podmiot-liryczny

Czyli o (r)ewolucji w życiu pewnego małżeństwa

Wpisy z okresu: 1.2016

Wybraliśmy się wczoraj na dłuższą wycieczkę do bardzo starego miasta. Podczas powrotnej podróży samochodem PL zaczął już przysypiać. Ale kiedy zatrzymaliśmy się na tankowanie samochodu, PL zatankował wodę z miodem ze swojego nowego termosu i siły wróciły. Skupił się na obserwowaniu nawigacji i liczby minut, które pozostały do celu. W związku z tym pytał:
- Ile jeszcze zostało?
- 38 – odpowiedzieliśmy jednocześnie z Matką PL.

Bardzo mu się ta jednoczesność spodobała i przez następny kwadrans kazał nam powtarzać jednocześnie różne liczby. Zaczęło się standardowo, ale ponieważ niedawno wałkowaliśmy ogromne liczebniki, w końcu zaczęły się takie polecenia, jak 100 miliardów, 80 bilionów, czy też bilion bilion. Każda nasza odpowiedź spotykała się z salwą śmiechu dochodzącą z tylnego siedzenia.

Gdzieś o 3 w nocy PL obudził się i poprosił Matkę PL, żeby poszła z nim spać do salonu na kanapę. Poszła. Gdzieś ok. 7 rano obudził mnie głos PL: – Mamo… Maaaaamo. Mamo! Maaaaaaaaamo, wstawaj! Trwało tak z przerwami przez jakiś czas (Matka PL nie jest rannym ptaszkiem). W końcu powiedział: – Mamo. Wstawaj. Jest już 7:40! (z wielkim wyrzutem). Ot weekend. Jutro Matka PL chyba bez skrupułów będzie budzić PL do przedszkola. Tak czuję.

Podmiot Liryczny bardzo lubi asystować przy robieniu soków – podawać owoce i warzywa przed obraniem, podawać kawałki różnych owoców i warzyw do wyciskania, ale: 1) soków spróbować nie chce pod żadnym pozorem (- Ja lubię soki malinowy i miodkowy – mówi) 2) nie dotyka pomarańczy, cytryny, grejpfruta i wszelkiego innego wilgotnego dziadostwa, bo może sobie ręce pobrudzić. Buraka, czy marchewkę – bez żadnego problemu.

- Mamo! Puchatek nie może odpędzić tej nakrętnej pszczoły! – krzyczy PL.
- Natrętnej – poprawia Matka PL.
- Nakrętnej.
- Natrętnej.
- Nakrętnej…

Teraz oczywiście możemy się z tego śmiać, ale sytuacja wczoraj wieczorem nie należała do najprzyjemniejszych. Krew w stolcu, zatem najpierw wieczorny dyżur w przychodni i natychmiastowe skierowanie na SOR. Na szczęście chirurg dziecięca przyszła bardzo szybko – było bowiem podejrzenie, że to krwawienie z układu pokarmowego. Skończyło się na strachu, bo okazało się, że to nic poważnego – ot, standardowe pęknięcie jakieś tkanki.

Ale. Ostatnio, przy okazji naszej batalii kurzajkowej, Matka PL często używała argumentu: „bo pojedziemy do szpitala i pan doktor wytnie ci krostkę”. Zatem Podmiot Liryczny jest już w gabinecie, przychodzi pani doktor, zaczyna się badanie. I nagle PL mówi:

- Mamo, ale nie powiemy pani doktor o krostce.
Cisza. W końcu odezwała się pani doktor:
- Ja nic nie słyszałam.

No i nie powiedzieliśmy.
Podmiot Liryczny był bardzo zadowolony z wieczornej wycieczki do szpitala. – Fajnie było na tej wycieczce – powiedział. Jakże inne są perspektywy 4-latka.

- I oczywiście skończyła się ta piosenka – powiedział PL, kiedy skończyła się w samochodzie kolejna z piosenek puszczanych z odtwarzacza.

Po pierwsze nasz czteroletni Podmiot Liryczny został pełnoprawnym czytelnikiem, bowiem ma swoją własną, podpisaną kartę biblioteczną. Pani uznała, że przecież korzysta on z niej, jak każdy inny, wypożycza książki, to musi mieć swoją kartę. Dziecko dumne i szczęśliwe!

W ramach zabaw, które są zabawami potrzebnymi, rehabilitacyjno-rozwojowymi, PL musi ostatnimi czasy podnosić stopami chustkę (lubi to, bo chustką można potem rzucić do góry), toczyć piłkę po ścianie (lubi to, bo może się podroczyć, piłkę kopnąć, itp.), bawi się też w przelewanie i przesypywanie. Wczoraj pół kuchni było w ziarenkach siemienia lnianego.

