podmiot-liryczny

Czyli o (r)ewolucji w życiu pewnego małżeństwa

Wpisy w kategorii: Matka PL

Dzień 1818.

Brak komentarzy

Zastanawiałam się, czy nie założyć bloga o PL, gdy przypomniałam sobie, że przecież [TADAM!] mamy już jeden.
Wracamy do życia i opisujemy nasze codzienne życie z PL.
Od dwóch lat wiemy jednak, jak to nazwać: Zespół Aspergera.
Bywa wesoło, bywa trudno, lecz nie nudno!

Mamy w kuchni roboczy kalendarz, takie domowe centrum dowodzenia NASA. Od jakiegoś czasu Wojtek uwielbia planować różne wydarzenia, zakreśla „w pentelkę, mamo” konkretne daty i planuje. Ale ponieważ inny kalendarz kartkowy, taki zrywany, zamoczył podczas „ozdabiania” go farbami, stworzył sobie nowy, własny. Tylko że miesiąc ma w nim 79 dni. No i tak sobie stoi i na głos planuje, że 68 lutego coś tam zrobi. I mój wewnętrzny głos każe mi go skorygować. Więc koryguję i mówię:
- Synku, ale luty ma 28 dni. Nie ma takie dnia jak 68 lutego…
- Mamo, ale to jest mój kalendarz. Ty masz swój na ścianie…
I nie wiem teraz, czy to po mnie ma te cięte riposty, czy po Ojcu Tego Dziecka Asertywność posuniętą do granic bólu…

- Poczekaj, aż skończy miesiąc – powiedziała moja mama, gdy opowiedziałam jej, że wstaję do PL kilka razy w nocy.
Po miesiącu powiedziała: – Poczekaj aż skończy trzy miesiące. One są NAJGORSZE, jeśli chodzi o nocne wstawanie.
Po trzech miesiącach powiedziała: – Poczekaj, aż skończy pól roku. Dorośnie, będzie lepiej.
Teraz już nic ni mówi. Czasem jej się wymsknie: – Jesteś chyba przemęczona…
Patrzę na nią wtedy tępym wzrokiem i nie komentuję.
Tak, wstaję do dziecka kilka razy w noc. Bo smok wypadnie (trzeba było go nie przyzwyczajać), bo ma ochotę na mleko (trzeba było go przegłodzić), bo pić itp. Wstaję. ZAWSZE. Podobnie było dziś o 22.30, około 1 w nocy i 4, a potem 5.30, kiedy syn uśpiony w wózku (w łóżeczku było nie za ciekawie) pospał aż do 6.10 (!!!!!).

Aktualnie PL przechodzi ząbkowanie połączone z lękiem separacyjnym (to chyba to, jeśli wpada w ryk, jak wychodzę do pokoju/kibla/kuchni/odwracam się plecami, żeby w kuchni zrobić kanapkę). Wpada też w dziki ryk i woła: „ała” lub „meme”, kiedy ma dość zabawy z tatą. A to zwykle następuje po około 10 minutach… Dodam jeszcze, że pięknie wypowiada „tata”, „dada”, „baba”, „papa”, ale „mama” za cholerę nie. Pewnie zostawia sobie na deser…

I jeszcze o zapóźnieniu (rzekomym) – pisząc o niepodnoszeniu tułowia, miałam na myśli, że nie unosi się na wyprostowanych rękach i kolanach, bo normalnie unosi klatkę piersiową, obraca się i pełza (?), obraca wokół własnej osi. Tylko nie ma ochoty podnieść dupska na kolanach. O to mi chodziło. Dzięki za rady :)

