podmiot-liryczny

Czyli o (r)ewolucji w życiu pewnego małżeństwa

Wpisy z okresu: 9.2013

Dzień 656. Bam!

1 komentarz

„Bam” to ostatnio bardzo często używane słowo. Na początku oznaczało ono jedynie przewracanie się na łóżku, teraz jednak jest już używane prawidłowo i oznacza upadek. W zasadzie chyba oznacza taki upadek, który nie jest straszliwie bolesny i nie wywołuje płaczu. Po prostu „bam” informuje rodziców, że nastąpiło potknięcie się, przewrócenie się, uderzenie w głowę itp. Ostatnio informacja taka dotyczy też osób trzecich. Matka PL opowiadała, że podczas spaceru w parku PL zobaczył przewracającą się dziewczynę na rolkach. – Bam – zauważył mądrze.

Rysowanie ruszyło. Bardzo długo kredki były tylko dziwnymi zabawkami. PL wiedział, że można coś nimi narysować, ale wolał je przerzucać po podłodze, nosić, wkładać w różne miejsca i je wyjmować, zjadać (to denerwowało rodziców, a wszystko, co denerwuje rodziców jest warte powtarzania)… Ale teraz on rzeczywiście wziął się za rysowanie. Nauczył się siadac na swoje krzesełko przy stoliku, na którym są kartki i kredki i rysuje. Na razie linie prawie-proste, które np. są myszką, albo rybą.

Podmiot Liryczny rozwija się śniadaniowo. Wymyślił mianowicie, że karmione podczas śniadania będą jedynie pluszowe zabawki, ale także piesek, którego ma na bluzce, oraz zwierzątka, które są w książeczce. Pięknie. Co ciekawe, już sam zaczyna karmić swoich pluszowych przyjaciół (i plastikowych, bo dziś kanapki z serem jadła z nim kaczka inwalidka).

Odsysanie nosa przebiega już bez najmniejszych zakłóceń. Wystarczy już powiedzieć: „Idziemy czyścić nos?”. PL wtedy idzie natychmiast do szuflady, gdzie jest woda w sprayu do nosa, potem natychmiast biegnie pokazać gdzie jest odkurzacz, włącza go i wędruje na fotel. Domaga się teraz także, żeby odsysaczem dać mu się pobawić – bo przecież dziurkę można palcem przytkać, albo uśmiać się kiedy tato podsysa lekko policzki. I nos daje bardzo chętnie. Uff. Kiedy przypominam sobie, jakie sceny się działy…

W telewizji była transmisja jakiegoś meczu. PL przypatrywał się, przypatrywał, i podszedł do telewizora, żeby palcem wodzić za piłką.

Podmiot Liryczny jest fanem karetek. Nie ma co ukrywać. Karetka jadąca na sygnale wywołuje emocje. Widziana na ulicy, czy też na ekranie (Matka PL puszcza czasami filmik, na którym 50 karetek jedzie na sygnale przez miasto). Wróciłem dziś do domu i już przed drzwiami usłyszałem sygnał. Potem drugi. I jeszcze inny. Małżonka kupiła synowi (poszła po rajstopy) karetkę. Ma przycisk, cztery sygnały, migające światełka, otwieraną klapkę z tyłu, a w dodatku ma mechanizm napędzający. Wieczór PL spędził w towarzystwie karetki. Kolację jadł z karetką, na mamę wchodził z karetką, pod krzesełkiem przechodził z karetką. Wojna zaczęła się dopiero przed kąpielą, bo mimo wszystko kontakt zasilanego baterią mechanizmu karetki z wodą nie wyszedłby tej pierwszej na dobre. W końcu udało się techniką odwrócenia uwagi (Matka PL przyniosła do wanny lejek do zabawy) usunąć karetkę z pola widzenia i z pamięci (krótkotrwałej). Kiedy piszę te słowa Podmiot Liryczny leży już w łóżku w swoim pokoju. Powinien zasypiać. Ale co jakiś czas dochodzą z owego dźwięki karetki.

Słowo „kape” jest już zrozumiałe i czytelne. To kapeć. Kiedy PL zdjął kapcie z nóg i biegał boso, matka krzyknęła: „kto zdjął skarpetki”. Syn popatrzył i poprawił: „kape”. Bo przecież zdjął kapcie.

Poza tym PL chodzi za swoją matką i mówi: „pipi”. To oznacza myszkę. Matka udaje, że sie przestrasza, mówi: „oj, co to za myszka, ja się boję takiej myszy”. I on wówczas swoje: „pipi”. Ciekawiej zacznie się dziać, kiedy Podmiot Liryczny rzeczywiście trafi na coś, czego boi się jego matka. Może tato niedługo podpowie.

