podmiot-liryczny

Czyli o (r)ewolucji w życiu pewnego małżeństwa

Wpisy z okresu: 10.2013

Ciężko jakoś sensownie podsumować wydarzenia ostatnich dni. Z pewnością najważniejszym słowem będzie tu „lekarz”, bo dzień bez lekarza byłby tu dniem straconym. Choć może nawet bardziej chodzi o służbę zdrowia. Najpierw mieliśmy morfologię. Matka PL bała się, że syn będzie protestował, będzie płakał, czy coś innego. Natomiast on nie. Z zainteresowaniem przyglądał się temu, co się dzieje – jak pani przekuwa paluszek, jak pobiera krew, co się z tym potem dzieje. Zero strachu i protestu. W czwartek natomiast Matka PL pojechała do pani alergolog – okazało się to całkowitą stratą czasu. Nie wiemy nic więcej, a jeszcze z relacji wynika, że było to po prostu bardzo nieprzyjemne spotkanie z niemiłą osobą. Cóż – mówi się trudno. A dziś wieczorem PL poślizgnął się w pokoju i uderzył głową o łóżko. Był guz, ale Matka PL woli dmuchać na zimne. Pojechaliśmy na SOR, gdzie pan doktor przyjął nas życzliwie, aczkolwiek trochę pośmiał się z przezornej małżonki… Generalnie w orbicie jego zainteresowań są upadki z wysokości metra wzwyż.

Generalnie na słowo „doktor” PL po prostu wyciąga język. Ot, proste.


Ostatnia noc była szalona. Chyba przez śmietanę, bo PL zjadał placki ziemniaczane i bardzo chciał – tak jak jego tata – maczac je właśnie w śmietanie. Chyba laktoza jeszcze nie jest dla niego. Nie pamiętamy nawet ile razy się budził i jakie problemy miał z zaśnięciem. Natomiast chyba przemyślał sobie nad ranem swoje zachowanie w stosunku do rodziców, i… obudziliśmy się dopiero o 10.

Pogoda piękna, więc wybraliśmy się dziś na wycieczkę. Spacer po jesiennym parku bardzo miły, wizyta w galerii również przyjemna, bo duże przestrzenie, przeszklone podłogi, pochylnie i schody, to coś co PL bardzo lubi. Interesowały go również projekcje wideo rzucane na podłogę, bo można było po nich pochodzić, albo też pochodzić na czworakach. Jeden z artystów przygotował też pracę interaktywną, której częścią były tenisowe piłeczki. To już było szaleństwo i czysta radość dla dziecka. Takiej sztuki nam trzeba! Odwiedziliśmy też miłą restaurację, której najciekawszą częścią okazała się sala dla dzieci, bo były kulki, krzesełka, domek, klocki i mnóstwo innych atrakcji. Aż szkoda wychodzić. Najlepszy to dowód, że można być aktywnym rodzicem, aczkolwiek aktywność ta wygląda nieco inaczej niż aktywność bezdziecięca. Często jest nawet szybsza.

- Kto zrzucił ubrania na podłogę? – pyta Matka PL.
- Pipi (Myszka) – odpowiada PL

W żłobku powstał kalendarz z indywidualnym portretem każdego z dzieci. PL niestety na wypadł tak sobie – strasznie smutne zdjęcie zrobił pan fotograf. Dlatego też jeden kalendarz wzięliśmy z przymusu. Chyba trzeba taki produkt zrobić po prostu samemu, wybierając własne zdjęcia. Ot, co.

Dzień 679. Apteka :)

Brak komentarzy

Zupełnie przypadkowo w słowniku Podmiotu Lirycznego pojawiło się nowe słowo. Nie wiemy dokładnie skąd mu się to wzięło, czy zbił ze sobą trzy zupełnie różne sylaby, czy coś skojarzył albo usłyszał, ale jest. To słowo to „apteka”. Po kilku próbach wychodzi mu to całkiem nieźle. Raczej nie wie, co to znaczy, ale powtarzał to sobie i nieźle się przy tym bawił.