No i o dziadkach PL, rodzicach OPL. Będzie o dziadku, który zwalił mnie komentarzem z nóg, kiedy naciskał, żeby wziąć PL na samodzielny spacer: „Dwoje wychowałem, to wiem, jak sobie radzić z dziećmi”. Żyję umiarkowanie krótko na tym świecie, ale wiem jedno: w latach 70. i 80. marginesem byli ojcowie, zajmujący się aktywnie swoimi dziećmi. Wiem, że to „wychowywanie” polegało na tym, że zabierał dzieci na spacer itp. W ogóle muszę tu wspomnieć, przy okazji, o zjawisku dziadów-wymąrdzalców vel. wujków dobrych rad, których paru spotkałam na swojej drodze, a którzy wnerw (by nie powiedzieć gorzej) wywołali na mojej twarzy.
Dziad nr 1 – krzyknął „Oszalała! W taki upał z dzieckiem wychodzi!” na widok mnie ciągnącej wózek przesłonięty parasolką w dzień słoneczny i upalny (temp. 29,9). Nic to, że w domu gorąc, a my musieliśmy iść na rehabilitację.
Dziad nr 2 skomentował postawienie wózka z PL obok rury wydmuchującej letnie (letnie powtarzam) powietrze ze sklepu: „Pani stawia go pod takim gorącym powietrzem”. Nieważne, że stał METR od wyciągu. Nieważne. Dziad pewnie też „wychował” dzieci, więc wie.
Przysięgam, zacznę traktować takich delikwentów jak Wujek Staszek, Mistrz Ciętej Riposty, czyli zacznę odpowiadać: Spier…..

Chciałam również zaprotestować: siedzimy sobie w całkiem przyjemnej knajpie i czekamy na obiad. Nagle leci piosenka, która wwierciła się w mój mózg, a wwiercił się konkretnie jeden fragment pieśni (w sam raz do obiadu). Piosenka ludowa, czy inne disco polo, przyprawiające o niestrawność. Pieśń o kochaniu ( a jakże) młodych (a jakże) dziewcząt. O kobietach co „gdy ma lat 16 to piękny pączek róż, a gdy ma lat 30 (!!!!), to jest zwiędły już”. No w mordę. Zwiędłam, więdnę. Zdycham. Starość…

I tyle. Jestem już po pierwszej kawie, ale czuję się na tym kampingu jak Jodie Foster w „Panic roomie” – na około deszcz, wyjść nie można. Trza siedzieć na tyłku…

A zatemż jak to mówią, odlatują bociany i borsuki szykują kołdry, czyli idzie koniec lata. Postanowiliśmy (jak co roku obudzeni z ręką w nocniku) zażyć rodzinnych wakacji. Porannego leniuchowania do 10 rano, leniwych południowych kaw z szarlotką, nieśpiesznych obiadów celebrowanych dwie godziny oraz spokojnych kolacji przy szumie Wisły, tudzież śpiewie sosen i modrzewi. I co? I k… jajco. Zamiast tego mamy wstawanie o szóstej rano (!!!), picie kawy przy pojękiwaniu dziecka, grzebanie łapami w talerzu (bo dziecko wiecznie głodne, zwłaszcza jak widzi, że matka je ziemniaka), koszmar ząbkowania i wieczorne hardcorowe maratony usypiania zmęczonego dniem dziecka, co to ni cholery nie chce zasnąć.
Ja już nie wiem, o co chodzi. Jest wieczór, PL przeciera oczy ze zmęczenia. Mycie, ubieranie w piżamkę i zaczyna się jazda. Picie mleka na przemian z herbatką w seriach po 3 razy, wycie i kasłanie, nerwowe prężenie., ryk, płacz. Noszenie na rękach, walanie się po łóżku. Nic nie skutkuje. Mały pada około 20 z minutami, po plus minus półtorej godzinie walk i męczeństwa… Co ja robię źle?

[nie rozwinę wątku zera współudziału OPL w usypianiu].

[pominę również wk…cych dziadków PL, rodziców OPL, których już drugiego dnia wizyty miałam dość, gdy o 6.20 na dźwięk wnusia wkroczyli do NASZEGO pokoju. Następnie dziadek PL najpierw grał na harmonii wprost do uszka maluszka (!!!!), następnie puścił przeboje Lata z Radiem, a depresyjna babcia próbowała mi udowodnić, że gówno wiem o dzieciach. Czyli stara miłość nie rdzewieje... Rzesz…].

Wspomnę li tylko o tym, że martwi mnie, że PL nie siedzi samodzielnie, nie podnosi tułowia jak leży na brzuchu, ze generalnie jakiś taki zapóźniony jest… OPL, jako powszechnie znany znawca tematu, uważa, że na wszystko przyjdzie czas, ale mnie to trochę martwi.