Jedną z rzeczy, z którą nie mamy problemów, jest podawanie Podmiotowi Lirycznemu leków – syropów, kropel, kropelek i innych. Nie jest to chyba rzecz typowa. Otwiera dziób, jakby to były największe smakołyki. Wręcz domaga się więcej. Nietypowy przypadek.

Matka PL zabrała dziś syna do lekarza. Ostatnio kaszlał dość mocno z rana. Była pełna obaw i już wróżyła powrót ze zwolenieniem. Na szczęście okazało się, że wszystkie części układu oddechowego są jak najbardziej czyste. Jakiś syrop trzeba będzie pić (patrz wyżej), ale poza tym na razie wszystko jest w całkowitym porządku. Nieco częściej trzeba będzie korzystać z odkurzacza i odsysania nosa, ale to jakoś przeżyjemy.

Nie znam się na centylach, siatkach, miarkach itp. ale Matka PL, że jeżeli chodzi o wzrost, to Podmiot Liryczny jest w centylu 97, a nawet jeśli odejmiemy kapcie, to w okolicach 90. się mieści.

Nowa zasada: nie czytamy książeczek bez kapci. Ściąganie kapci to jedno z ulubionych zajęć. Zwłaszcza jednego :) Drugi zostaje na nodze. Do tego szelmowska mina i uśmiech. Wiadomo przecież, że to coś, czego starsi państwo (czyli my) nie pochwalają…

Zobaczyć Podmiot Liryczny, który ogląda na ekranie komputera paradę 50 karetek na sygnale: bezcenne.

Deszczowy dzień utrudnia życie prawie-dwulatka. Nie można było jechać karmić kaczek i trzeba się kisić w domu. W dodatku rzucony o ziemię konik traci ogon, co doprowadza do płaczu (wcześniej konikowi odgryziono nos, co też doprowadziło do płaczu). Na szczęście matczyna kreatywność trochę pomaga. Wystarczy krzesełko do jedzenia przykryć kocem i już mamy domek-namiot, do którego Podmiot Liryczny może wejść (a w zasadzie przejść przez niego).

Pojawiają się nowe słowa zwierzęce. Gąska robi „gęgę”, a myszka „pipi”.

Matka PL została dziś dwukrotnie ugryziona przez swoje dziecię ukochane. W dodatku PL cały czas próbuje się wspinać na nią, deptać itd. Generalnie matka jest idealnym torem przeszkód. Tata jest torem przeszkód nieco mniej idealnym i rzadziej używanym. Co prawda można przechodzić przez nogi z jednej strony na drugą, ale problem z tatą polega na tym, że nie zawsze łapie, kiedy dziecko się potyka. Z matką to co innego.

Odkurzaliśmy. Ulubioną zabawą PL jest wyłączanie odkurzacza lub przyciskanie przycisku zwijania kabla. I tak walczyliśmy. Duże zainteresowanie wzbudziła sama rura ssąca, do której można np. próbować włożyć jeden palec, dwa palce, trzy palce… Fajnie jest. Ale zaraz potem odkurzacz należy wyłączyć… i jeszcze raz. I jeszcze raz.

Podczas wczorajszej kąpieli wymyśliłem głupawą zabawę. Wziąłem dwie gumowe kaczki (z chyba siedmiu, z którymi kąpie się Podmiot Liryczny) i uderzyłem PL w policzki, mówiąc „pac, pac”. Potem uderzyłem siebie w policzki, mówiąc „pac, „pac”. Potem Matkę PL. I zapytałem PL – i komu teraz robimy „pac, pac”. Więc ten: mama… Potem: mama… Potem: tata… Potem sam nachylił głowę. I tak bawiliśmy się z 5 minut. Dziś w wannie po umyciu się, kiedy był już czas zabawy, w pewnym momencie PL sam wziął dwie kaczki i uderzył się nimi w policzki. I zabawa zaczęła się od początku. Zapamiętał to spryciarz…

A prawdziwe kaczki karmiliśmy dziś chlebem nad rzeką. PL w uprzęży stał z metr od brzegu. Kaczek podpłynęło mnóstwo. Radość wielka. Wcześniej PL zaliczył klasyczny upadek na mokry asfalt, bo za szybko biegał, żeby szukać owych kaczek. No cóż. Bywa. W parku spacerowały sobie też dwie starsze panie. Zainteresowany PL patrzył się na nie. A one do niego: chodź chłopczyku. A ten za rękę. „Jaki odważny”… Oj, nie odważny. Trzeba się zająć takimi sytuacjami. Nie wiem, czy to dlatego, że generalnie PL jest przyjazny ludziom i nieszczególnie się boi, czy dlatego, że tato był trzy metry od niego. Nie chcemy go szczególnie ludźmi straszyć, ale wyjaśnienie tego, że obcy, to obcy będzie ważnym zadaniem.