Na froncie medycznym trwają przygotowania do wizyty u alergologa. Dziś Matka PL zabrała syna na morfologię. Bała się, że pobieranie krwi skończy się jakąś tragedią, płaczem, krzykiem, czy czymś jeszcze gorszym. Tymczasem PL podszedł do tego ze stoickim spokojem. Dał sobie ukłuć palec, patrzył, jak pani wyciska kropelkę – jedną, drugą, trzecią. Bez objaw żadnego bólu, strachu, przerażenia. Ot – po prostu działo się coś interesującego.

W żłobku podobno dziś mocno rozrabiał. Zresztą w domu też było ciekawie. Rano PL stłukł wieczko od słoika z ciastkami, co doprowadziło do wielu łez. Mówi się trudno. A popołudniu oczywiście trwała nieustanna wspinaczka na sofę, mamę, tatę, szafkę itp. Do tego próby podgryzania i podszczypywania. Na spacerze podobno prezentował dość klasyczne objawy buntu dwulatka – bo oczywiście trzeba iść tam gdzie on chce, a nie tam gdzie mama chce, bo inaczej jest tupanie, płacz i krzyki na matkę o reakcjach towarzyszących wkładaniu do wózka nie wspominając.

Podczas kąpieli PL wymyślił sobie nową zabawę. Plastikowa ryba służy mu teraz do wylewania wody z wanny i przelewania jej (ze zmiennymi sukcesami) do miski stojącej przy wannie. Całkiem sporo udaje mu się tego przelać. Udaje mu się także napełnić akwarium na statku piratów – tą samą rybą zresztą. Przy czym oczywiście nieustannie jesteśmy informowani, że to ryba rozlewa wodę. Tak samo, jak cały czas jesteśmy informowani o napisach: „api”, „api”, „api”. Widać je wszędzie. Nawet jego piesek-pianinko mówi „api”. To zdanie PL, bo tak naprawdę piesek mówi po angielsku „puppy”. Ale na naukę języków obcych przyjdzie jeszcze czas.

Po trzech dniach spędzonych w domu z Matką PL ponownie pojawiła się u nas pani doktor. Wszelkie szmery i inne brudy z płuc zniknęły. Inhalacje, klepania i inne czary-mary chyba poskutkowały. Kaszel niemal zanikł. W końcu. W poniedziałek żłobek-reaktywacja. A w czwartek wizyta u alergologa, bowiem pani doktor podejrzewa, że te wszystkie infekcje, katary itp. ma raczej podłoże alergiczne. Zobaczymy.

Co tam szyneczka za 35 złotych za kilogram. Ta zwykle ląduje na ziemi. Najlepsza na kanapkach jest pasztetowa. Proste i jasne.

Fajnie sie teraz podróżuje z PL samochodem. Wiemy o każdych zbliżających się światłach, dostrzegana jest też każda świetlna tablica reklamowa. „Api” – informuje nas PL z tylnego siedzenia. Uroki uważnej obserwacji. Nie ma dąsania się, w zasadzie nie potrzebne są zabawki. Mijany świat jest na tyle interesujący, że przykuwa uwagę. No i w samochodzie całkiem fajnie można się zdrzemąć. Śpiący syn to jeden z najbardziej uroczych widoków. Dziś, kiedy zobaczył, że skręcamy w naszą ulicę, PL był bardzo niezadowolony.

Odwiedziliśmy dziś galerię – duża i fajna wystawa fotografii. Dla PL był to raj – nie z powodu zdjęć, choć kilka z nich zwróciło jego uwagę, przede wszystkim ze względu na zwierzeta – można było się wybiegać, a już najfajniejszy był taki podjazd dla wózków, na który można było wejść, a potem z niego zbiec. I tak wiele razy. Była jeszcze dość duża klatka schodowa, czyli kolejna atrakcja. Poza tym pogoda dziś była piękna, więc mogliśmy sporo pospacerować w plenerze. A w plenerze przecież są kolejne napisy. No i przejścia dla pieszych, przez które PL przechodzi bardzo szybko.

