podmiot-liryczny

Czyli o (r)ewolucji w życiu pewnego małżeństwa

Wpisy z okresu: 12.2012

Powróciliśmy z Wielkiego Miasta. Po dwóch dniach osaczenia przez rodzinę człowiek zaczyna rozumieć przysłowie, że wszędzie jest dobrze, ale w domu najlepiej. Tak to już bywa. No dobrze. W sumie nie było tak źle. Jedzenie (dobre) podane pod nos, herbata zrobiona, nawet trafiło się coś słodkiego na stole. Bardzo przyziemne sprawy, ale to zaleta bycia świątecznym gościem. Ale chyba jednak wolimy sami, na swoim, kiedy od niczego i nikogo nie musimy zależeć.

Podmiot Liryczny niczym pan i władca zawsze znajdował się w centrum uwagi. I jeżeli za bardzo mu sie nie narzucało, potrafił odwdzięczyć się uśmiechem i taką swoją roczną rozkosznością. W ciągu miesiąca nabrał też znacznie większej moblilności. Jeszcze miesiąc temu u siostry ledwo wspierał się na rękach i kolanach. Teraz bez żadnego problemu czołga się i – to najnowszse odkrycie – obraca wokół własnej osi. Czuje swoją niezależność. Jak mu się znudzi, może po prostu wyjść. A w tym swoim czołganiu jest tak pocieszny… U mojej siostry bardzo spodobało mu się akwarium. Może rybki to dobry pomysł nasze pierwsze wspólne zwierzaki? Trzeba sprawę przemyśleć. Niezmiennie wielkie wrażenie robi piesek u teściowej. Do tego stopnia, że chyba PL ukuł sobie pierwsze własne słowo oznaczającego owego pieska: „ke-te”. Co prawda pojawia się ono w innych kontekstach także, ale przy psie najczęściej. No i oczywiście „mama” i „mama”.

Po trzech miesiącach odwiedziliśmy naszą zaprzyjaźnioną panią doktor. Wszystko wygląda dobrze, choć potrzeba jeszcze trochę rehabililtacji. PL niemal rozniósł gabinet, bo na podłodze leżała sporych rozmiarów piankowa wykładzina. My pianki na razie schowaliśmy, bo był to jego ulubiony przedmiot do gryzienia, a pianka owa dość łatwo się odrywa. Tutaj więc rzucił sie na nią jak zgłodniały ryś na jakiegoś jamnika. No i oczywiście (specjalnie) odmówił współpracy z rodzcami, bo po co ma sie popisywać. W obecności pani doktor udawał, że nie wie, gdzie jest mama, gdzie tata i tak dalej. A odwrócić głowę w naszym kierunku potrafi znakomicie. Pani doktor wyszła na moment i wszystkie umiejetności magicznie powróciły. Teraz czeka nas uczenie go tego, gdzie jest nos, uszy, oczy… :) No i pani doktor zauważyła (o dziwo), że jakoś mamę sobie owinął synek…

Mimo próśb naszych wśród zabawek pojawił się nowy samochód policyjny, który wyje i świeci… Nie da się wytłumaczyć pewnych prostych rzeczy. Cóż. Biedne dzieci będą się cieszyć z kolejnego prezentu.

Stało się. Po 379 dniach życia Podmiot Liryczny wydobył z siebie słowo „mama”. Oczywiście można zakładać, że to przypadkowo, że to tak wyszło, że może mówi „am-am”, bo jest głodny, ale… Jest. Matka PL szczęśliwa. Czas dotarcia z miejsca x do miejsca, gdzie kwili dziecię i woła „mama” zmniejszył się jakieś 2-3 razy. Ot, szczęście lingwistyczne.

Podróż do Wielkiego Miasta minęła nadzwyczaj spokojnie. Drogi suche i puste, a Podmiot Liryczny nadspodziewanie spokojny. Zniósł także wizyty o babć, cioć, braci i sióstr ciotecznych. Rodzice chyba nieco gorzej to zniosą, ale może pomoże 6 rodzajów ciast, które przygotowała (moja) teściowa. No przecież Święta są!

