podmiot-liryczny

Czyli o (r)ewolucji w życiu pewnego małżeństwa

Wpisy w kategorii: Ojciec PL

W ramach kreatywnej zabawy PL rozstawił sobie na kanapie wszystkie swoje książki o Elmerze (łącznie sztuk 9) i zaczął po nich chodzić. Spotkało się to oczywiście z reakcją rodzicielską, ponieważ a) może pogiąć swoje ulubione książki b) o upadek z kanapy zbyt łatwo. Kompromisowym wyjściem z sytuacji było poukładanie wszystkich książeczek (mają twarde okładki) na podłodze. Zatem od dziś w przedpokoju funkcjonuje Elmerada (zbitka słów Elmer + autostrada). Zadowolony PL informuje w drodze z salonu do kuchni: – Idę po Elmerach. Albo: – Chodź, tato. Przejdziemy po Elmerach.

Wieczorem niektóre elementy Elmerady zostały rozebrane, bo trzeba było przeczytać kilka opowieści przed snem.

Się po prostu przyplątała. I jest na stopie PL. I zniknąć nie chce mimo stosowania specyfików. A zniknąć nie chce, bo wszelkie prób rozwiązania cążkowego spotykają się z ogromnym i silnym oporem. „Nie lubię”, „nie chcę”, „zostaw nogę mamo”, „nie dotykaj”, „ale nie obcinaj”… I płacz, i spazm. I na nic tłumaczenia, że to nie będzie bolało, że to jak obcinanie skórek i paznokci, że będzie mógł wrócić na basen, że inaczej trzeba będzie do szpitala. Opór jest ogromny.

Ciężki jest los rodzica, którego serce rozrywają synowskie łzy, ale który wie, że zrobić coś trzeba. Próbujemy też nocą, przez sen, ale nie jest to proste, bo podświadomie stopa ucieka. Niemniej jednak walczymy. I zwyciężymy na kurzajkowym froncie. Kiedyś.

Podmiot Liryczny dostał nowy tom Elmera. Po prostu „Elmer”. Ponieważ ma go też na audiobooku, to rozsiadł się wygodnie na łóżku, włączył sobie płytę i zaczął sprawdzać strona po stronie, czy to co jest napisane w książce zgadza się z tym, co czyta Krzysztof Kowalewski.

Zgadza się.

Rodzinne choroby trwają. Ja już kończę, Podmiot Liryczny niemal także, a tymczasem Matka PL ma zapalenie krtani. Nasz blat kuchenny wygląda teraz jak mała apteka. Wieczorem, kiedy małżonka pojechała do lekarza, przypadło mi w udziale zadanie wykąpania i ułożenia PL do snu. Dawno temu kąpaliśmy się razem w wannie, ale jak PL urósł, stopniowo kąpielą zaczęła zajmować się Matka PL (ja jestem od mycia zębów).

Matka PL zasugerowała nawet, żebyśmy zrobili dzień brudasa, ale do odważnych świat należy. Wszystko okazało się zbyt proste, bo po prostu otrzymałem szczegółowe instrukcje. Powiedziałem PL, że zwykle kąpie go mama, zatem ja nie wiem, co dokładnie muszę robić. I byłem prowadzony za rękę:

- odkręcić wodę, włożyć krokodyla, włożyć korek
- usiąść na pralce i zdjąć kapcie (fajnie się nimi rzuca)
- skarpetki można zdjąć zębami (trzeba mówić: „puść to!”
- wstać na pralce (ostrożnie) zdjąć spodnie (fajnie się nimi rzuca do kosza na pranie)
- tata ma pomóc zdjąć bluzki (fajnie się nimi rzuca do kosza na pranie)
- ważenie (może być dwa razy)
- wkładamy do wanny
- do piany służy ten szampon
itd.

Potem długie zabawy w wannie („Tato! Wyjdź! Zadzwonię do Ciebie” – Podmiot Liryczny dzwoni poprzez słuchawkę prysznicową, czasami nawet Matka PL podaje mu wówczas mój numer telefonu), odwlekanie mycia zębów elektryczną szczoteczką („Tato, chcę tą”). I już. Wczoraj zmienił się zestaw pokąpielowych książek, bo zamiast Elmera PL wyciągnął jakiś stary zestaw o przedszkolu, wsi oraz higienie. Zawsze to jakaś odmiana.

