo-wyjazdowo nieco bardziej, bo weszliśmy w posiadanie beżowo-brązowego łóżeczka turystycznego. Fajny gadżet – dwa poziomy, lapka i pozytywka, moskitiera, przewijak, funkcja kołyski nawet, ale z niej jeszcze nie korzystaliśmy. Dzięki temu moja siostra będzie mogła sobie przypomnieć, jak to jest mieć w domu dziecko kilkumiesięczne. Ale to podczas następnej wizyty. Wyszukaliśmy też fajny namiot. W przedsionku łóżeczko się zmieści bez problemu, także będzie szansa na wakacje pod namiotem, choć jeszcze pewnie nie w tym roku.

Podmiot Liryczny miał także okazję uczestniczyć w prawdziwym grillu. Mieliśmy ogród do dyspozycji, także mogliśmy zaprosić teściów i siostry małżonki. PL szczęśliwy, bo rąk do noszenia, zabawiania i wożenia nie brakowało. W menu: kaszanka, kiełbaski, boczek, karkówka, piersi z kurczaka… Szaleństwo po prostu.

Jasne już to, że oczy ma po mojej babci od strony taty. Bez dwóch zdań.

I chyba na razie wystarczy… :)

Aż tyle nie pisaliśmy?… Cholerka… Spróbuję potem uzupełnić braki, bo jest o czym pisać. Jedna informacja jest najważniejsza. Nasza pani pediatra w Wielkim Mieście zobaczyła Podmiot Liryczny po kilku tygodniach i mówi: – To zupełnie inne dziecko. Jest dobrze. Jest nawet bardzo dobrze. Pozostały jeszcze drobiazgi do skorygowania, ale poza tym… rodzicielska radość bezcenna i bezgraniczna. To przede wszystkim zasługa ogromnej pracy Matki PL, która walczy z materią małego ciała nieustannie, odnosząc ogromne sukcesy, jak się okazało.

PL odkrywa właśnie przyjemności odwracania się na boki. W ciągu 15 minut potrafi w łóżeczku zmienić swoje położenie o całe 180 stopni, czego świadkami byliśmy dzisiejszego poranka. I wszystko robi to z rozbrajającym uśmiechem na ustach, który cieszy nawet o 5:30 rano.

Dwa nowe przezwiska ma nasz syn: „Synek – ślinek” i „Drapacz chmur”.

Słyszeliście naszą piosenkę na euro?


  • RSS