To już nasza druga rodzinna Wigilia. I druga spędzona tylko we trójkę. Już nie pamiętam tak naprawdę, co działo się rok temu. Pewnie po prostu leżeliśmy z maleńkim Podmiotem Lirycznym nie przejmując się światem.

W tym roku już nieco inaczej, bo PL nie jest już tak maleńki i statyczny, jak rok temu. Miał zresztą dobry dzień – mimo choroby. Wszystko go cieszyło, bawiło i śmieszyło. W domu co chwilę rozlegał się jego rechot. Uciszająca mama, rzucający pluszowym psem tata, a także angażujące jego uwagę przedmioty domowe. Wszystko to go radowało. I to tak naprawdę wystarczy za całą świąteczną atmosferę.

Zrobiliśmy sobie też coś na wigilijny kształt, ale trochę bardziej po naszemu. Z ryb był łosoś, którego uwielbia Podmiot Liryczny, ale został on zjedzony nieco wcześniej. A potem na białym, niedoprasowanym obrusie znalazł się barszcz i uszka, śledzie, szparagowa fasolka, pieczarkowa sałatka oraz ziemniaki pieczone lekko opruszone mąką kukurydzianą. A na późniejszy deser lody z gorącymi malinami i pokruszonym biszkoptem. Jeżeli chodzi o ostatnią z potraw, to mam nadzieję, że stanie się to już naszą tradycją, bo pyszne jest to niezmiernie.

PL chyba czuje się lepiej. Syropy łyka, wszystkie psikadła do nosa przyjmuje dzielnie, problem ma tylko z kroplami do oczu, które chyba szczypią go trochę. W ramach urozmaicania sobie wieczornej kąpieli zaprzęgliśmy do pracy nasz odkurzaczowy aspirator, który generalnie budził dotąd respekt. A plastikowa rurka w wannie wyczyniac może rzeczy niezwykłe. Synowi najbardziej podobało się, kiedy tato zasysał powietrze, dzięki czemu można było przystawić do rurki język i on też się zasysał. Ot. święta :).

Matka PL uznała, że do jutra czekać nie będzie. Zatem akcja L jak doktor. W ambulatorium kolejka taka, że szkoda gadać, a tam złapać jeszcze można gorszego wirusa czy inne paskudztwo. Na szczęście w połowie dnia lekarz-który-zawsze-dojeżdża-nawet-jak-jest-na-kacu, odebrał telefon. Po godzinie się zjawił, zbadał (o dziwo niezwykle grzecznego PL), wypisał receptę i jesteśmy uratowani. Chyba nawet zwleczemy się do rodzin w środę.

A ja, z racji tego, że musiałem wystawić nos na mróz, bo trzeba było pójść do apteki, zafundowałem sobie jeszcze hot-doga na jednej ze stacji benzynowych. Święta w końcu (idą)!

Zdarza się o poranku, że PL wstaje przed nami. W zasadzie zawsze w weekendy, których istnienia PL chyba jeszcze nie załapał. Może zastanawia go to, że są takie dni, w których nie idzie do żłobka, a rodzice o dziwo zostają w domu, ale jeszcze nie zauważył, że mógłby np. pospać sobie nieco dłużej i dać rodzicom nieco wytchnienia. Cóż – to jedna z edukacyjnych misji na przyszłość. I zdarza się też, że Matka PL przynosi nam syna do łóżka. Jaki jest wówczas jego główny obiekt zainteresowania? Dolna warga taty. Doskonale nadaje się do tego, żeby ją smyrgnąć palcem, bo wtedy wydobywa się taki fajny dźwięk. Plask. I tak kilka, kilkanaście razy. To rozbawia rodziców niezmiernie… Może potraktować to jako pewną formę zadośćuczynienia?