Podmiot Liryczny ogląda Kubusia Puchatka. Jednocześnie skacze na kanapie. W pewnym momencie ląduje niebezpiecznie blisko moich nóg.

- Po pierwsze prawie wpadłeś mi na nogi – mówię.
- A po drugie prosiłem przecież, żebyś nie skakał po kanapie.

Chwila ciszy. PL patrzy na mnie i mówi.

- A po trzecie?

Z okazji Świąt w naszym domu pojawiła się nowa maszyna grająca. Podmiot Liryczny upodobał ją sobie od samego początku, bo „Kaczka dziwaczka” brzmi po prostu lepiej. Jakiś czas temu podszedł do maszyny i… Usłyszeliśmy huk. PL przekręcił potencjometr. Ucieczka z „miejsca wypadku” była natychmiastowa.

Przez kilka dni PL nie zbliżał się do potencjometru. Jednak już strach nieco minął, ale teraz przekręca go on jak Henryk Kwinto, kiedy otwierał sejf. Baaaardzo delikatnie.

Wiem, że będąc współlokatorem czterolatka trzeba przyzwyczaić się do zabawek na leżących na podłodze. U nas królują znaki drogowe. Głównie drewniane. Nadepnięcie na nie jednak nie jest przyjemne. Cierpliwość PL jest jednak wielka. Mimo, że cały czas je potrącamy, przewracamy, otwierając drzwi, on spokojnie układa je sobie po swojemu. I oczywiście nigdy na nie nie „nadeptywuje”. To chyba pewien rodzaj radaru, który znika, kiedy stajemy się dorośli.

Kończy się przerwa świąteczno-noworoczna. Podmiot Liryczny walczy z jakimś lekkim wirusem (którego efekt uboczny polega chyba na jakieś ogromnej nadprodukcji energetycznej, bo ma siłę do biegania, skakania, słuchania książeczek, śpiewania piosenek, itp.), Matka PL zmaga się z zapaleniem krtani, a ja powoli doleczam zatoki. A na zewnątrz spory mróz. Niemniej jednak kilka domowych dni przeżyliśmy raczej harmonijnie.

Dziś, kiedy nie było mnie w domu, PL dość długo celebrował obiad. W końcu zdesperowana Matka PL powiedziała: niedługo do domu wróci tata, więc zjadaj szybko, bo to zobaczy. I… PL zjadł (nieco szybciej). Generalnie jest tak, że raczej syn słucha się mnie znacznie bardziej, niż Matki PL. Mam pewną teorię na ten temat. Ja zwykle staram się egzekwować swoje obietnice, a tymczasem małżonka odkłada, przekłada, co latorośl skrupulatnie wykorzystuje. I dobrze zresztą. Podmiot Liryczny wie, że doliczenie do trzech skończy się np. schowaniem zabawki i zwykle „raz” wystarczy. I – co bardzo nas cieszy – ostatnio niemal zawsze kończy się na „dwa”.

Nowa zabawa – skakanie po kanapie razy kilka, a potem wykonanie padu na kanapę z przerzuceniem nóg do tyłu. Zabawa generalnie fajna, choć raz zakończyła się przefikołkowaniem w okolice podłogi i zdemolowaniem domku dla żyrafy, który zbudowaliśmy w Nowy Rok (dom żyrafy jest wielofunkcyjny, bowiem PL napisał na nim flamastrem najpierw „sklep”, a następnie „TESCO”. Dyskusja na temat tego, dlaczego „TESCO”, a nie np. Biedronka, skończyła się bez żadnego rezultatu. Domek miał też komin z tekturowej rolki z papieru toaletowego, dzięki której można zajrzeć do środka, a mniejsi gabarytowo przyjaciele żyrafy mogą także dostać się do środka.

Książki o Elmerze nadal rządzą, ale PL domaga się co raz częściej opowieści z tomów „Poczytaj mi mamo”. I dobrze. Zadanie „czytaj dziecku 15 minut dziennie, codziennie” wyrabiamy zdecydowanie ponad normę.

Czytamy „Elmera i tęczę” i fragment o tym, że tęcza była bezbarwna. Podmiot Liryczny stwierdza: „A mama nie ma bezbarwnych paznokci”.

(Matka PL była rano zrobić sobie manicure i jej paznokcie są brązowe)

- A jakie mama ma paznokcie? – pytam
- Czerwone – odpowiada PL.
- Podobają ci się takie?
- Nie.
- A jakie ci się podobają?
- Takie bezbarwne.