Książka „100 pierwszych słów”, którą przywiozłem PL bardzo mu się podoba. Obrazków jest bardzo dużo, jest też dużo napisów i generalnie różnorodność się sprawdza. Rozpoznaje bardzo dużo, potrafi dużo pokazać, a do mówienia to go jeszcze zmusimy :). Choć tego mówienia jest więcej i więcej. Bawi nas ostatno, kiedy PL poprawia matkę. Ta mówi np.: zostaw moje buty. „Kape” – mówi PL, bo mama ma przecież kapcie na nogach. Normalnie komisarz Przygoda – szczególarz.

PL odkrył – już zresztą kilka dni temu, że rysować kredkami można nie tylko na kartkach. Ale też na grzejnikach, ścianach, stole, szafkach itp. Mieszkanie jest w związku z tym stosownie upiększane. Na szczęście rodzice nie są należą do tych zbyt przejmujących się i upiększanie to jest całkowicie do zaakceptowania.

To było bardzo zabawne. Podczas kolacji Podmiot Liryczny miał przy sobie kaczkę i dokarmiał od czasu do czasu kanapkami z pastą serową. Oczywiście informował nas za każdym razem, że kaczka je razem z nim. Potem kazał jeszcze dostawić sobie ptaka ze świecącym okiem, którego też karmił. Ubaw po pachy.

Ostatnio ulubioną zabawą podczas kąpieli jest wychlapywanie wody. Służą do tego gumowe zwierzątka. PL zanuża je głęboko – w zasadzie dociska do dna – a potem szybkim ruchem wyrzuca je poza wannę przy okazji wylewając trochę wody. Czasami więcej, czasami mniej – ale uśmiech jest po pachy. Kiedy wyrzuci już wszystkie zwierzątka i zabawki, wtedy do chlapania może służyć ręka. Zapytany o to, kto tak chlapie wodą, odpowiada: „kaka” (kaczka). Spryciarz.

Spryciarz jutro wraca do żłobka. Ma glejt od lekarza. Miejmy nadzieję, że więcej się nie przypałęta chorób. Oby.

Odebraliśmy wczoraj samochód od mechanika. Do warsztatu trzeba było dojechać autobusem, co okazało się niezwykle miłym doświadczeniem dla naszego syna. Po pierwsze w autobusie był wyświetlacz z czerwonymi literkami, to to samo w sobie jest wielką atrakcją. Po drugie – i ważniejsze – mijaliśmy, i to z niewielką prędkością, mnóstwo znaków drogowych oraz świateł. I to jest dopiero wielka atrakcja. Potem, jadąc już samochodem, nadal byliśmy informowani o każdych światłach, do których się zbliżaliśmy. Takie dodatkowe samochodowe zabezpieczenie ma mama-kierowca.

Nowe centra handlowe starają się być nieco lepiej nastawione do rodziców z dziećmi – przynajmniej jeżeli chodzi o toalety. Odwiedziliśmy wczoraj jedno z takich nowych miejsc i niemal oniemieliśmy, kiedy poprosiliśmy o otwarcie pokoju dla rodzica z dzieckiem. Czysto, pachnąco, przewijak, zlew, kuchenka mikrofalowa, fotel, na ścianach kolorowe kwiaty. Po prostu szkoda wychodzić. Sporą atrakcją były też schody ruchome, zwłaszcza w momencie zbliżania się do końca jazdy, kiedy tata albo mama podrzucają do góry. Z samych zakupów Podmiot Liryczny był chyba zadowolony, bo dostał flamastry. Z jednej strony same w sobie są fajne, bo można ściągać i nakładać na nie zatyczkę. Z drugiej strony oczywiście rysują, choć nieco inaczej niż kredki świecowe. Mocno się dziś uśmialiśmy, kiedy PL próbował rysować coś drugim końcem flamastra.

Rysowanie niestety bywa frustrujące dla dziecka, które jeszcze nie jest w stanie dokładnie wyrazić tego, czego chce. I to widać. Czasami oczywiście odpowiedź na pytanie: „co mam narysować” jest prosta, bo znajduje się w zasięgu jego bardzo ograniczonego jeszcze słownictwa. Ale bardzo często nie potrafi powiedzieć, o co konkretnie chodzi i zaczyna być problem bardzo trudny do rozwiązania.