Święta blisko. Postanowiliśmy nie nadwyrężać zmysłów PL, a także dbać o nerwy swoje i do rodzin wybieramy się dopiero w drugi dzień świąt. Tyle dni z babciami, dziadkami, ciotkami… a nawet psem, to byłoby zbyt wiele. Za rok święta będą już dla niego czymś interesującym, czymś ciekawym, magicznym, przyjemnym. Ale teraz to po prostu będzie zbyt dużo wszystkiego – wrażeń, hałasu, zapachu, dźwięków, zainteresowania ludzi… A i dla nas takie przemieszczanie się między domami to nieco zbyt dużo. Omijamy zatem największy sajgon i zjawimy się nieco później. Na nieco krócej. Zwłaszcza, że nam się jeszcze jakieś zimowe coś przypałętało. PL trochę kaszle, trochę ropy mu z oka leci, trochę ma zielony katar…

Jest taka teoria, że to za karę, ponieważ Matka PL nie chciała powiedzieć babci PL, że nie będzie nas na wigilii… Uznała, że zadzwoni przed i powie, że przyjedziemy później, bo Podmiot Liryczny trochę chory i się boi z nim jechać, że to i tamto… A teraz wygląda na to, że przynajmniej będzie sumienie czyste.

Od jakiegoś czasu Matka PL próbowała znaleźć przepis na chleb maszynowy, który mogłaby zaproponować bezglutenowo-bezlaktozowemu synowi. Do tej pory bezskutecznie. Kukurydziany nie smakował, jakiś tam nie wyszedł i tak dalaj. Ale dziś rano. Ta-dam! Sukces. Chleb gryczano-kukurydziano-ryżowo-amarantusowy wreszcie spełnił wymogi delikatnego podniebienia Podmiotu Lirycznego. Chleb z bananem na śniadanie jadł z chęcią.

Gdyby jeszcze nie budził się w nocy 5 razy, to byłoby jeszcze fajniej.

Podmiot Liryczny podwędził koleżance ze żłobka biszkopta. I to jeszcze glutenowego. Ponoć nawet nie zdążyła do niego się ruszyć, a on już! Haps. Zresztą jakiś czas temu wcześniej przejął (od innej koleżanki) kotleta. Także już wiadomo, że w jego przypadku powiedzenie „przez żołądek do serca” będzie miało zastosowanie praktyczne.

Też tak macie, że w czasie marudnego ząbkowania bylibyście w stanie oddać dziecku wszystkie swoje zęby i jeszcze kilka innych? Oj – my tak. Późne popołudnie – dotychczas raczej czas przyjemny zabawy na dywanie – jest na razie nie do zniesienia. Jak mówi Matka PL: „Poznałam nowy wymiar słowa marudny”. Robimy co możemy.

Ostatni krzyk mody to okularki pływackie. Zęby czymś trzeba zająć. Dział też nowy zegarek małżonki, który dostała jako wczesny gwiazdowy prezent. Jego bransoletka jest wykonana w całości z dość mocnego silikonu (Matka PL jest uczulona na różne metale, zatem tylko taki ręczny zegarek wchodził w grę). Gryzienie owego silikonu było raczej nieszkodliwe, bo rzeczywiście mocny, a Podmiot Liryczny przez chwilę miał zajęcie. Sprzątając swoją część szafy Matka PL znalazła jakieś mało aktualne pływackie okularki. Jeszcze bardziej zajmujące. Można gryźć, podgryzać, a przy okazji strzelać śliną z gumki. Odjazd.

Przy okazji należy odnotować, że żel pomagający w ukojeniu bólu zębów bardzo smakuje naszemu synowi.

Na szczęście ostatnia noc nie była już tak szalona, jak ostatnia. No i PL znów zajął swój pokój po przerwie spowodowanej rodzinną wizytą. Po dwóch dniach z dziadkami człowiek docenia ciszę domowego ogniska.