(Chyba trzeba wrócić do pisania. Za dużo momentów po prostu ucieka…)

Z radości większych i mniejszych zdecydowanie należy odnotować nową metody zabawy pralką. Pralka to jedno z ulubionych urządzeń PL z kilku przyczyn. Wyłączona jest świetną zabawką, bo można do niej wkładać i z niej wyjmować różne rzeczy. Włączona jest jeszcze bardziej atrakcyjna, bo szumi, bęben się przemieszcza, wiruje, leje się woda, itp. itd. Ostatnio PL wykombinował sobie, że może w trakcie prania wysunąć szufladkę, do której wlewa się płyn. Wówczas fajnie z tego tryska woda. „Mama. Oda” – woła zadowolony.

Z bardziej urokliwych przypadków należy odnotować włamanie do kuchennej szafki, w której przetrzymywane są przyprawy. Matka PL uznała, że jest to raczej zabawa bezpieczna, bo wszystko powinno być tam dobrze zamknięte. Aż tu nagle usłyszeliśmy szelest wysypującego się czegoś na podłogę. Zamknąć zapomniała (chyba zapomniała też o jego istnieniu) pudełka z takimi kuleczkami słodkimi do posypywania ciasta. PL miał radochę, bo siedział w samym środku tego „baganu” (bagan – bałagan, słowo używane prawidłowo) i nie dość, że miał do zabawy mnóstwo torebek i innych szeleszczących produktów, to jeszcze z podłogi zbierał te kuleczki, one przylepiały mu się do dłoni, można było dłońmi machać, kuleczki fruwały itp. Ubaw po pachy. To było wczoraj. Natomiast dziś przy zabezpieczonych już przyprawach PL spędził pół godziny. Czas bezcenny.

Dużo się dzieje. Okno zaczęło być przyjemnością. PL potrafi stać w nim kilkanaście minut, zwracać uwagę na samochody, zwierzęta przechodzące, lampy, odpowiada sobie na pytania stojącego za nim i pilnującego go taty, bawi się linkami od żaluzji. Jest to zajęcie tak frapujące i interesujące, że nawet nie chce schodzić z parapetu, żeby obejrzeć bajkę. To dobry sygnał chyba – świat może być także intrygujący i interesujący.

Matka PL dziś sprzątała. PL przejął trzy kolorowe ścierki i nie chciał oddać żadnej.

No i oczywiście informacja niezwykle istotna – po zapaleniu już zwalczonym przypałętała się nowa jakaś bakteria, wirus, czy inne ustrojstwo. Podmiot Liryczny kolejny tydzień spędzi w domu. Z antybiotykiem. I kaszlem.

Ulubionym znakiem drogowym PL jest „stop”. Zgubił mu się taki kartonik z owym znakiem. Szukał go długo i wracał do tego wydarzenia co pewien czas, informując o tym świat niezmiernie słodkim „ni ma topu”. W przyrodzie nic nie ginie – pewnie się znajdzie,ale na razie rzeczywiście stopu nie ma.

PL nie wrócił do żłobka. Kolejna wizyta u pani doktor, kolejne zapalenie oskrzeli. Nowa pula dni opieki została otwarta. Nie jest to najlepsza na świecie wiadomość, bo głupia spirala wirusów i zapaleń trwa. Podczas wizyty lekarskiej (pani doktor oczywiście obiecała, że jak będzie grzeczny, to dostanie nalepkę) PL w pewnym momencie zniecierpliwił się oczekiwaniem i sam podszedł do biurka. Otworzył sobie szufladę i zaczął poszukiwania. Matka PL dosłownie spaliła się ze wstydu. W szufladzie były blankiety recept, a PL w końcu otrzymał nalepki. Cwany robaczek.

Podczas nieobecności Ojca PL syn odmiawia gilgotania w wykonaniu matki. Okazuje się, że w jego mniemaniu prawidłowo gilgocze tata. A rzeczywiście jest to zajęcie bardzo intensywnie miłe dla obu zainteresowanych stron. PL gilgotania się od czasu do czasu domaga – łapie mnie za palec, każe iść do naszej sypialni, wspina się na łóżko i oczekuje gilgotania. A gilgotki największe są pod szyją i pod pachami – jest nawet technika, żeby te miejsca gilgotać jednocześnie :).


  • RSS