A jeżeli chodzi o nowe słowa, to ostatnio mamy „api”. „Api” to napis i na razie oznacza głównie wysprayowane na chodnikach reklamy i hasła. Dostrzegane są niemal wszystkie. Kiedyś tylko wskazywane ręką, a teraz doszło do tego jeszcze określenie werbalne.

Po spacerze przedpołudniowym PL był już trochę zmęczony. Spory dystans bowiem sam przeszedł. Tata musiał tylko prowadzić wózek i pilnować, żeby w okolicach jezdni oraz podczas przechodzenia przez ulicę PL dawał rękę. Z tym nie ma problemów. Kiedy wróciliśmy, PL płakał i marudził, choć bawił się jeszcze puszką z tuńczykiem. Matka PL dała mu smoka i powiedziała: – Może idź połóż się do łóżeczka. I ona i ja zdziwiliśmy się, kiedy PL zawinął się, podreptał do swojego pokoju i wgramolił się na łóżko. Zasnął, trzymając w ręku puszkę tuńczyka w oleju.

Prezent się podobał. Kupiłem PL kolejne kolorowe i zabawne kaczki do kąpieli. Tym razem kaczki studenckie. Jedna ma nawet czapkę absolwetna, ale trzeba było ją schować. Za wiele zachodu z jej wkładaniem, spadaniem, zdejmowaniem, podawaniem itp. Kaczki dołączyły wieczorem do kolekcji kąpielowej. Łącznie jest ich już dziesięć. Ale kaczkami PL zajął się tylko na chwilę, bo dziś królowała ryba, którą można było wlewać wodę – raz do akwarium na statku, a dwa do ust taty. Najfajniejsze jednak było chlapanie na mamę. Najpierw wszystkimi zabawkami wyrzucanymi z wanny, a potem po prostu rękami. Śmiał sie przy tym jak szaleniec.

Oczyszczanie nosa ma już swoją nazwę: „psik”. Chodzi tu o spray do nosa, który trzeba zastosować przed. Co będziemy robić? – „Psik” – pada odpowiedź.

Matka PL stosuje pozytywną motywację, która wydaje się działać. Zwłaszcza przy piciu syropów. Jaki grzeczny chłopiec, jaki dzielny, jak ładnie pije syropy. I to rzeczywiście motywuje. Małżonka wpadła też na pomysł dania PL butelki do popicia, kiedy daje mu te mniej smaczne specyfiki i to też pomaga. Jest znacznie łatwiej. I jest też znacznie lepiej, jeśli chodzi o zdrowie. Wszystko wskazuje na to, że w poniedziałek PL wróci do żłobka. Znacznie lepiej też jest z jedzeniem. Matka PL zauważyła, że młodzian nie lubi mieć bardzo pokrojonych rzeczy. Jeżeli dostaje np. placuszki w całości, a w dodatku może je sobie spokojnie jeść sam, to jest znacznie lepiej. I nawet rano już nie tylko trzeba jeść owsiankę. A dziś wieczorem PL zażyczył sobie podania odrobiny śmietany na talerz. I zaczął w owej śmietanie maczać sobie kawałek mielonego kotleta i tak zjadał, patrząc się z zadowoleniem na rodziców…

Kaczka i hipopotam na patyku trafiły na złomowisko. Za 10 złotych nowym przyjacielem zabaw podłogowych jest helikopter na patyku. Oczywiście jeżeli wcześniej nie złapie się cienkopisów mamy, którymi np. można sobie porysować po rękach. Kreatywność przede wszystkim.

Wreszcie PL opanował jakże potrzebną umiejętność samodzielnego picia z butelki. Do tej pory pan hrabia domagał się pojenia przy pomocy rodzica-muła. Metoda działała, więc dlaczego miałby zadawać sobie tyle trudu i podnosić sam butelkę do góry. Oczywiście butelkę można trzymać samemu, ale wtedy najfajniej odwraca się ją do góry dnem po to, aby picie kapało sobie na podłogę. Ale pić samemu? Po co… No i ostatnio coś się zmieniło. Biega z butelką, oczywiście cały czas kapie, bo to fajne, ale potrafi już sam wypić, kiedy przychodzi potrzeba.

