podmiot-liryczny

Czyli o (r)ewolucji w życiu pewnego małżeństwa

Wpisy z okresu: 1.2014

Z radości większych i mniejszych zdecydowanie należy odnotować nową metody zabawy pralką. Pralka to jedno z ulubionych urządzeń PL z kilku przyczyn. Wyłączona jest świetną zabawką, bo można do niej wkładać i z niej wyjmować różne rzeczy. Włączona jest jeszcze bardziej atrakcyjna, bo szumi, bęben się przemieszcza, wiruje, leje się woda, itp. itd. Ostatnio PL wykombinował sobie, że może w trakcie prania wysunąć szufladkę, do której wlewa się płyn. Wówczas fajnie z tego tryska woda. „Mama. Oda” – woła zadowolony.

Z bardziej urokliwych przypadków należy odnotować włamanie do kuchennej szafki, w której przetrzymywane są przyprawy. Matka PL uznała, że jest to raczej zabawa bezpieczna, bo wszystko powinno być tam dobrze zamknięte. Aż tu nagle usłyszeliśmy szelest wysypującego się czegoś na podłogę. Zamknąć zapomniała (chyba zapomniała też o jego istnieniu) pudełka z takimi kuleczkami słodkimi do posypywania ciasta. PL miał radochę, bo siedział w samym środku tego „baganu” (bagan – bałagan, słowo używane prawidłowo) i nie dość, że miał do zabawy mnóstwo torebek i innych szeleszczących produktów, to jeszcze z podłogi zbierał te kuleczki, one przylepiały mu się do dłoni, można było dłońmi machać, kuleczki fruwały itp. Ubaw po pachy. To było wczoraj. Natomiast dziś przy zabezpieczonych już przyprawach PL spędził pół godziny. Czas bezcenny.

Dużo się dzieje. Okno zaczęło być przyjemnością. PL potrafi stać w nim kilkanaście minut, zwracać uwagę na samochody, zwierzęta przechodzące, lampy, odpowiada sobie na pytania stojącego za nim i pilnującego go taty, bawi się linkami od żaluzji. Jest to zajęcie tak frapujące i interesujące, że nawet nie chce schodzić z parapetu, żeby obejrzeć bajkę. To dobry sygnał chyba – świat może być także intrygujący i interesujący.

Matka PL dziś sprzątała. PL przejął trzy kolorowe ścierki i nie chciał oddać żadnej.

No i oczywiście informacja niezwykle istotna – po zapaleniu już zwalczonym przypałętała się nowa jakaś bakteria, wirus, czy inne ustrojstwo. Podmiot Liryczny kolejny tydzień spędzi w domu. Z antybiotykiem. I kaszlem.

Ulubionym znakiem drogowym PL jest „stop”. Zgubił mu się taki kartonik z owym znakiem. Szukał go długo i wracał do tego wydarzenia co pewien czas, informując o tym świat niezmiernie słodkim „ni ma topu”. W przyrodzie nic nie ginie – pewnie się znajdzie,ale na razie rzeczywiście stopu nie ma.

PL nie wrócił do żłobka. Kolejna wizyta u pani doktor, kolejne zapalenie oskrzeli. Nowa pula dni opieki została otwarta. Nie jest to najlepsza na świecie wiadomość, bo głupia spirala wirusów i zapaleń trwa. Podczas wizyty lekarskiej (pani doktor oczywiście obiecała, że jak będzie grzeczny, to dostanie nalepkę) PL w pewnym momencie zniecierpliwił się oczekiwaniem i sam podszedł do biurka. Otworzył sobie szufladę i zaczął poszukiwania. Matka PL dosłownie spaliła się ze wstydu. W szufladzie były blankiety recept, a PL w końcu otrzymał nalepki. Cwany robaczek.

Podczas nieobecności Ojca PL syn odmiawia gilgotania w wykonaniu matki. Okazuje się, że w jego mniemaniu prawidłowo gilgocze tata. A rzeczywiście jest to zajęcie bardzo intensywnie miłe dla obu zainteresowanych stron. PL gilgotania się od czasu do czasu domaga – łapie mnie za palec, każe iść do naszej sypialni, wspina się na łóżko i oczekuje gilgotania. A gilgotki największe są pod szyją i pod pachami – jest nawet technika, żeby te miejsca gilgotać jednocześnie :).

