podmiot-liryczny

Czyli o (r)ewolucji w życiu pewnego małżeństwa

Wpisy z okresu: 9.2012

Rozrywki dostarcza nam teraz nasz samochód. W środę po raz drugi odmówił MPL posłuszeństwa, kiedy odwodziła syna do żłobka. Na dość ruchliwym skrzyżowaniu. Po kilku minutach ktoś uprzejmy pomógł jej go zepchnąć na bok. Ja w tym czasie wsiadałem do autobusu i opuszczałem rodzinne gniazdo na całe trzy dni, co jeszcze spotęgowało emocje u drugiej połowy.

Zatem laweta. Jeden mechanik – nic nie znalazł. Samochód jedzie do ASO. Trzeba odwoływać montaż szafy w pokoju dziecięcym, a do tego jeszcze w środku dnia wizyta PL u neurologa. Trwa walka z ubezpieczycielem o samochód zastępczy. Trzeba dowieźć dokumenty do warsztatu, bo nie mogą znaleźć niczego i trzeba samochód trochę potestować. Pojawiają się jakieś prognozy, że to może być coś poważniejszego, co oczywiście będzie kosztować baaardzo dużo. No i do tego wszystkiego ogólne nerwy i stres, bo przecież ona jest z tym wszystkim sama z dzieckiem. Gdyby nie pomoc kolegów z pracy, byłoby naprawdę krucho.

W końcu jakieś dobre wieści. Samochód zastępczy w końcu dowieźli, a z warsztatu w piątek przyszły optymistyczne dobre – podobno jakiś czujnik ciśnienia paliwa. Drobiazg. Niecałe 400 złotych. Ulga. W piątek wróciłem do domu, humory już nieco lepsze. Sobota zaczynała się urokliwie i miał to być naprawdę miły dzień ze względu na ślub koleżanki. Zatem rano odwieźliśmy samochód zastępczy, odebraliśmy nasz z warsztatu. Wróciliśmy do domu. Bez problemu. MPL założyła granatową sukienkę, a ja wyciągnąłem z szafy krawat w owieczki. Łóżeczko spakowane, torba Podmiotu Lirycznego pełna. Możemy ruszać. Jedziemy. Do ślubu niecała godzina. Kilkanaście kilometrów od domu samochód stoi…

Odpalił w końcu, ale nie mieliśmy już odwagi jechać dalej. Do tego wszystkiego wieczorem mieliśmy przywieźć na wesele kolegę z lotniska, co oczywiście też się nie udało. Jak pech, to pech. Nie dane nam było bawić się na pierwszym wspólnym weselu.

Rzec można – zdarza się. Poradzimy sobie, samochód się naprawi i w kategoriach wydarzeń traumatycznych nie jest to zdarzenie z pierwszej ligi. Nikomu nic się nie stało. Złośliwość rzeczy martwych. Ale…

Jedna rzecz optymistyczna. Podczas pechowej podróży zadebiutował fotelik samochodowy dla PL. Koniec z jazdą tyłem, wreszcie można wyglądać przez okna i podróż staje się przyjemniejsza dla wszystkich jej uczestników. Gdyby jeszcze słońce tak nie dawało po oczach :).

Podmiot Liryczny potrafi zaskoczyć drobiazgami. Wczoraj w samochodzie odkrył, że może sobie zassać dolną wargę przy wdechu i wypchnąć powietrzem przy wydechu i przy okazji jeszcze ciekawy dźwięk powstaje. Pół dnia mu na takiej zabawie oddechowej zleciało. Przypominał sobie co jakiś czas, że tak może.

Katar się wlecze za nim nieprzyjemny. Dziś wizyta lekarska – tak na wszelki wypadek.

Doszedłem wczoraj do wniosku, że jego wieczorne senne pojękiwanie o picie, czy zainstalowanie smoczka, czy jedzenie, to jeden z najbardziej uroczych dźwięków, jakie znam. Mógłbym słuchać i słuchać, tylko, że wówczas marną miałby syn pociechę i rodzicielską pomoc.