Wychodząc naprzeciw fascynacji syna znakami drogowymi Ojciec PL ściągnął na telefon specjalną aplikację. Sama aplikacja raczej służyć ma uczącym się znaków drogowych, ale Podmiot Liryczny świetnie się w tej konwencji odnalazł. Największe powodzenie mają znaki: B-2, B-20, wszelkiego rodzaju strzałki, zwłaszcza z grupy znaków nakazu, znak D-4a, D-6 oraz znany z książeczki o motorze znak D-18… I jeszcze kilka innych. Niedługo znać je będzie na wyrywki :).

Nie wiem, czy to do końca możliwe, ale wygląda na to, że Podmiot Liryczny zaczyna łapać kształt litery „o”. W książeczkach czasami poszukuje podobnego kształtu w warstwie tekstowej. Wszystko znakomicie, ale może najpierw niech on opanuje to, jak ma na imię, albo jakieś inne bardziej potrzebne w tym wieku rzeczy. Choć gdyby nauczył się już czytać, rozwiązałoby to sporo problemów.

Wymieniona wczoraj bateria sprawdza się doskonale. Dziś atak bólu głowy się nie powtórzył. Mogliśmy się kąpać. Ja, Podmiot Liryczny oraz całe stado gumowych kaczek.

Wieczorna sytuacja. Ja zaczynam umierać ze względu na okrutny ból głowy. Przed kolacją już było niedobrze, a przed kąpielą było tragicznie. Matka PL powiedziała, że wykąpie syna, a ja mam iść się położyć. Tabletki wziąłem, przykryłem się kocem, poduszka na głowę i leżę. Nagle słyszę dramatycznie nawoływania z łazienki. Zwlekłem się z łóżka, idę… Bateria w prysznicu się zepsuła. Nie dało się zakręcić wody. Zakręciliśmy zatem wodę w domu. Ja do łóżka, a małżonka położyła Podmiot Liryczny i ruszyła po nową baterię, którą potem szybko i sprawnie wymieniła. Nie na darmo ma breloczek „najlepsza żona na świecie”. A na koniec dostałem na głowę termofor opakowany w opakowanie z pluszowej świnki.

Choroba nie przeszła do końca, zatem Matka PL dostała jeszcze dodatkowy tydzień wyroku. Podmiot Liryczny korzysta z niemal ciągłej obecności rodzicielki pełnymi garściami. Kiedy proponuje mu się, że to tata przeczyta z nim książeczkę, albo tata zrobi coś, on przeważnie mówi: „mama” i rzadko daje się przekonać.

Co ciekawe w jego mniemaniu większość domowych obiektów należy do taty. Odkurzacz: „tata”, sok pomarańczowy: „tata”, mleko zagęszczone: „tata”…

Choroby ciąg dalszy. W nocy Podmiot Liryczny mocno kasłał. Matka PL była na tyle zaniepokojona, że trzeba było zdjąć dla niej karimatę, aby mogła nasłuchiwać z bliska co się dzieje. W dzień jednak PL nie zdradzał aż tak poważnych objawów. Wręcz przeciwnie – nosiło go straszliwie. Zapewne również dlatego, że siedział cały dzień w domu. Na szczęście przeprosił się trochę z syropami i nieco chętniej daje sobie aplikować leki. Poza tym przylepiony jest do mamy, co kilka chwil usilnie prosi, aby podnieść go do okna, bo musi tam szukac kota, trzeba mu rysowac myszy, nieustannie ściąga kapcie, biega, włazi na rodziców, fascynuje sie snookerem, skacze po sofie, nieustannie próbuje uruchamiać kran, zagląda do śmietnika w kuchni. Ot, choroba.

Jedną z domowych czynności, na którą Podmiot Liryczny reaguje natychmiast, jest otwieranie zmywarki do naczyń. Jest przy niej kilka sekund po, gotowy do pomocy. Wyjmuje sztućce, kubki, talerze, garnki, zaczyna orientować się, gdzie trzeba je włożyć i stara się zgadywać właścicieli niektórych naczyń. Pomocne dziecko. Trochę gorzej jest, kiedy sam próbuje wejść do zmywarki, ale niedługo będzie już tak duży, że nie będzie się tam mógł zmieścić i problem sam się rozwiąże :).