Dodam jeszcze, że mimo deszczu, w górach jest cudnie, lody pyszne [choć aktualnie zażeram cebulowe kranczipsy, żeby się odstresować po walce z dzieckiem], tylko zapieprz jakiś taki sam, jak co dzień. Wakacje, a w sumie nie wakacje…

Ponad 60-dniowe opóźnienie w kolejnej notce, to troszkę przydługo, więc napiszę w telegraficznym skrócie:

Żyjemy jakoś i ogarniamy bycie rodzicami (a na pewno bycie matką ośmiomiesięczniaka).

Po drodze wyszedł jeden ząb (całe życie sądziłam, że wychodzą parami, ale widać, żyłam w błędzie). Obecnie czekamy na drugi.

Mam za sobą walkę z: biegunkami, temperaturą 39,4.

Kontynuujemy rehabilitację jeszcze jakiś czas – bo jak się okazało, miałam rację, żeby jej nie przerywać po trzech miesiącach. (OPL wie o co chodzi).

W dalszym ciągu mam ochotę spuścić łomot pierwszej lekarce PL, ale franca jedna chodzi po mieście chyba opłotkami…

Wróciłam na dobre do pracy. Siedząc w domu, sądziłam, że po powrocie do pracy będzie ona stanowiła dla mnie odskocznię, wentyl itp, ale jest tak jedynie połowicznie.
W pracy siedzę i myślę o PL, o tym, że a) płakał, jak go oddałam do żłobka, b) nie płakał, c) zrobił brzydką kupkę, d) nie zrobił kupy, e) miał zły humor rano, f) nie miał itp.
Praca jest jedynie przerywnikiem w życiu codziennym. Krótką (pięciogodzinną) chwilą pozbawioną obecności PL.

W żłobku PL okazał się dzieckiem najgrzeczniejszym z grupy – wczoraj nawet zaproponowano mi odebranie jednej z niegrzecznych dziewczynek zamiast niego, ale odmówiłam.

Za kilka dni jedziemy do teściów (i Strasznej Teściowej – by the way), a ja już mam dość… Tak, jestem uprzedzona. Wiem. Pogodziłam się z tym. Dodam na swoje usprawiedliwienie, że wszelkie próby ułagodzenia uprzedzeń spelzły na niczym. Pozostaje mi tylko pogodzenie się z tym, że ludzie są RÓŻNI. A zwłaszcza teściowe. Może zastosuję znaną mi metodę przetestowaną na mojej mamie, że jak mi coś nie pasuje, to ryknę na delikwentkę i będzie po sprawie?
Się zobaczy.

OPL też jakoś żyje i tylko kiwa głową z politowaniem, jak mam napad całowania PL i mówienia „mamusi synuś kochany”… Tak wiem, zdurniałam i co z tego?

O denerwowaniu przez OPL nie będę wspominała, bo to przecież jest w pakiecie małżeństwa…

Się jeszcze odezwę.

Długo nas tu nie było, więc przyzwoitość nakazuje się odezwać. Podmiot ma już ukończone pół roku, co sprawia, że postrzegam go jako dużego / małego chłopa. Granica ośmiu kilogramów lada dzień zostanie przekroczona, co odczuły moje plecy przez ostatnie kilka upalnych dni, gdy z gorąca moje dziecię nie mogło usnąć, tzn. mogło, ale tylko na moich rękach. I trwało to długo. Godzinę, półtorej. Pomijam dyskusję, zupełnie bezowocną, pomiędzy OPL a mną, dotyczącą możliwości pozostawienia PL samego ryczącego w pokoju. Na pastwę losu. Takie rzeczy są niemożliwe. Przynajmniej w tym życiu.

Żłobkujemy już pełną gębą, a od lipca PL pójdzie już na 5 godzin, bo jako matka świeżo po powrocie do pracy, mam sporo roboty na głowie, a w domu, wiadomo, mizianie, kąpiele i robi się za chwilę ósma. A potem padam na pysk. I tak w koło Macieju.

