podmiot-liryczny

Czyli o (r)ewolucji w życiu pewnego małżeństwa

Wpisy z okresu: 8.2012

Moja małżonka prezentuje szklankę do połowy pustą, więc może aby nieco zrównoważyć te dantejskie urlopowe opisy, warto pokazać też pełniejszą część szklanki.

Tak – usypianie wieczorne to niestety część dramatyczna i tutaj za cierpliwość anielską MPL (mimo iż czasami lekko się nadszarpuje) należą się niskie pokłony do samej ziemi. To czynność niewdzięczna, bo PL mocno daje w kość. Ale przyznać trzeba, że w kość daje bez względu na to, czy jest urlop, czy nie.

Urlop oczywiście nie jest wymarzony i wyśniony, ale nie jest też wielkim dramatem epickim, w którym gonimy od tragedii, do tragedii. Teraz po prostu jest urlopem innym, bo trzyosobowym. Miło było zobaczyć, jak dziadkowie natychmiast zakochali się w PL. Wystarczył jeden uśmiech po wyjściu z samochodu i byli już na każde jego skinienie. Nogi na stole? Nie ma sprawy. Ciągnie firankę? Proszę bardzo. Ponosić? Już, natychmiast. Jest to może trochę ekspansywne, zważywszy na nasz cichy trzyosobowy rytm i przyzwyczajenia, ale młody jest szczęśliwy i rozdaje uśmiechy na lewo i prawo. A to, że dziadek pomysły ma czasem głupsze i wyciąga harmonijkę – ot, życie. Harmonijka zresztą bardziej przeszkadzała MPL niż PL. Dziadkowie starali się bardzo i chyba z każdymi jest tak, że czasami starają się za bardzo. Przy okazji zabrali nas na przyjemną uzdrowiskową wycieczkę spacerową, postawili kawę, a my zmyliśmy się szybciutko tak, że prawie nie zauważyliśmy dwudniowej wizyty :). Zresztą nadopiekuńczość i hiperostrożność MPL odnosi się nie tylko do teściów, ale i matki własnej, bo kto to widział, żeby wychodzić z kina w środku seansu (kiedy wreszcie udało nam się wyrwać do kina i na jakieś lody we dwójkę) i sprawdzać, czy przypadkiem coś złego się nie dzieje.

A teraz jesteśmy już we trójkę. Oczywiście PL wymaga uwagi, opieki i część planów należy dostosowywać do niego, ale także nie jest tak źle. Lody z gorącymi malinami i szarlotkę z bitą śmietaną dał nam zjeść (o dużym dzbanku zielonej herbaty nie wspomnę), dał nam też spokojnie zjeść przyjemny obiad w jednej, czy drugiej knajpce, sam racząc się chrupką, czy wyżebranym od mamy ziemniakiem, z przyjemnością znosi długie spacery a to po zdrojowym parku, a to na nadrzecznych bulwarach, podczas gdy rodzice spokojnie raczą się lodami, czy marcepanowym sercem z wiśniową konfiturą. Cieszy się z zerwanego listka, obserwuje drzewka, góry, samochody, spacerujących ludzi – wrażeń ma co nie miara. Wrażenie zrobiła na nim solankowa fontanna. Dla niego to też czas inny, bo tyle czasu z obojgiem rodziców na świerzym powietrzu jeszcze chyba nie spędził. A my zwiedziliśmy sobie dwie ciekawe wystawy. Udało mi się nawet sprezentować małżonce urokliwe kolczyki. O paczce chipsów nie wspomnę nawet.

Zatem oprócz tych gorszych momentów, są także te lepsze. Deszcz już przestał padać a prognozy na następne dni są bardziej niż dobre. Słońce się pojawi na stałe, a my wybierzemy się na pierwszą górską wycieczkę we trójkę. Ja tam wolę tak, zważywszy na to, że PL w domu marudziłby także i nawet w swoim łóżku wcale tak łatwo nie zasypia.

- Poczekaj, aż skończy miesiąc – powiedziała moja mama, gdy opowiedziałam jej, że wstaję do PL kilka razy w nocy.
Po miesiącu powiedziała: – Poczekaj aż skończy trzy miesiące. One są NAJGORSZE, jeśli chodzi o nocne wstawanie.
Po trzech miesiącach powiedziała: – Poczekaj, aż skończy pól roku. Dorośnie, będzie lepiej.
Teraz już nic ni mówi. Czasem jej się wymsknie: – Jesteś chyba przemęczona…
Patrzę na nią wtedy tępym wzrokiem i nie komentuję.
Tak, wstaję do dziecka kilka razy w noc. Bo smok wypadnie (trzeba było go nie przyzwyczajać), bo ma ochotę na mleko (trzeba było go przegłodzić), bo pić itp. Wstaję. ZAWSZE. Podobnie było dziś o 22.30, około 1 w nocy i 4, a potem 5.30, kiedy syn uśpiony w wózku (w łóżeczku było nie za ciekawie) pospał aż do 6.10 (!!!!!).