Nie wiedzieć czemu noc jest zdecydowanie bardziej rozregulowana niż dawniej. Podmiot Liryczny zasypia co prawda szybciej, odkąd nieco przesunęliśmy godzinę kąpieli i chodzimy na dość długi popołudniowy spacer, ale ostatnio w nocy budzi się częściej, przez co my – a przede wszystkim MPL – śpi zdecydowanie mniej. Nie wiemy, dlaczego tak się dzieje. Może po prostu PL jest przyzwyczajony, że jak w nocy się budzi, to trzeba zawołać mamę, mama przychodzi i jest dobrze. Tylko dlaczego ma to robić co godzinę, albo półtorej? W dodatku nie rozumie on jeszcze koncepcji soboty, budząc dziś dom o godzinie 6.15. Co z tym zrobić? Być może trzeba zwyczajnie wziąć byka za rogi i odzwyczajać od nocnej obsługi? Jest niestety obawa, że będzie to doświadczenie dość traumatyczne – przede wszystkim dla MPL – bo jak to tak można nie zareagować? Być może w tym szaleństwie jest metoda, choć nie będzie to łatwe.

Dziś nasze pierwsze basenowe zajęcia. Nie wymierzyliśmy dokładnie zmęczenia i już w drodze PL zaczął ucinać sobie drzemkę, przez co nie był tak ochoczo nastawiony do pływania, ale przetrwał dzielnie i nawet radośnie. Na zajęciach jest jakaś dziesiątka maluchów i maluszek, choć większość nieco starsza chyba. Dwóch panów rozrywkowo prowadzi zajęcia tak, że atmosfera jest naprawdę fajna. Kilka ćwiczeń już za nami – łącznie z podrzucaniem i wpadaniem do wody, wstępem do nurkowania i karuzelką. Nurkowanie mamy zacząć w przyszłym tygodniu. Ja mógłbym siedzieć w wodzie bardzo długo, bo to sama przyjemność. PL od czasu do czasu trochę marudził, ale był dzielny. Uśmiechał się do innych dzieciaków, od czasu do czasu opijał się wodą i strasznie cieszył się z wysokiego podrzucania i potem wpadania do wody. Ręce mu tylko rwały się do chlapania.

To już dziewięć miesięcy naszego wspólnego tworzenia najmniejszej komórki społecznej. PL właśnie turla się po kudłatym dywanie, starając się dotrzeć do ciekawych zakamarków – do schowka pod kominkiem, gdzie np. można znaleźć pogrzebacz, do regałów, gdzie aż kuszą grzbiety książek, zwłaszcza te lekko odstające, czy też do półki z elektroniką, bo przecież można poprzyciskać te wszystkie fajne rzeczy. Wczoraj zostawiłem na podłodze pilota, który dziś padł łupem jakże szczęśliwego chłopca. Na razie słowa „nie wolno” nie robią żadnego wrażenia.

W pracy mam na ścianie takie zdjęcie bardzo małego PL, który leży na łóżku. Nie umiał wtedy wiele. Kiedy teraz obserwuje się go przy zabawie, to jest zupełnie inny człowiek. Turla się z boku na bok (to jego sposób poruszania się na podłodze, o raczkowaniu narazie nie myśli w ogóle), ręce fruwają w jedną i w drugą stronę łapiąc wszystko, co znajdzie się w zasięgu. Jeszcze niedawno duża kaczka w wannie wywoływała frustrację, bo była za duża, a teraz jest zabawką ulubioną do kąpieli, bo ma jeszcze taki fajny kapelusz, który można włożyć do buzi. Kojarzy już, co to znaczy „zrobić puk, puk”, i różne inne dziwy. I do tego są jeszcze dwa pierwsze zęby, które też zaczynają się przydawać. Np. marchewka jest ciekawa dlatego, że można ją włożyć do buzi i troszkę sobie z wierzchu zetrzeć. A przy okazji jakiś ciekawy dźwięk się pojawia.