Jestem matką. Mogę śmiało powiedzieć, że czuję się nią w 100%. Wiem, że sporo kobiet się będzie zrzymać na to, co za chwilę napiszę, ale prawda jest taka: najpierw jestem matką, potem jest cała reszta. Żona, kobieta itp. Zauważyłam, że nie potrafię już sobie przypomnieć, jak to było, kiedy PL jeszcze nie było. Całą ówczesną rzeczywistość ucięło.

Jutro wielki dzień. Dzień Ojca. Z tej okazji idziemy na basem z PL, co by dwa pluskacze (które uwielbiają się razem kąpać), miały święto. Matka będzie tradycyjnie od przerywania zabawy, wycierania, smarowania i wiecie, no tych wszystkich rzeczy, które TRZEBA zrobić, a które zabawą nie są.

Si ju!

Pierwszy dzień matki w moim życiu spędziłam na praniu zapaskudzonych body, śpiochów, podkładów pod przewijak etc. PL ma od piątku biegunkę. Wczoraj byliśmy u lekarza – nie ma temperatury, brzuch miękki, nie boli, jedyne co budzi moją wątpliwość to właśnie biegunka. W czwartek PL był szczepiony – może od tego? Mam mu dawać smectę i poić i ma samo przejść. Ale nie przechodzi. Odchodzę od zmysłów, bo trwa to już trzeci dzień… Jutro idziemy do lekarza – zobaczymy, mam nadzieję, że coś poradzi :(

Problemy zdrowotne PL sprawiają, że automatycznie smutnieję. Życie mi się jawi w szarościach i jakoś tak bez sensu. W ogóle chyba cierpię na jakąś chorobę psychiczną: raz jest mi super – mogę góry przenosić, bawić się godziny z PL, innym razem wszystko jest bez sensu… Tak jak teraz.

Sporo minęło od ostatniej mojej notki, kilkanaście dni. Sporo się wydarzyło – PL poszedł do żłobka, gdzie mu jest dobrze. W zeszłym tygodniu widziałam, jak się uśmiechnął na widok babci żłobkowej. Super.

Ja odetchnęłam. Nie tylko dlatego, że PL przyjął żłobek dobrze, ale odetchnęłam tak po ludzku – otrzymując najpierw dwie, potem trzy, wreszcie cztery godziny luzu. Niesamowite, co to zmęczonemu człowiekowi daje. Można wszystko pozałatwiać, napić się bez stresu kawy… Właśnie, ten stres – odwożąc dziś na pociąg OPL doszłam do wniosku, że macierzyństwo mnie strasznie stresuje. Zamartwiam się wszystkim na okrągło. Jak to jest, że po OPL tego nie widać? Brak kupy – stres, jest kupa – stres. Kichanie PL – stres, kaszel – stres. Jazda samochodem z PL – stres itd. Nie wiem, jak sobie  tym poradzić. Czuję, że przeginam, ale nie potrafię się nie przejmować. Dziwne to i męczące. W ogóle jak się tak zastanowić, to to moje macierzyństwo jest dla mnie wyrzutem sumienia – ciągle mi się wydaje, że nie jestem dość dobra, nie spędzam z PL dużo czasu na zabawie, a robię przy okazji różne „domowe prace”… Cholera, zwariować można…

Nie wspominałam o „cioci dobrej radzie” – znajoma, którą widziałam ledwie 4-5 razy w życiu – mailowo upomniała mnie, jaką krzywdę wyrządzam dziecku, oddając je do żłobka. Dżizas, tacy ludzie naprawdę istnieją?

Pojutrze back to work. O ile nie wezmę urlopu na siedzenie w domu z biegunkowym chłopczykiem :(

Ostatnimi czasy miewam problemy ze snem, ale o tym później. Dziś problem miał PL. Jak zwykle wykąpany, zjadł mleko, przytulenie, smok, położenie na boczku. Przespał się godzinę i obudził radosnymi okrzykami. Zdębiałam lekko. PL ma genialny w swej prostocie pomysł na przywiedzenie matki do siebie – wypluwa smoka, a potem żałośnie kwili… Matka przybiega (dziś to chyba już doszło do 30 razy… – skąd do cholery, ja, istota ułomna, zdołałam w tak krótkim czasie wydobyć z czeluści mego jestestwa takie pokłady cierpliwości – pytam), smoka wtyka i umyka. A PL swoje. I tak w kółko… Tak się spieraliśmy dziś półtorej godziny, aż zasnął w końcu. Zastanawiałam się, skąd mu się to wzięło i… nie wiem. Może to poszczepienne? Może ja nadal nie do końca odgaduję o co mu biega? Nie wiem…