Aktualnie PL przechodzi ząbkowanie połączone z lękiem separacyjnym (to chyba to, jeśli wpada w ryk, jak wychodzę do pokoju/kibla/kuchni/odwracam się plecami, żeby w kuchni zrobić kanapkę). Wpada też w dziki ryk i woła: „ała” lub „meme”, kiedy ma dość zabawy z tatą. A to zwykle następuje po około 10 minutach… Dodam jeszcze, że pięknie wypowiada „tata”, „dada”, „baba”, „papa”, ale „mama” za cholerę nie. Pewnie zostawia sobie na deser…

I jeszcze o zapóźnieniu (rzekomym) – pisząc o niepodnoszeniu tułowia, miałam na myśli, że nie unosi się na wyprostowanych rękach i kolanach, bo normalnie unosi klatkę piersiową, obraca się i pełza (?), obraca wokół własnej osi. Tylko nie ma ochoty podnieść dupska na kolanach. O to mi chodziło. Dzięki za rady :)

No i o dziadkach PL, rodzicach OPL. Będzie o dziadku, który zwalił mnie komentarzem z nóg, kiedy naciskał, żeby wziąć PL na samodzielny spacer: „Dwoje wychowałem, to wiem, jak sobie radzić z dziećmi”. Żyję umiarkowanie krótko na tym świecie, ale wiem jedno: w latach 70. i 80. marginesem byli ojcowie, zajmujący się aktywnie swoimi dziećmi. Wiem, że to „wychowywanie” polegało na tym, że zabierał dzieci na spacer itp. W ogóle muszę tu wspomnieć, przy okazji, o zjawisku dziadów-wymąrdzalców vel. wujków dobrych rad, których paru spotkałam na swojej drodze, a którzy wnerw (by nie powiedzieć gorzej) wywołali na mojej twarzy.
Dziad nr 1 – krzyknął „Oszalała! W taki upał z dzieckiem wychodzi!” na widok mnie ciągnącej wózek przesłonięty parasolką w dzień słoneczny i upalny (temp. 29,9). Nic to, że w domu gorąc, a my musieliśmy iść na rehabilitację.
Dziad nr 2 skomentował postawienie wózka z PL obok rury wydmuchującej letnie (letnie powtarzam) powietrze ze sklepu: „Pani stawia go pod takim gorącym powietrzem”. Nieważne, że stał METR od wyciągu. Nieważne. Dziad pewnie też „wychował” dzieci, więc wie.
Przysięgam, zacznę traktować takich delikwentów jak Wujek Staszek, Mistrz Ciętej Riposty, czyli zacznę odpowiadać: Spier…..

Chciałam również zaprotestować: siedzimy sobie w całkiem przyjemnej knajpie i czekamy na obiad. Nagle leci piosenka, która wwierciła się w mój mózg, a wwiercił się konkretnie jeden fragment pieśni (w sam raz do obiadu). Piosenka ludowa, czy inne disco polo, przyprawiające o niestrawność. Pieśń o kochaniu ( a jakże) młodych (a jakże) dziewcząt. O kobietach co „gdy ma lat 16 to piękny pączek róż, a gdy ma lat 30 (!!!!), to jest zwiędły już”. No w mordę. Zwiędłam, więdnę. Zdycham. Starość…

I tyle. Jestem już po pierwszej kawie, ale czuję się na tym kampingu jak Jodie Foster w „Panic roomie” – na około deszcz, wyjść nie można. Trza siedzieć na tyłku…