- Chcę odkurzyć – poinformował PL.
- Sam – zastrzegł.

No i Matka PL wyjęła odkurzacz, a PL… zaczął powolutku odkurzać. Zabawa mi się spodobała tak, że po odkurzeniu kuchni przeszedł na przedpokój, potem w inne zakamarki mieszkania. I po prostu odkurzał sobie. Być może życie rodziców stanie się nieco prostsze :).

Poza tym trwa walka z kurzajką. Mamy mocnego zawodnika. Nie działa nawet dość ordynarne przekupstwo w postaci nowej książki o Elmerze. Możemy powiedzieć, że jesteśmy w sytuacji patowej. Nawet w nocy, kiedy próbujemy (jak w konspiracji – z latarką w ciemnym pokoju) zakraść się do stopy, ta stopa nagle ożywa i ucieka. Ale to na pewno nie jest nasze ostatnie słowo.

Podmiot Liryczny po długiej przerwie chorobowej powrócił dziś do przedszkola. Rano w samochodzie wykonał marudzące przedstawienie, ale to oczywiście nie pomogło. Przetrwał i powrócił. Otrzymał kartkę urodzinową od swoich kolegów – pięknie zszyta, z wyklejankami, wycinankami, podpisami. Będzie miał za wiele lat bardzo fajną pamiątkę, choć nie wydaje mi się, aby przyjaźnie z przedszkola przetrwały.

W niedzielę zaginął pendrive (zwany też czasami gwizdkiem). Jeden z dwóch. Generalnie zawartość jest na nich podobna (piosenki, wierszyki Tuwima, książki o Elmerze i Kubuś Puchatek), ale ponieważ jest na nich inna kolejność tych wszystkich utworów, PL traktuje je jako dwa odrębne byty. Zna nawet numerację na poszczególnych pendrivach i wyraża całkiem szczere zdziwienie, że na jednym coś jest pod takim numerem, a na drugim pod innym. Ot- każdy ma jakieś hobby. Niemniej jednak biały zaginął. Szukaliśmy go wczoraj – nawet z latarką. W pewnym momencie straciłem PL z oczu. Kiedy go zawołałem, usłyszałem głuchy głos dochodzący spod jego łóżka. Z jednej strony wystawały tylko nogi. Łóżko położone jest dość nisko, więc wczołganie się tam nie było wcale takim prostym zadaniem. Odnalazł sporo powrzucanych tam śmieci, ale pendriva ani śladu. Na szczęście własnymi siłami zdołał się także wyczołgać.

PL zaczyna także przejawiać zainteresowania sportami, bo czasami widzi, jak oglądam coś w telewizji. Ostatnio widział siatkówkę (szał, bo na koszulkach są numery i punkty zmieniają się dość szybko), a także tenis (nie za bardzo rozumiał dlaczego jest 15,30 i 40). „Co robią ci panowie?” „W tenisa?” Na wspólne oglądanie meczów muszę jednak jeszcze trochę poczekać.

Fascynację budzi też zegar (stoper) w piekarniku. Problem w tym, że PL ustawia alarm np. na 17 godzin. I dzięki temu mamy nowy rodzaj budzika, który działa z zaskoczenia. Mieliśmy już pobudkę o 1 w nocy, ale i o 4 rano. Musimy wyrobić sobie nawyk sprawdzania tego zegarka przed pójściem spać :).

Zabawa w chowanego ewoluuje. Kiedyś liczenie było do 10, a PL sam wskazywał miejsce, gdzie jego współ-zabawowicz miał się schować. „Schowaj się w kuchni, schowaj się w pokoju rodziców…”. W dodatku złościł się nieco, kiedy człowiek specjalnie chował się w innym miejscu.

Teraz liczymy do 100. To znaczy ja liczę do 100 normalnie, natomiast PL liczy nieco na skróty: „1,2,3,4,5,6,7,8,9,10,11, 33, 56, 73, 89…” Czasami też np. co 10. A potem szuka i można się już schować tam, gdzie się chce. PL chodzi po mieszkaniu: „O… w łazience nie ma taty”… „O, tu też nie”. On sam wyszukuje mało wyrafinowane kryjówki, np. szuflada własnego łóżka (wyciągnięta). A jeżeli długo się go nie może znaleźć, wtedy tupie i woła – tu jestem.