A teraz o moich problemach ze snem. Otóż od pewnego czasu mimo padania na twarz ze zmęczenia, nie mogę zasnąć. Inna sprawa, że tętno mam szalone – biorę leki i piję walerianę, ale niewiele to daje… Dziś, gdy przez półtorej godziny usiłowałam zasnąć, zrozumiałam, gdzie tkwi źródło mojego problemu. Powrót do pracy i żłobek. Tak tak, ja, która marzyła o powrocie do pracy i odseparowaniu się od dziecka, teraz mam z tym problem! Godzina zero to 29 maja, tymczasem gdzieś w okolicy 21 maja mamy iść na takie próbne chodzenie do żłobka. I ja mam z tym żłobkiem problem cholerny. Mój. Mentalny. Psychiczny problem. Że on będzie płakał, że jestem wyrodną matką, że go zostawiam, że on pomyśli, że go nie kocham, że go opuszczam, że ma dopiero 5 (to już???!!!) miesięcy, że mu się będzie działa krzywda, że będzie płakał, a ja go nie będę mogła przytulić (tu już płaczę, serio, to się dzieje naprawdę) etc. etc. I tłumaczę sobie, że to nie tak, droga pani, że praca pracą, z czegoś trzeba żyć, a dziecię kocham ponad życie, a opiekunki drogie, a w żłobku, to przynajmniej kontrola jako taka, krzywdy mu nie zrobią, no i  że to tylko cztery godziny dziennie…

I co? I nico. Nie wchodzi mi to do łba, bo zasnąć nie mogę. Tłumaczę sobie jak krowie na miedzy i nic.

Jest dopiero 11 maja, a ja już sieję panikę…

Stało się. Sięgnęłam w rozpaczy po bromergon. Zobaczymy, co będzie dalej. Mam nadzieję, że po 14 dniach będzie po sprawie, bo dość mam już tych przeklętych grud w piersi…

PL od jakiegoś czasu kąpie się z OPL. Uwielbia machać nogami na wszystkie strony oraz wsuwać swoje małe stopy pod kran z lecącą wodą. Jest wyraźnie zrelaksowany po takim zwieńczeniu dnia. Po wczorajszej kąpieli i ululaniu PL wchodzę do łazienki. W wannie dalej tkwi OPL, w ręku dzierży gumowego wieloryba – jedną z dwóch ulubionych zabawek PL. Stoję jak wryta, przez myśl przemyka mi rocznik OPL, który jakiś czas temu skończył lat trzydzieści. Przetwarzam dane i spoglądam na niego pytającym wzrokiem…
- A wiesz, że wieloryb pluje wodą aż do sufitu? – mówi OPL.
Patrzę w górę, skąd zwisają krople wody – kurde, faktycznie.
***
Przyznam, że posiadanie dziecka, to dobra wymówka do bawienia się w kąpieli gumowymi zabawkami :)))))

Na szybko:
Od poniedziałku Podmiot Liryczny jest na Bebilonie Pepti i funkcjonuje świetnie: zero jęków, dwie – trzy pobudki w nocy, uśmiech na ustach.
Ja: bujam się z twardymi jak kamienie cyckami, ściągam trochę mleka, obkładam kapuchą, noszę ciasny stanik i łykam jakieś homeopatyczne coś, bo na razie nie chce brać hormonów…
Zjadłam już: eklerkę, lody truskawkowe, ser biały, ser żółty, mooorze kawy, chlebuś…

Ma ktoś jakieś złote rady na zahamowanie laktacji?

p.s. aha, wpisy w internecie Matek Polek, które twierdzą, że tylko poprzez cyc i mleko z piersi daje się dziecku miłość / uczucie / czułość to zuuuoooooo :))


  • RSS