Jest szansa, że PL jutro powróci do żłobka, a Matka PL nie naruszy nowego limitu dni opieki. W roku ubiegłym wykorzystała wszystkie. Na szczęście choroby syna nie są szczególnie ostre, za to przydarzają się – niestety – dość często. Bezgorączkowo rozwlekłe przeziębienia, a to jakieś oskrzela, a to… Do tego alergie jeszcze nie do końca zidentyfikowane.

W słowniku w ciągu ostatnich 2-3 dni pojawiły się m.in.: pita – szpital, pin – płyn, odi – schody, kocz – kosz, kampel – kabel, pija – pirat, ju – zero, uła – rura, buda – broda, oc – nos, czy oko. Pojawia się także wariacja na temat „moje”. Już nie tylko „ja”.

PL czasami wynosi z domu – np. do żłobka, czy do samochodu – dziwne przedmioty. Dziś postanowił na krótką przejażdżkę zabrać krem w tubce (taki na zimową temperaturę). Kiedy małżonka przyjechała po mnie, to PL trzymał już w ręku trzy klocki. Kiedy wracaliśmy do domu, w klatce zostałem z nim ja – Matka PL musi go wnosić i nie ma innej opcji. Ja się twardo trzymam. Schodnie z tatą to już normalka, a dziś musiał się jakoś w sobie zebrać i wejść. Ociąganie się zajęło mu jakieś 3-4 minuty. Potem dał się przekonać. Najważniejsze to konsekwencja.

Nowy Rok zaczęliśmy od wirusa. Dziś jest już lepiej, ale wczoraj wieczorem PL kaszlał tak, że zwymiotował. Przez co wylądował w łóżku rodziców z mamą (zapewniając jej noc mało senną), a tata wywędrował na kanapę. Dziś jest już lepiej. Syn właśnie zasnął i w porównaniu do wczorajszego wieczoru, kasłania już prawie nie słychać. Poprawił się nieco apetyt, a pani doktor mówiła, że jego brak związany jest właśnie z tym wirusem. Myśleć należy zatem optymistycznie, choć Matka PL twierdzi, że po długim weekendzie wybierze się na pierwsze zwolnienie. Oby nie.

Rozwój słownikowy trwa. Kolejne słowa przybywają z godziny na godzinę. Jest już pita – szpital, pin – płyn, odi – schody, kocz – kosz, kempe – kabel, pun – prąd, pija – pirat. Zjadając czekoladową literkę „m” powtarza „em”, przy „f” też się udało. Jest też cyfra 2. Naprawdę zadziwiające, jak to szybko postępuje. Udało nam się także przekonać go, że mama i tata mają imiona. To zaakceptował. Natomiast swojego własnego imienia na razie nie powtarza – Podmiot Liryczny na razie definiuje się tylko i wyłącznie jako „ja”. Nawet próba namówienia go na powtórzenie imienia kończy się tym samym: „ja”.

Pojawiła się też instytucja skargi dziecięcej. Kiedy coś pójdzie po jego myśli, bo np. tata mu zabroni, biegnie do mamy i woła dramatycznie „tataaaa, tataaaa”. Co oznacza chyba, że tato nie współgra z zaplanowaną przez niego rzeczywistością. Wiele żalu jest w tym „tataaa”… Ale na razie szybko mu przechodzi.

No i od dziś gramy mokrymi palcami na ściance wanny. To jest dopiero zabawa!

I definicja skoków narciarskich dwulatka: hop! bam!

Nie myślałem, że wczorajsza w zasadzie pierwsza kupa zrobiona do nocnika tak będzie cieszyć. Dwie kolejne raty poszły już w pieluchę, ale to jest już pewien postęp. Trening czyni mistrza.

Nowe słowo z rana. „Bziu-bziu”. Czyli mówiąc krótko mikser, którego Matka PL używa do rozdrabniania kaszki i innych przysmaków.

Sylwestra przeżyliśmy. My, bo PL w zasadzie przespał noc standardowo, budząc się tylko na napoje. Odgłosy imprezowe z zewnątrz, a także fajerwerkowe wybuchy nie zrobiły na nim wrażenia.


  • RSS