podmiot-liryczny

Czyli o (r)ewolucji w życiu pewnego małżeństwa

Wpisy z okresu: 2.2016

Dorośli tracą fenomenalną zdolność cieszenia się rzeczami zwyczajnymi. I dlatego obcowanie z czterolatkiem może być bardzo pouczające. Sobota. Dwie atrakcje – basen oraz lody w kawiarni. Podmiot Liryczny był przeszczęśliwy. Cieszył się już, wiedząc, że wychodzimy. Na basenie po prostu emanowała z niego radość. Taka prosta, niekontrolowana radość. Nawet kiedy dokonał dość ryzykownego manewru na zjeżdżalni, radość zniknęła tylko na chwilkę. Podrzucanie, wyścigi, piłka, wychodzenie po schodach, skakanie w wodzie na jednej nodze, zjeżdżanie po słoniu, siadanie na desce… Tyle radości.

A potem pojechaliśmy do kawiarni na lody. PL wybrał sobie z karty deser – nic wielkiego, kulka (gałka) lodów, bita śmietana, jakaś posypka, trochę czekoladowej mazi. A wszystko na talerzyku w kształcie samochodu. – Ale będzie! – powtarzał co chwilę podekscytowany.

Uczmy się tej codziennej radości od naszych dzieci!

Podmiot Liryczny zaczyna co raz odważniej posługiwać się swoją wyobraźnią. Wczoraj zaprosił mnie do swojego pokoju, żebyśmy razem robili sok. Pokazał mi swoją nieistniejącą maszynę do soków, wkładaliśmy do niej cząstki pomarańczy i ananasa (odrywając je z plastikowych zabawek), a potem wypiliśmy zrobiony nieistniejący sok z nieistniejących kubków. Co ciekawe, PL z miłą chęcią wypił zrobiony przez siebie nieistniejący sok ananasowo-pomarańczowy, natomiast realnego za żadne skarby wypić nie chce.

Mamy w kuchni roboczy kalendarz, takie domowe centrum dowodzenia NASA. Od jakiegoś czasu Wojtek uwielbia planować różne wydarzenia, zakreśla „w pentelkę, mamo” konkretne daty i planuje. Ale ponieważ inny kalendarz kartkowy, taki zrywany, zamoczył podczas „ozdabiania” go farbami, stworzył sobie nowy, własny. Tylko że miesiąc ma w nim 79 dni. No i tak sobie stoi i na głos planuje, że 68 lutego coś tam zrobi. I mój wewnętrzny głos każe mi go skorygować. Więc koryguję i mówię:
- Synku, ale luty ma 28 dni. Nie ma takie dnia jak 68 lutego…
- Mamo, ale to jest mój kalendarz. Ty masz swój na ścianie…
I nie wiem teraz, czy to po mnie ma te cięte riposty, czy po Ojcu Tego Dziecka Asertywność posuniętą do granic bólu…

Wybraliśmy się na chwilę do dziadków. Po kilku miesiącach. Podmiot Liryczny przejął dom we władanie, czyniąc sobie z babci i dziadka swoich podwładnych. Dostał mnóstwo dziwnych prezentów (na szczęście część mogliśmy zostawić tam, a nie wszystkie były grająco-jeżdżące), z których najfajniejszy jest mały laptop z edukacyjnymi zabawami po angielsku. Dzięki zabawom PL podłapuje co raz to nowe zwroty po angielsku i zaczyna nam powoli zaczynać jakaś normalna językowa interakcja. Dziadkowie nawet przywieźli jedną Świnkę Peppę po angielsku.

O dziwo – PL był grzeczny, super zjadał wszystkie posiłki, generalnie – cud wnuk. A najfajniejsze w tym wszystkim było to, że do dziadków podchodzi dość asertywnie i nie daje się podejść. Woła z góry mamę: – Mamo. Babcia odpowiada: – Słucham. Woła: – Mamo. Babcia: – Słucham. PL: Wołam mamę, nie ciebie.

Poza tym wysłuchaliśmy mnóstwa fantastycznych rodzinnych opowieści, Dziadek PL wykonał likier jajeczno-kawowy prima sort, a w kominku u dziadków po prostu można się zakochać.

- Mamo. Życzę sobie jutro na śniadanie kanapki z miodkiem. A po przedszkolu życzę sobie żebyśmy poszli pograć w misie patysie. A ty czego sobie życzysz? – mówi PL.


  • RSS