Zrobiłem dziś kolejną porcję soku jabłkowo-marchwiowego. Tym razem jednak pozostałości wykorzystałem do zrobienia prostych ciasteczek. O dziwo – Podmiot Liryczny chętnie je wcinał, choć sok nadal nie budzi jego zainteresowania. W ciasteczkach zasmakowała też Matka PL. Tutaj przepis: 
http://www.gotowanie-w-mniejszym-miescie.pl/2012/05/recyklingowe-ciastka-ciastka-z-resztek.html

PL zasypiając, kładzie sobie pluszowego psa na głowę. A potem budzi się i robi awanturę, bo mu niewygodnie. Błędne koło.

Trochę Podmiot Liryczny choruje. To na szczęście lekka infekcja, ale oznaczało to trzy dni w domu. Z Matką PL, bo ja – jak co tydzień – na dwa dni do drugiej pracy. Na szczęście rodzicielka jakoś przeżyła ten czas bliskości non-stop. Na szczęście na razie nie trzeba było aplikować jakiegoś mocniejszego antybiotyku. Jest tylko jakaś maść do oczu, która powinna infekcję w okolicach zatok zdusić. Jest lepiej, ale tylko trochę. I jakoś chęć spożywania leków nieco się zmniejszyła i zaaplikowanie syropu niestety nie jest już tak proste jak kiedyś.

Ja już w domu. Dziś wyszliśmy na chwilę na pieszy spacer. PL przeszedł całkiem sporo, całkiem chętnie i całkiem posłusznie. Spotykam się – podobnie zresztą jak Matka PL – z werbalnymi wyrazami uznania dla dziecka na szelkach. – Jakie to fajne – mówi jedna babcia. – Nie ucieknie! – mówi druga. I tak sobie chodzimy. Dziś atrakcją największą było przechodzenie przez jezdnię na światłach. Światło czerwone – stoimy i czekamy z tatą trzymanym za rękę. Światło zielone – szybko biegniemy na drugą stronę. I tak ze dwa okrążenia skrzyżowania – dla zabawy i dla utrwalenia.

Odkurzanie z PL nie należy do najłatwiejszych, bo wykorzystuje on każdy moment nieuwagi, aby podejść do odkurzacza i go wyłączyć. Odkurzanie przypomina zatem bycie zwierzyną łowną, która musi być cały czas czujna, cały czas mieć ogląd na okolicę i uważać, z której strony przyjdzie zagrożenie. Ale znalazłem na to bardzo prosty sposób. Oprócz zwykłego odkurzacza mamy też taki na wodę, którego przygotowanie trwa znacznie dłużej, ale którego PL (jeszcze) nie potrafi wyłączyć. Kręcił się blisko, przesuwał odkurzacz, potykał się o rurę, ale nic nie wyłączył. Za to dziś był niezwykle pomocny przy wieszaniu prania. Zwykle bywa tak, że PL wyrzuca wszystko z miski na podłogę i uznaje, że jego rola w procesie jest zakończona. Dziś podawał mi rzeczy do ręki, przy okazji starając się zidentyfikowac właściciela danej części garderoby. Z tatą i mamą idzie mu nieźle, natomiast nie jest jeszcze świadomy swojej indywidualności.

Ściągnąłem dziś ze strychu sokowirówkę. PL z niezwykłym zainteresowaniem przyglądał się, jak marchewki i jabłka zamieniają się na sok i paćkę. Siedział na kolanach mamy jak zahipnotyzowany. Jednak z ofery spróbowania soku z owoców nie skorzystał.

Rysowanie, rysowanie, rysowanie. PL domaga się przede wszystkim myszek i kotów (od czasu do czasu zresztą musimy podnosić go do okna, żeby mógł zobaczyć, czy gdzieś nie kręci się kot – a przeważnie się nie kręci). Ale znaki drogowe w wykonaniu rodziców też zrobiły spore wrażenie.


  • RSS