podmiot-liryczny

Czyli o (r)ewolucji w życiu pewnego małżeństwa

Z radości większych i mniejszych zdecydowanie należy odnotować nową metody zabawy pralką. Pralka to jedno z ulubionych urządzeń PL z kilku przyczyn. Wyłączona jest świetną zabawką, bo można do niej wkładać i z niej wyjmować różne rzeczy. Włączona jest jeszcze bardziej atrakcyjna, bo szumi, bęben się przemieszcza, wiruje, leje się woda, itp. itd. Ostatnio PL wykombinował sobie, że może w trakcie prania wysunąć szufladkę, do której wlewa się płyn. Wówczas fajnie z tego tryska woda. „Mama. Oda” – woła zadowolony.

Z bardziej urokliwych przypadków należy odnotować włamanie do kuchennej szafki, w której przetrzymywane są przyprawy. Matka PL uznała, że jest to raczej zabawa bezpieczna, bo wszystko powinno być tam dobrze zamknięte. Aż tu nagle usłyszeliśmy szelest wysypującego się czegoś na podłogę. Zamknąć zapomniała (chyba zapomniała też o jego istnieniu) pudełka z takimi kuleczkami słodkimi do posypywania ciasta. PL miał radochę, bo siedział w samym środku tego „baganu” (bagan – bałagan, słowo używane prawidłowo) i nie dość, że miał do zabawy mnóstwo torebek i innych szeleszczących produktów, to jeszcze z podłogi zbierał te kuleczki, one przylepiały mu się do dłoni, można było dłońmi machać, kuleczki fruwały itp. Ubaw po pachy. To było wczoraj. Natomiast dziś przy zabezpieczonych już przyprawach PL spędził pół godziny. Czas bezcenny.

Dużo się dzieje. Okno zaczęło być przyjemnością. PL potrafi stać w nim kilkanaście minut, zwracać uwagę na samochody, zwierzęta przechodzące, lampy, odpowiada sobie na pytania stojącego za nim i pilnującego go taty, bawi się linkami od żaluzji. Jest to zajęcie tak frapujące i interesujące, że nawet nie chce schodzić z parapetu, żeby obejrzeć bajkę. To dobry sygnał chyba – świat może być także intrygujący i interesujący.

Matka PL dziś sprzątała. PL przejął trzy kolorowe ścierki i nie chciał oddać żadnej.

No i oczywiście informacja niezwykle istotna – po zapaleniu już zwalczonym przypałętała się nowa jakaś bakteria, wirus, czy inne ustrojstwo. Podmiot Liryczny kolejny tydzień spędzi w domu. Z antybiotykiem. I kaszlem.

Ulubionym znakiem drogowym PL jest „stop”. Zgubił mu się taki kartonik z owym znakiem. Szukał go długo i wracał do tego wydarzenia co pewien czas, informując o tym świat niezmiernie słodkim „ni ma topu”. W przyrodzie nic nie ginie – pewnie się znajdzie,ale na razie rzeczywiście stopu nie ma.

PL nie wrócił do żłobka. Kolejna wizyta u pani doktor, kolejne zapalenie oskrzeli. Nowa pula dni opieki została otwarta. Nie jest to najlepsza na świecie wiadomość, bo głupia spirala wirusów i zapaleń trwa. Podczas wizyty lekarskiej (pani doktor oczywiście obiecała, że jak będzie grzeczny, to dostanie nalepkę) PL w pewnym momencie zniecierpliwił się oczekiwaniem i sam podszedł do biurka. Otworzył sobie szufladę i zaczął poszukiwania. Matka PL dosłownie spaliła się ze wstydu. W szufladzie były blankiety recept, a PL w końcu otrzymał nalepki. Cwany robaczek.

Podczas nieobecności Ojca PL syn odmiawia gilgotania w wykonaniu matki. Okazuje się, że w jego mniemaniu prawidłowo gilgocze tata. A rzeczywiście jest to zajęcie bardzo intensywnie miłe dla obu zainteresowanych stron. PL gilgotania się od czasu do czasu domaga – łapie mnie za palec, każe iść do naszej sypialni, wspina się na łóżko i oczekuje gilgotania. A gilgotki największe są pod szyją i pod pachami – jest nawet technika, żeby te miejsca gilgotać jednocześnie :).

Jest szansa, że PL jutro powróci do żłobka, a Matka PL nie naruszy nowego limitu dni opieki. W roku ubiegłym wykorzystała wszystkie. Na szczęście choroby syna nie są szczególnie ostre, za to przydarzają się – niestety – dość często. Bezgorączkowo rozwlekłe przeziębienia, a to jakieś oskrzela, a to… Do tego alergie jeszcze nie do końca zidentyfikowane.