Wczoraj też zafascynowały go zera. Wiedział już, że jedynka i sześć zer to milion. Potem zaczął drążyć – siedem zer, osiem zer… Bardzo go bawiły nazwy wielkich liczb, a ja musiałem sięgnąć do internetu, no bo wo końcu jak często mamy okazję użyć nazwy kwintylion, oktylion, czy choćby tryliard.

W ramach kreatywnej zabawy PL rozstawił sobie na kanapie wszystkie swoje książki o Elmerze (łącznie sztuk 9) i zaczął po nich chodzić. Spotkało się to oczywiście z reakcją rodzicielską, ponieważ a) może pogiąć swoje ulubione książki b) o upadek z kanapy zbyt łatwo. Kompromisowym wyjściem z sytuacji było poukładanie wszystkich książeczek (mają twarde okładki) na podłodze. Zatem od dziś w przedpokoju funkcjonuje Elmerada (zbitka słów Elmer + autostrada). Zadowolony PL informuje w drodze z salonu do kuchni: – Idę po Elmerach. Albo: – Chodź, tato. Przejdziemy po Elmerach.

Wieczorem niektóre elementy Elmerady zostały rozebrane, bo trzeba było przeczytać kilka opowieści przed snem.

Się po prostu przyplątała. I jest na stopie PL. I zniknąć nie chce mimo stosowania specyfików. A zniknąć nie chce, bo wszelkie prób rozwiązania cążkowego spotykają się z ogromnym i silnym oporem. „Nie lubię”, „nie chcę”, „zostaw nogę mamo”, „nie dotykaj”, „ale nie obcinaj”… I płacz, i spazm. I na nic tłumaczenia, że to nie będzie bolało, że to jak obcinanie skórek i paznokci, że będzie mógł wrócić na basen, że inaczej trzeba będzie do szpitala. Opór jest ogromny.

Ciężki jest los rodzica, którego serce rozrywają synowskie łzy, ale który wie, że zrobić coś trzeba. Próbujemy też nocą, przez sen, ale nie jest to proste, bo podświadomie stopa ucieka. Niemniej jednak walczymy. I zwyciężymy na kurzajkowym froncie. Kiedyś.

Podmiot Liryczny dostał nowy tom Elmera. Po prostu „Elmer”. Ponieważ ma go też na audiobooku, to rozsiadł się wygodnie na łóżku, włączył sobie płytę i zaczął sprawdzać strona po stronie, czy to co jest napisane w książce zgadza się z tym, co czyta Krzysztof Kowalewski.

Zgadza się.

Rodzinne choroby trwają. Ja już kończę, Podmiot Liryczny niemal także, a tymczasem Matka PL ma zapalenie krtani. Nasz blat kuchenny wygląda teraz jak mała apteka. Wieczorem, kiedy małżonka pojechała do lekarza, przypadło mi w udziale zadanie wykąpania i ułożenia PL do snu. Dawno temu kąpaliśmy się razem w wannie, ale jak PL urósł, stopniowo kąpielą zaczęła zajmować się Matka PL (ja jestem od mycia zębów).

Matka PL zasugerowała nawet, żebyśmy zrobili dzień brudasa, ale do odważnych świat należy. Wszystko okazało się zbyt proste, bo po prostu otrzymałem szczegółowe instrukcje. Powiedziałem PL, że zwykle kąpie go mama, zatem ja nie wiem, co dokładnie muszę robić. I byłem prowadzony za rękę:

- odkręcić wodę, włożyć krokodyla, włożyć korek
- usiąść na pralce i zdjąć kapcie (fajnie się nimi rzuca)
- skarpetki można zdjąć zębami (trzeba mówić: „puść to!”
- wstać na pralce (ostrożnie) zdjąć spodnie (fajnie się nimi rzuca do kosza na pranie)
- tata ma pomóc zdjąć bluzki (fajnie się nimi rzuca do kosza na pranie)
- ważenie (może być dwa razy)
- wkładamy do wanny
- do piany służy ten szampon
itd.

Potem długie zabawy w wannie („Tato! Wyjdź! Zadzwonię do Ciebie” – Podmiot Liryczny dzwoni poprzez słuchawkę prysznicową, czasami nawet Matka PL podaje mu wówczas mój numer telefonu), odwlekanie mycia zębów elektryczną szczoteczką („Tato, chcę tą”). I już. Wczoraj zmienił się zestaw pokąpielowych książek, bo zamiast Elmera PL wyciągnął jakiś stary zestaw o przedszkolu, wsi oraz higienie. Zawsze to jakaś odmiana.


  • RSS