MPL w ramach socjalizowania syna postanowiła, że będziemy się starać jeść razem obiady. To znaczy rodzice jedzą z talerzy, a PL kombinuje co zrobić z tym, co leży przed nim na tacce do krzesełka. Dziś były ziemniaki, troszkę buraka i cielęciny. Mniej więcej połowa trafiła na ziemię, część została wtarta w ubranie, ale część rzeczywiście dotarła do miejsca przeznaczenia. Ale największa radość PL to tłuczenie ręką w to jedzenie, przyklepywanie go, rozgniatanie w rękach i takie tam. Dzika przyjemność.

I o metkach jeszcze chciałem napisać. Metka to najciekawsza i przy okazji najsmaczniejsza rzecz. PL potrafi ją dostrzec wszędzie, przy zabawkach, ubraniach, itd. I natychmiast każda ląduje w buzi. Niektóre wyglądają już, jakby przeszły jakieś straszliwe doświadczenia – wymięte, poskręcane, trochę pourywane… Metka – to jest to.

Zimno dziś i pada, więc MPL ubrała syna do żłobka w gustowne zielone rajstopy w paski jakieś jeszcze. Okazało się, że będą dziś robić jakieś zdjęcia. Ciekawe, czy Podmiot Liryczny kiedyś nam wybaczy :)

Powrót po trzech i pół dniach do domu po konferencji i uśmiech na twarzy syna, który widzi tatę wchodzącego do domu – bezcenne. Brzmi jak reklamowy slogan, ale rzeczywiście to robi wrażenie. Jego świat jest już jakoś definiowalny i namacalny. Są w nim stałe i rozpoznawalne elementy. Miło być jednym z nich.

Mamy taki zwyczaj, że kiedy MPL wynosi PL z łazienki po kąpieli, to jeszcze robimy sobie krótkie pa-pa-pa. Ja mam szansę umyć głowę np, a PL zaczyna przygotowanie do spania. Małżonka mówiła, że kiedy nie było mnie w domu i wannę z tatą zastąpić musiała miska pod prysznicem, to i tak po kąpieli Podmiot Liryczny odwracał się w kierunku pustej wanny.

I o echu jeszcze. PL odkrywa przestrzenie akustyczne. Upodobał sobie klatkę schodową, gdzie głos pięknie się roznosi. Do tej pory na klatce słychać było tylko psa sąsiadów, którzy każde swoje wyjście na spacer anonsuje kilkoma szczeknięciami. Teraz do tego dochodzi Podmiot Liryczny, który po prostu z przyjemnością sobie krzyczy, bo ten głos brzmi trochę inaczej. I nie da się tego powstrzymać nijak :).

Podmiot Liryczny ma oczywiście wiele zabawek. Jednak najcieplejsze uczucia budzi w nim prosta marchewka prosto z IKEA z piszczałką, sprezentowana przez jedną z cioć. Nie bawi się nią najczęściej, ale jej widok i dźwięk nieodmiennie wywołuje radosną reakcję niemal w każdej, nawet najgorszej sytuacji.

Może płakać, złościć się, być głodny, niewyspany, zmęczony… Ale pojawienie się marchewki oznacza przynajmniej krótki uśmiech, okrzyk, radosne tupanie, czy machanie. Poszukiwawnia przyczyn tego fenomenu trwają :)

Urlop, urlop i już po… Jechaliśmy w góry z pewnymi obawami. Pierwszy raz we trójkę. Dla Podmiotu Lirycznego było strasznie wiele pierwszych razów: pierwszy raz wyciągiem w górę, pierwszy raz na szlaku i w dużym lesie, pierwszy raz w nosidełku na plecach, a także pierwszy raz poza granicami kraju (niby to kilkadziesiąt metrów, ale zawsze). Trochę się baliśmy, ale generalnie jesteśmy bardzo zadowoleni.