W słowniku w ciągu ostatnich 2-3 dni pojawiły się m.in.: pita – szpital, pin – płyn, odi – schody, kocz – kosz, kampel – kabel, pija – pirat, ju – zero, uła – rura, buda – broda, oc – nos, czy oko. Pojawia się także wariacja na temat „moje”. Już nie tylko „ja”.

PL czasami wynosi z domu – np. do żłobka, czy do samochodu – dziwne przedmioty. Dziś postanowił na krótką przejażdżkę zabrać krem w tubce (taki na zimową temperaturę). Kiedy małżonka przyjechała po mnie, to PL trzymał już w ręku trzy klocki. Kiedy wracaliśmy do domu, w klatce zostałem z nim ja – Matka PL musi go wnosić i nie ma innej opcji. Ja się twardo trzymam. Schodnie z tatą to już normalka, a dziś musiał się jakoś w sobie zebrać i wejść. Ociąganie się zajęło mu jakieś 3-4 minuty. Potem dał się przekonać. Najważniejsze to konsekwencja.

Nowy Rok zaczęliśmy od wirusa. Dziś jest już lepiej, ale wczoraj wieczorem PL kaszlał tak, że zwymiotował. Przez co wylądował w łóżku rodziców z mamą (zapewniając jej noc mało senną), a tata wywędrował na kanapę. Dziś jest już lepiej. Syn właśnie zasnął i w porównaniu do wczorajszego wieczoru, kasłania już prawie nie słychać. Poprawił się nieco apetyt, a pani doktor mówiła, że jego brak związany jest właśnie z tym wirusem. Myśleć należy zatem optymistycznie, choć Matka PL twierdzi, że po długim weekendzie wybierze się na pierwsze zwolnienie. Oby nie.

Rozwój słownikowy trwa. Kolejne słowa przybywają z godziny na godzinę. Jest już pita – szpital, pin – płyn, odi – schody, kocz – kosz, kempe – kabel, pun – prąd, pija – pirat. Zjadając czekoladową literkę „m” powtarza „em”, przy „f” też się udało. Jest też cyfra 2. Naprawdę zadziwiające, jak to szybko postępuje. Udało nam się także przekonać go, że mama i tata mają imiona. To zaakceptował. Natomiast swojego własnego imienia na razie nie powtarza – Podmiot Liryczny na razie definiuje się tylko i wyłącznie jako „ja”. Nawet próba namówienia go na powtórzenie imienia kończy się tym samym: „ja”.

Pojawiła się też instytucja skargi dziecięcej. Kiedy coś pójdzie po jego myśli, bo np. tata mu zabroni, biegnie do mamy i woła dramatycznie „tataaaa, tataaaa”. Co oznacza chyba, że tato nie współgra z zaplanowaną przez niego rzeczywistością. Wiele żalu jest w tym „tataaa”… Ale na razie szybko mu przechodzi.

No i od dziś gramy mokrymi palcami na ściance wanny. To jest dopiero zabawa!

I definicja skoków narciarskich dwulatka: hop! bam!

Nie myślałem, że wczorajsza w zasadzie pierwsza kupa zrobiona do nocnika tak będzie cieszyć. Dwie kolejne raty poszły już w pieluchę, ale to jest już pewien postęp. Trening czyni mistrza.

Nowe słowo z rana. „Bziu-bziu”. Czyli mówiąc krótko mikser, którego Matka PL używa do rozdrabniania kaszki i innych przysmaków.

Sylwestra przeżyliśmy. My, bo PL w zasadzie przespał noc standardowo, budząc się tylko na napoje. Odgłosy imprezowe z zewnątrz, a także fajerwerkowe wybuchy nie zrobiły na nim wrażenia.

Ciężko jakoś sensownie podsumować wydarzenia ostatnich dni. Z pewnością najważniejszym słowem będzie tu „lekarz”, bo dzień bez lekarza byłby tu dniem straconym. Choć może nawet bardziej chodzi o służbę zdrowia. Najpierw mieliśmy morfologię. Matka PL bała się, że syn będzie protestował, będzie płakał, czy coś innego. Natomiast on nie. Z zainteresowaniem przyglądał się temu, co się dzieje – jak pani przekuwa paluszek, jak pobiera krew, co się z tym potem dzieje. Zero strachu i protestu. W czwartek natomiast Matka PL pojechała do pani alergolog – okazało się to całkowitą stratą czasu. Nie wiemy nic więcej, a jeszcze z relacji wynika, że było to po prostu bardzo nieprzyjemne spotkanie z niemiłą osobą. Cóż – mówi się trudno. A dziś wieczorem PL poślizgnął się w pokoju i uderzył głową o łóżko. Był guz, ale Matka PL woli dmuchać na zimne. Pojechaliśmy na SOR, gdzie pan doktor przyjął nas życzliwie, aczkolwiek trochę pośmiał się z przezornej małżonki… Generalnie w orbicie jego zainteresowań są upadki z wysokości metra wzwyż.