Kilkadziesiąt schodów PL – z nad rzeki do miasta – PL przeszedł dziś całkowicie o własnych siłach. Bez żadnej asysty. Kilka potknięć, ale poza tym – sam.

PL nie poszedł dziś spać popołudniu. Tak po prostu. Nie chciał zasnąć. Za to spokojnie przetrwał dwa spacery. Matka PL kupiła też nową książeczkę: „Karetka Mietka”. Dołączyła do serii, do „Motoru Marka” i „Auta Artura”. Największe emocje wywołują nieustannie znaki drogowe i światła. Bardzo go zdziwiło tez, kiedy w „Karetce Mietka” pojawił się też Artur w swoim aucie.

Syn z ogromną chęcią chce wchodzić na matkę. I ściąga sobie jeden kapeć. Jeden. „Kape”.

Zupa krem z dyni z pomarańczami nie wzbudziła żadnego entuzjazmu. Tym razem PL nie chciał jeść rodzicom z talerzy, co zwykle czyni dość chętnie. A kanapki z pasztetem pozbawił samego pasztetu. Chleb nie był szczególnie atrakcyjny.

Nie słabnie miłość i fascynacja Podmiotu Lirycznego kaczkami. To chyba jego ulubione, może poza psami, zwierzaki. Matka PL raportuje, że do przeróżnych kaczkowych zajęć doszło jeszcze karmienie owych. Niedaleko domu płynie rzeka, jest park, a to oznacza jedno – obecność kaczek. Zatem należy zaopatrzyć się w chleb i można szaleć.

Bardzo wesoło było, kiedy PL dorwał się do pudełka pełnego chusteczek. W ciągu kilkudziesięciu sekund na przedpokoju znalazły się wszystkie chustki, a on sam zakopał się w wielkiej białej… wyspie. Jeszcze zabawniej było, kiedy potem próbował wkładać je znów do pudełka, ale to jeszcze przekraczało jego możliwości. Jednak chusteczki należało gdzieś umieścić przecież. Idealna do tego była nasza mała komódka, która ma trochę otworów pozwalających na łatwe otwieranie szuflad. W te otworu chusteczki mieściły się perfekcyjnie.

Na szczęście kaszel i kłopoty związane z gardłem powoli ustępują. Obyśmy wygrali to jesienne starcie.

Podmiot Liryczny postanowił spać z klockami. O 2 w nocy Matka PL podczas pojenia mlekiem chciała trzymany w ręku klocek zabrać i okrutna kara ją spotkała. PL nawet o tak późnej/wczesnej porze walczy o swoje przekonania. I spał z klockiem w ręku całą noc.

Rano PL dostrzegł, że na papierze toaletowym są pieski. Szaleństwo. Później nieco zwrócił uwagę, że na jego polarowych spodniach są znaki drogowe, samochody i światła. Większe szaleństwo.

Mała rodzinna scenka komediowo-dramatyczna. Matka PL miała dziś odebrać samochód od mechanika, a następnie odebrać PL ze żłobka. Ojciec PL dziś na badaniach okresowych, więc harmonogram nieco popaprany. W drodze do mechanika małżonka zostawiła mi klucz do domu (powieś pranie, odkurz i takie tam). Samochód nie był jednak jeszcze gotowy, więc małżonka jedzie autobusem i stoi w korku. Najpierw dzwoni, żeby na przystanek przynieść wózek. Potem alarm odwołany, bo w autobusie tłok i wózek się nie zmieści. Ja wracam do domu. Ona dzwoni, że jest duży korek (ulica remontowana), że może ja pójdę po PL do żłobka… Mówię, że ona i tak będzie szybsza. Potem jej telefon już milczy. Ponieważ małżonka ma kontuzjowany bark uznałem, że wyjdę jednak z wózkiem, gdyby z transportem były jakieś problemy. Spotkamy się po drodze. Dzwonię… dzwonię… żeby oczywiście się nie minąć. Jej telefon milczy. Nie słyszała I co? I oczywiście się minęliśmy. Ja pod żłobkiem, żona w domu – bez klucza. I dopiero wtedy odebrała. Kurtyna. Ot – taka sytuacja.

