Siedzę z PL w domu od wtorku. A właściwie od soboty, gdyż OPL postanowił wybrać się na męski wypad na narty. Daleko. I zgodnie z Prawem Murphy’ego właśnie wtedy PL musiał się rozchorować. Taki los.
Ponieważ we wtorek tylko kaszlał, dostał syrop z lipy, babki i Bógwieczego jeszcze. I od środy dycha jak stary dziad. Więc wybrałam się z nim dziś do laryngologa-pediatry. Jak tylko wyszliśmy, wiedziałam, że będzie jazda. No bo ile można siedzieć w domu, patrzeć na tę samą gębę. Trzeba w końcu użyć życia, no nie?
Nie zdążył nawet powiedzieć dzień dobry, gdy dostrzegłam ten błysk w oku. I już wiedziałam, jak to się skończy. I wzięłam oddechów kilka, i westchnęłam, bo PL wypieczętował biurko pieczątką Pani doktor… Potem zaczął brykać i skakać i pokazywać swe rozrywkowe oblicze…
Czego to ja się nie nasłuchałam… Że powinien mieć rodzeństwo, bo wtedy nie pozwalalibyśmy mu na TAKIE zachowanie, że dzieci to teraz takie rozpuszczone (niby nie o nas, ale w temacie, nie?).
A na koniec dostałam receptę na syropek, co pomoże przy alergii i wyciszy jednocześnie (tu Pani doktor znacząco mrugnęła).

Mam ochotę się go napić. Duszkiem. Do dna…