A zatemż jak to mówią, odlatują bociany i borsuki szykują kołdry, czyli idzie koniec lata. Postanowiliśmy (jak co roku obudzeni z ręką w nocniku) zażyć rodzinnych wakacji. Porannego leniuchowania do 10 rano, leniwych południowych kaw z szarlotką, nieśpiesznych obiadów celebrowanych dwie godziny oraz spokojnych kolacji przy szumie Wisły, tudzież śpiewie sosen i modrzewi. I co? I k… jajco. Zamiast tego mamy wstawanie o szóstej rano (!!!), picie kawy przy pojękiwaniu dziecka, grzebanie łapami w talerzu (bo dziecko wiecznie głodne, zwłaszcza jak widzi, że matka je ziemniaka), koszmar ząbkowania i wieczorne hardcorowe maratony usypiania zmęczonego dniem dziecka, co to ni cholery nie chce zasnąć.
Ja już nie wiem, o co chodzi. Jest wieczór, PL przeciera oczy ze zmęczenia. Mycie, ubieranie w piżamkę i zaczyna się jazda. Picie mleka na przemian z herbatką w seriach po 3 razy, wycie i kasłanie, nerwowe prężenie., ryk, płacz. Noszenie na rękach, walanie się po łóżku. Nic nie skutkuje. Mały pada około 20 z minutami, po plus minus półtorej godzinie walk i męczeństwa… Co ja robię źle?

[nie rozwinę wątku zera współudziału OPL w usypianiu].

[pominę również wk…cych dziadków PL, rodziców OPL, których już drugiego dnia wizyty miałam dość, gdy o 6.20 na dźwięk wnusia wkroczyli do NASZEGO pokoju. Następnie dziadek PL najpierw grał na harmonii wprost do uszka maluszka (!!!!), następnie puścił przeboje Lata z Radiem, a depresyjna babcia próbowała mi udowodnić, że gówno wiem o dzieciach. Czyli stara miłość nie rdzewieje... Rzesz…].

Wspomnę li tylko o tym, że martwi mnie, że PL nie siedzi samodzielnie, nie podnosi tułowia jak leży na brzuchu, ze generalnie jakiś taki zapóźniony jest… OPL, jako powszechnie znany znawca tematu, uważa, że na wszystko przyjdzie czas, ale mnie to trochę martwi.

Dodam jeszcze, że mimo deszczu, w górach jest cudnie, lody pyszne [choć aktualnie zażeram cebulowe kranczipsy, żeby się odstresować po walce z dzieckiem], tylko zapieprz jakiś taki sam, jak co dzień. Wakacje, a w sumie nie wakacje…

Ponad 60-dniowe opóźnienie w kolejnej notce, to troszkę przydługo, więc napiszę w telegraficznym skrócie:

Żyjemy jakoś i ogarniamy bycie rodzicami (a na pewno bycie matką ośmiomiesięczniaka).

Po drodze wyszedł jeden ząb (całe życie sądziłam, że wychodzą parami, ale widać, żyłam w błędzie). Obecnie czekamy na drugi.

Mam za sobą walkę z: biegunkami, temperaturą 39,4.

Kontynuujemy rehabilitację jeszcze jakiś czas – bo jak się okazało, miałam rację, żeby jej nie przerywać po trzech miesiącach. (OPL wie o co chodzi).

W dalszym ciągu mam ochotę spuścić łomot pierwszej lekarce PL, ale franca jedna chodzi po mieście chyba opłotkami…

Wróciłam na dobre do pracy. Siedząc w domu, sądziłam, że po powrocie do pracy będzie ona stanowiła dla mnie odskocznię, wentyl itp, ale jest tak jedynie połowicznie.
W pracy siedzę i myślę o PL, o tym, że a) płakał, jak go oddałam do żłobka, b) nie płakał, c) zrobił brzydką kupkę, d) nie zrobił kupy, e) miał zły humor rano, f) nie miał itp.
Praca jest jedynie przerywnikiem w życiu codziennym. Krótką (pięciogodzinną) chwilą pozbawioną obecności PL.

W żłobku PL okazał się dzieckiem najgrzeczniejszym z grupy – wczoraj nawet zaproponowano mi odebranie jednej z niegrzecznych dziewczynek zamiast niego, ale odmówiłam.

Za kilka dni jedziemy do teściów (i Strasznej Teściowej – by the way), a ja już mam dość… Tak, jestem uprzedzona. Wiem. Pogodziłam się z tym. Dodam na swoje usprawiedliwienie, że wszelkie próby ułagodzenia uprzedzeń spelzły na niczym. Pozostaje mi tylko pogodzenie się z tym, że ludzie są RÓŻNI. A zwłaszcza teściowe. Może zastosuję znaną mi metodę przetestowaną na mojej mamie, że jak mi coś nie pasuje, to ryknę na delikwentkę i będzie po sprawie?
Się zobaczy.

OPL też jakoś żyje i tylko kiwa głową z politowaniem, jak mam napad całowania PL i mówienia „mamusi synuś kochany”… Tak wiem, zdurniałam i co z tego?

O denerwowaniu przez OPL nie będę wspominała, bo to przecież jest w pakiecie małżeństwa…

Się jeszcze odezwę.


  • RSS