PL dziś wyraźniej grzeczny. Wchodzenie na sofę opanowaliśmy mniej więcej taktyką ostrzeżenia. „Jeżeli będziesz stawał na łóżku, to cię z niego zdejmiemy”. I w miarę działało. Dopiero przed kolacją zapora trochę puściła. Ale w porównaniu z wczorajszym szaleństwem, dziś było naprawdę dobrze. Dwie godziny czytania książeczek mniej więcej, trochę robienia „bam”, trochę zabawy klockami (układanie idzie lepiej i lepiej), ale żadnego włażenia na matkę, kopania itp.

Hit dnia! Naprawdę! Trudno było sobie wyobrazić, jakie emocje u 21-miesięcznego chłopca może wywołać zwykły mecz snookerowy. Kuleczki na ekranie telewizora… I to jeszcze poruszające się. I czerwone, i czarna, i biała, i kolorowe. Podbiegał rozemocjonowany do telewizora, żeby nam owe bile pokazać. Niezwykłe i niezapomniane.

Wskazówka barometru drugiego potomstwa po dzisiejszym dniu Matce PL dość mocno przechyliła się chyba na stronę „nie”. Podmiot Liryczny dość mocno dał się jej we znaki. Nie współpracował, nie słuchał się, wymyślił sobie, że będzie wchodził na mamę nogami, albo że będzie sobie uderzał nogami na leżąco tak, żeby ją trochę pokopać, nie chciał wybrać się na popołudniową drzemkę, średnio chciał jeść itp., dość mocno protestując płaczem itp. Bo przecież on chce iść robić „bam” i wchodzić na mamę. W dodatki kuchenka jest dla nieco bardziej i bardziej pociągająca, a odseparowawnie bramką od kuchni jeszcze frustrację potęguje… W końcu poszedł spać, ale zamiast mniej więcej o 12-13, jaśnie PL usnął ok. 15.

Potem wyczytaliśmy w jednej mądrej książce, że w zasadzie w domu to on rozrabia z miłości, bo po prostu z najbliższymi czuje się bezpiecznie, ale też że tylko z rodzicami młodzieniec walczy o niezależność. Niemniej jednak wyprowadził matkę z równowagi do tego stopnia, że kiedy ta zaczęła przygotowywać bezglutenowy chleb, to zapomniała do maszyny do chleba włożyć mieszadło. I krzyk z kuchni: „zepsuło się, mieszadło nie miesza”. Walka niemal dwulatka rzeczywiście przybiera formy trudne, czasem – jak widać – wywołuje krótkotrwałą amnezję, ale chyba jeszcze jeszce do zniesienia. Pewnie będzie trudniej, ale musimy sobie dać z nim radę. Każdy dwulatek się przecież buntuje.

Hipopotam kręcący głową już bardzo niedługo skończy swoją karierę – niezwykle dynamiczną zresztą. Po prostu zabawka made in China nie przetrzymała w zasadzie pomysłowości PL. Jedno z kółek jest niezwykle bliskie odpadnięcia. Chyba wrócimy do kaczki podobnego typu, która nie kręci głową, tylko macha łapkami. Kółka ma chyba solidniejsze. A obie łapki ma przyczepione taśmą klejącą.

Schowanie obu konewek zaowocowało tym, że dziś nie wystąpił problem uporczywego podlewania kwiatków na sucho.

PL uspokoił się trochę po dość długiej popołudniowej drzemce. Bardzo zabawnie było, kiedy Matka PL gotowała kolację, a on – po jednej sztuce – przynosił mi śliwki do zjedzenia. Upewniał się, że załadowałem śliwkę do buzi, i biegł po następną. Było ich dokładnie trzynaście. Potem przyniósł mi jabłko, ale sam zjadł ponad połowę. Posmakowała mu też wieczorna propozycja z kuchni, czyli brokułowo-jajeczno-klopsikowe placuszki. Przed południem cielęcinowy gulasz nie spotkał się z tak przychylnym przyjęciem.

Mała wieża z klocków towarzyszyła dziś Podmiotowi Lirycznemu nawet w kąpieli. Tam też przecież można ją układać. I rozkładać. I układać… Na szczęście ryba plastikowa mogła trochę klocków porwać, a z kilku udało się też zrobić wieżę obserwacyjną dla statku piratów.