Najazd rodziców moich, a teściów Matki PL. Na szczęście dwudniowy. No dobra. Nie jest tak źle. Po pierwsze dlatego, że mój tato jest mistrzem w pieczeniu tortów i przywiózł prawdziwy tort kawowy z pysznym biszkoptem nasączonym alkoholem, kremem i tak dalej. Po prostu kaloryczne piękno. Była też kolejna pierwsza świeczka dla Podmiotu Lirycznego (on znów jadł chrupki i biszkopty oczywiście – gluten). A przy okazji jest kilka osób więcej do zajmowania uwagi PL, co on wydaje się doceniać. Nie za bardzo narzeka, kiedy babcia trochę przeszkadza w jemu znanych zabawach. Wydaje się, że babcia kupiona. Mniej więcej.

W dodatku jutro dziadkowie mają kupić prezent urodzinowy. Na szczęście wybierać będą rodzice. Uff. Pas startowy z kierowanym samolotem i dźwiękami będącymi w stanie doprowadzić do szału człowieka głuchego, udało nam się oddać w dobre ręce.

Trwają próby rozszerzenia menu śniadaniowo-kolacyjnego. PL doszedł do wniosku, że kaszka i rzeczy kaszkopodobne po prostu mu nie smakują. Kręci głową jak śmigiełko. Dziś Matka PL spróbowała rano zrobić z kaszki placki z jabłkami i spotkało się z to z sukcesem połowicznym. Ale przecież dziecko nie może jeść cały czas jajek (uwielbia) oraz parówek z 96 % szynki (też uwielbia). Jakieś urozmaicenie być musi. Zobaczymy, czy zasmakuje mu chleb z mąki kukurydzianej. Gdyby ktoś kojarzył jakieś ciekawe przepisy na tego typu dania dla bezglutenowo-bezlaktozowego dziecka, to bardzo prosimy!

Aha… Po wczorajszej nocnej jeździe bez trzymanki, dziś rano rodzice usłyszeli dobiegający z pokoju monolog. Spojrzeli na zegarek. I była 7:20. Przeprosiny przyjęte. Prosimy o więcej.

Trochę zaplątaliśmy się w numeracji przez te przerwy. Tak czy inaczej ta notka jest za wczoraj i tutaj liczba jest pewna – 366. Rok przestępny. Pierwszy rok z Podmiotem Lirycznym na powietrzu minął. I minął nam niezwykle szybko. Tak czy inaczej – sto lat!

W żłobku urodzinowa impreza z babką piaskową. W domu urodzinowa impreza z tortem dla rodziców i chrupkami dla PL, bo on glutenów nie jada. Balony, świeczka i te sprawy. Był też prezent – kilka zabawek kąpielowych i kolejna wieża z klocków, którą Podmiot Liryczny po ułożeniu przez jednego z rodziców natychmiast równa z ziemią. Na razie przyjemnością jest taka szybka destrukcja, a nie budowanie.

Ponieważ od kilku dni jestem chory, zastąpiliśmy kąpiel z tatą, na samotną kąpiel w brodziku prysznicowym. I chyba tak już zostanie. PL chlapie z radości niemiłosiernie. I może tak bardzo długo. Małżonka była wczoraj cała mokra. Ale jakże przyjemnie patrzy się na radość młodego człowieka w jednej ręce trzymającego pomarańczowego kraba, w drugiej fioletową kaczkę, chlapiącego równocześnie nogami (nowa umiejętność) i narzekającego, kiedy już go się skrajnie zmęczonego z wody wyciąga.

Tak sobie rozmawialiśmy wczoraj, wspominając to, co działo się przed rokiem, szpital, cesarkę, leżenie i wszystko co z tym się wiązało. Niezwykły moment i niesamowity czas. Przy okazji gdzieś tam wspominaliśmy, że może drugie, może kiedyś. PL chyba nas podsłuchał, bo w nocy dał takie przedstawienie, że szkoda gadać. Po godzinie jęczenia, płakania, nudzenia po prostu przestał i zaczął swoje wesołe gaworzenie. A potem budził się co chwilę doprowadzając Matkę PL do ciężkiej,  a Ojca PL do nieco lżejszej półprzytomności porannej. Sprawa brata/siostry odłożona ad acta.


  • RSS