Niby nie wypoczęliśmy, bo prawie dziewięciomiesięczny PL jeszcze nie wie, że to urlop, że może warto pospać trochę dłużej, że nie trzeba narzekać tak bardzo, że to pora relaksu, że można się trochę odstresować i odseparować – jak to się mówi – od kłopotów codziennej rzeczywistości. Na te lekcje jeszcze przyjdzie pora. Na odpoczynek fizyczny jeszcze przyjdzie czas. Ale chyba jednak wypoczęliśmy. Nigdy wcześniej tyle czasu PL nie spędził na świeżym powietrzu. Tylu spacerów nie jesteśmy mu w stanie zaproponować w dzień powszedni. A tu dla niego wszystko nowe – miejsce, ludzie, hałas, smaki, zapachy, drzewa, liście, fontanny, samochody, góry, kamienie – absolutnie wszystko nowe, fascynujące, frapujące. Aż przyjemnie było patrzeć, jak to chłonął.

Obawialiśmy się wyprawy w góry. Niby to tylko 3-4 godziny, ale co będzie jak… A nie było nic. PL zaakceptował nosidełko jeszcze w trakcie eksperymentu. Świat widziany z góry jest po prostu bardziej atrakcyjny, a na plecach taty przemieszcza się przecież tak szybko. Na pierwszej wycieczce po pięciu minutach już spał i przespał mniej więcej połowę drogi. Druga połowa to spontaniczne okrzyki radości na wszystko. Ręce wystawiał sobie do liści, śmiał się do maszerującej obok matki, frapowali go przechodzący ludzie (często uroczo komentujący obecność niemowlęcia w nosidle na szlaku). A kiedy spał, wyglądał po prostu przesłodko – głowa przechylona na bok, kiwała się w rytm kroku. A dzięki fantastycznej organizacji MPL, w której torbie mieściło się właściwie wszystko, nie było mowy o głodzie (zupa z królikiem na trawie na przełęczy w towarzystwie kota), czy chłodzie. Bez tej organizacji byłoby z nami krucho. I bez chrupek kukurydzianych też. Potrafią zapewnić ciszę w najtrudniejszych momentach.

Obawialiśmy się zasypiania i rzeczywiście pierwszej nocy było źle. Rozwiązanie okazało się jednak banalnie proste. Okazało się, że w normalnym czasie, kiedy jest żłobek, praca i trzeba niejako rytm życia dostosować do tego, nie byliśmy w stanie odczytać właściwego rytmu dnia. Drugiego dnia postanowiliśmy po pierwsze przesunąć czas kąpieli o mniej więcej godzinę i przetrwać rozpoczynające się nieco wcześniej jęki, a od czasu wcześniejszej drzemki po prostu dziecko zmęczyć zabawą. Największym odkryciem okazała się jednak miska (w naszym domku był prysznic z płytkim brodzikiem, także nie za bardzo dało się tam kąpać). PL w misce zaczął po prostu szaleć. Wystarczył krab i trochę piany z mydła, żeby w ciągu 15 minut wychlapał połowę wody, zalewając matki spodnie i podłogę. Szczęście dziecka nie do opisania. Kolory na twarzy i co chwilę uśmiechnięte spojrzenie w stronę rodziców, czy jeszcze można. Zasypianie jest znacznie szybsze i łagodniejsze.

Obawialiśmy się, że z tego urlopu nie będziemy mieli nic dla siebie. O dziwo jednak PL dał nam spokojne zjeść w knajpce, przyglądając się z zaciekawieniem wszystkiemu, dał wybrać się na lody, chciał spacerować, chodzić w chuście, w nosidle, być na powietrzu, w ruchu, a także dobrze znosił podróże samochodowe. W samochodzie zapadała cisza.

Urlop we trójkę? Da się. Zresztą widać było wielu rodziców z wózkami, także rzeczywiście da się. Kiedy PL nabierze mobilności, będzie pewnie trochę trudniej, ale… damy radę. A kiedy zacznie wyjeżdżać na kolonie, to wysyłamy go na dwa turnusy z rzędu. Wtedy na urlopie się wyśpimy.

Wróciliśmy dzień wcześniej. PL poszedł do żłobka, a rodzice mogli wybrać się do kina :)


  • RSS