podmiot-liryczny

Czyli o (r)ewolucji w życiu pewnego małżeństwa

Wpisy z okresu: 6.2012

Basen to było przeżycie. Ciekawe dla kogo większe. Wszystko urządzone jest bardzo przyjemnie i wygodnie dla rodziców. Panowie prowadzący zajęcia uprzejmi, mili i z tego co widać mają świetny kontakt z dzieciakami, które szaleją niebywale. Wszędzie zabawki, jest kolorowo, ciepło. Co prawda zdarzył się jednemu kursantowi mały bełt, ale cóż – ryzyko zawodowe. My na razie obserwowaliśmy, pytaliśmy i oczywiście kąpaliśmy się z Podmiotem Lirycznym, który tak naprawdę nie mógł się zdecydować, co chce obserwować, gdzie się odwrócić, bo wszędzie działo się i działo. To ktoś podpływał, to tata go podrzucał, to obok przepływał ogromny żółw dmuchany. Wrażeń tak wiele, że aż dziw, że to zniósł. Ta wielka wanna (w jego mniemaniu zapewne) zrobiła na nim ogromne wrażenie. Co ciekawe – zupełnie się nie bał (albo świetnie to ukrywał, choć w jego przypadku to chyba jeszcze nie ten czas :)) nawet kiedy było za dużo chlapania, wyskoki były zbyt gwałtowne, kiedy opijał się wody. Wytrzymał pół godziny z groszami. W domu spał potem jak zabity. Tylko podczas wieczornej kąpieli chyba pomyliły my się wanny, bo niemal zalał łazienkę chlapiąc…

Długo nas tu nie było, więc przyzwoitość nakazuje się odezwać. Podmiot ma już ukończone pół roku, co sprawia, że postrzegam go jako dużego / małego chłopa. Granica ośmiu kilogramów lada dzień zostanie przekroczona, co odczuły moje plecy przez ostatnie kilka upalnych dni, gdy z gorąca moje dziecię nie mogło usnąć, tzn. mogło, ale tylko na moich rękach. I trwało to długo. Godzinę, półtorej. Pomijam dyskusję, zupełnie bezowocną, pomiędzy OPL a mną, dotyczącą możliwości pozostawienia PL samego ryczącego w pokoju. Na pastwę losu. Takie rzeczy są niemożliwe. Przynajmniej w tym życiu.

Żłobkujemy już pełną gębą, a od lipca PL pójdzie już na 5 godzin, bo jako matka świeżo po powrocie do pracy, mam sporo roboty na głowie, a w domu, wiadomo, mizianie, kąpiele i robi się za chwilę ósma. A potem padam na pysk. I tak w koło Macieju.

Jestem matką. Mogę śmiało powiedzieć, że czuję się nią w 100%. Wiem, że sporo kobiet się będzie zrzymać na to, co za chwilę napiszę, ale prawda jest taka: najpierw jestem matką, potem jest cała reszta. Żona, kobieta itp. Zauważyłam, że nie potrafię już sobie przypomnieć, jak to było, kiedy PL jeszcze nie było. Całą ówczesną rzeczywistość ucięło.

Jutro wielki dzień. Dzień Ojca. Z tej okazji idziemy na basem z PL, co by dwa pluskacze (które uwielbiają się razem kąpać), miały święto. Matka będzie tradycyjnie od przerywania zabawy, wycierania, smarowania i wiecie, no tych wszystkich rzeczy, które TRZEBA zrobić, a które zabawą nie są.

Si ju!

Poprzednia notatka była naszą setną. Ta jest 101. W ramach świętowania krótki film: od miłości, do bingo. Mrówcza robota.

Godzina ok. 6.30. Budzi nas dochodząca z pokoju Podmiotu Lirycznego melodia karuzelki. Matka PL twierdzi, że ona jej nie włączała. Ja twierdzę, że też nie. PL jest jeszcze za mały, żeby sięgnąć. Zatem albo mamy w domu duchy, albo włamywacz miał poczucie humoru, albo ktoś z rodziców lunatykuje… I pewnie jest jeszcze kilka innych racjonalnych wyjaśnień tej zagadki.

Zauważamy ostatnio wzrastające zainteresowanie Podmiotu Lirycznego obrazami z telewizora. Przyciągają i hipnotyzują. Na razie się nie dajemy. Budujemy np. zapory z poduch (chyba, że np. jest transmisja z Giro d’Italia, czy też z tenisa – trzeba przecież dziecko przyzwyczajać ;) ). Dziś jednak okazało się, że całkiem skutecznym środkiem zastępczo-hipnotyzującym, a zapewne w znacznie mniejszym stopniu szkodzącym, jest piorąca pralka. Szumi, kręci się, bulgocze – Podmiot Liryczny zachwycony.


  • RSS