Życie dla prawie dwuletniego człowieka potrafi być niezwykle szczęśliwe i radosne, ale i bardzo frustrujące. Dziś było bardzo różnie. Wiele radości dostarczył nam spacer przedpołudniowy. Podmiot Liryczny cieszył się niezmiernie z szybkiego przyspieszania i hamowania wózkiem oraz tym, że przybijałem mu piątkę w wyciągniętą rękę. Duże zainteresowanie wzbudziły też ślimaki w skorupkach, które po deszczach nocnych pojawiły się na chodniku. Była także siatka – płot otaczający budynek wodociągów. Można przy nim stanąć spokojnie, złapać go rękami i próbować potrząsać. Sama radość. W sumie prawie kilometr z kilku kilometrowego spaceru PL przeszedł piechotą – raz biegnąć, raz stając przy trawce, krzaku, drzewku, zachwycając się przyrodą oraz pozostałą tu i ówdzie po deszczu wodą.

Jednak bywają też momenty mocno frustrujące. Dziś kumulacja frustracji nastąpiła wieczorem. Ostatnio PL domaga się podlewania kwiatków. Dwa, trzy, a czasami i więcej razy domaga się zdjęcia konewki i obchodu po mieszkaniu, żeby nasze… siedem kwiatków podlać. Robimy to oczywiście na sucho, ale… Wieczorem syn wpadł w jakiś trans i w końcu Matka Pl dała mu jego malutką konewkę w kształcie słonia, żeby sam chodził od doniczki do doniczki. I nastąpiło zapętlenie synaps chyba, bo PL biegał od jednego kwiatka do drugiego. Od parapetu, do biurka. Bałem się, że słoniową trąbą strąci w końcu coś na ziemię. Było w tym coś niesamowitego. Ogromna koncentracja, wielkie przejęcie, niesamowita pasja. Ale trzeba to było w końcu przerwać. Schowaliśmy obie konewki, kwiatki powędrowały wyżej. Płaczące dziecko w końcu zajęło się czymś innym. Zobaczymy.

Soczewica dołączyła do smaków lubianych przez Podmiot Liryczny. Podczas obiadu dosłownie szalał, sięgając po drobne ziarenka. Nawet brokuły zeszły na dalszy plan.

Wiekszości domowych czynności towarzyszy trzymana w dłoniach niewielka wieża z klocków. Problem w tym, że często się defragmentuje, co nieco denerwuje PL. Wieżę trzeba składać… Potem znów się rozwala. I tak dalej… Ot, życie. A ponieważ rodzice poczuli się osaczeni przez ogromną liczbę zabawek, w domu dokonano dziś „rzezi”. Sporo różnych dupereli powędrowało w miejsca niedostępne. Przynajmniej bałagan będzie nieco mniejszy.

Pan Wojtek przespał dziś całą noc. Nie byłoby w tym nic oszałamiającego, gdyby nie to, że była to druga przespana w całości noc w jego życiu. Matka PL, która obudziła się rano, była w szoku. A PL? Po porannym pierwszym przebudzeniu dostał pić i… poszedł spać dalej. To be continued – mamy nadzieję.

Podmiot Liryczny zaczyna słyszeć muzykę i przy okazji zaczyna tańczyć. Taniec na razie oznacza kiwanie się tułowiem i machanie rękami – niekoniecznie w pozycji stojące, może być siedzącej – ale bez wątpienia są to chaotyczne ruch do muzyki, bowiem jasno i wyraźnie domaga się uruchomienia radia. Cisza nie sprzyja tańcom.

Matka PL raportowała, że piesza podróż relacji żłobek-dom trwała mniej więcej 50 minut. Przyczyna tego dość sporego czasu (to mniej więcej kilometr spaceru) była bardzo prozaiczna. W jednym ręku PL dzierżył małą wieżę z mniej więcej 10 klocków, która co jakiś czas się rozpadała i trzeba było wszystko poskładać do kupy. Żeby tego było mało, w drugim ręku znajdował się kręcący głową hipopotam na pałąku, którego pcha się przed sobą. Dzięki temu wysiłkowi dziecko poszło spać znacznie wcześniej niż zwykle, co może być dla rodziców pewną interesującą wskazówką.

W żłobku zrobiono pierwsze zdjęcie grupowe z udziałem Podmiotu Lirycznego. Siedzi z boku na kolanach pani i na szczęście ma zamkniętą buzię. Większość dzieci nie ma, co wygląda przedziwnie. Powstał też kolejny portret, który po raz kolejny pokazuje nieco przestraszonego dziwną sytuacją chłopca.


  • RSS