Generalnie na słowo „doktor” PL po prostu wyciąga język. Ot, proste.


Ostatnia noc była szalona. Chyba przez śmietanę, bo PL zjadał placki ziemniaczane i bardzo chciał – tak jak jego tata – maczac je właśnie w śmietanie. Chyba laktoza jeszcze nie jest dla niego. Nie pamiętamy nawet ile razy się budził i jakie problemy miał z zaśnięciem. Natomiast chyba przemyślał sobie nad ranem swoje zachowanie w stosunku do rodziców, i… obudziliśmy się dopiero o 10.

Pogoda piękna, więc wybraliśmy się dziś na wycieczkę. Spacer po jesiennym parku bardzo miły, wizyta w galerii również przyjemna, bo duże przestrzenie, przeszklone podłogi, pochylnie i schody, to coś co PL bardzo lubi. Interesowały go również projekcje wideo rzucane na podłogę, bo można było po nich pochodzić, albo też pochodzić na czworakach. Jeden z artystów przygotował też pracę interaktywną, której częścią były tenisowe piłeczki. To już było szaleństwo i czysta radość dla dziecka. Takiej sztuki nam trzeba! Odwiedziliśmy też miłą restaurację, której najciekawszą częścią okazała się sala dla dzieci, bo były kulki, krzesełka, domek, klocki i mnóstwo innych atrakcji. Aż szkoda wychodzić. Najlepszy to dowód, że można być aktywnym rodzicem, aczkolwiek aktywność ta wygląda nieco inaczej niż aktywność bezdziecięca. Często jest nawet szybsza.

- Kto zrzucił ubrania na podłogę? – pyta Matka PL.
- Pipi (Myszka) – odpowiada PL

W żłobku powstał kalendarz z indywidualnym portretem każdego z dzieci. PL niestety na wypadł tak sobie – strasznie smutne zdjęcie zrobił pan fotograf. Dlatego też jeden kalendarz wzięliśmy z przymusu. Chyba trzeba taki produkt zrobić po prostu samemu, wybierając własne zdjęcia. Ot, co.

Dzień 679. Apteka :)

Brak komentarzy

Zupełnie przypadkowo w słowniku Podmiotu Lirycznego pojawiło się nowe słowo. Nie wiemy dokładnie skąd mu się to wzięło, czy zbił ze sobą trzy zupełnie różne sylaby, czy coś skojarzył albo usłyszał, ale jest. To słowo to „apteka”. Po kilku próbach wychodzi mu to całkiem nieźle. Raczej nie wie, co to znaczy, ale powtarzał to sobie i nieźle się przy tym bawił.

Na froncie medycznym trwają przygotowania do wizyty u alergologa. Dziś Matka PL zabrała syna na morfologię. Bała się, że pobieranie krwi skończy się jakąś tragedią, płaczem, krzykiem, czy czymś jeszcze gorszym. Tymczasem PL podszedł do tego ze stoickim spokojem. Dał sobie ukłuć palec, patrzył, jak pani wyciska kropelkę – jedną, drugą, trzecią. Bez objaw żadnego bólu, strachu, przerażenia. Ot – po prostu działo się coś interesującego.

W żłobku podobno dziś mocno rozrabiał. Zresztą w domu też było ciekawie. Rano PL stłukł wieczko od słoika z ciastkami, co doprowadziło do wielu łez. Mówi się trudno. A popołudniu oczywiście trwała nieustanna wspinaczka na sofę, mamę, tatę, szafkę itp. Do tego próby podgryzania i podszczypywania. Na spacerze podobno prezentował dość klasyczne objawy buntu dwulatka – bo oczywiście trzeba iść tam gdzie on chce, a nie tam gdzie mama chce, bo inaczej jest tupanie, płacz i krzyki na matkę o reakcjach towarzyszących wkładaniu do wózka nie wspominając.

Podczas kąpieli PL wymyślił sobie nową zabawę. Plastikowa ryba służy mu teraz do wylewania wody z wanny i przelewania jej (ze zmiennymi sukcesami) do miski stojącej przy wannie. Całkiem sporo udaje mu się tego przelać. Udaje mu się także napełnić akwarium na statku piratów – tą samą rybą zresztą. Przy czym oczywiście nieustannie jesteśmy informowani, że to ryba rozlewa wodę. Tak samo, jak cały czas jesteśmy informowani o napisach: „api”, „api”, „api”. Widać je wszędzie. Nawet jego piesek-pianinko mówi „api”. To zdanie PL, bo tak naprawdę piesek mówi po angielsku „puppy”. Ale na naukę języków obcych przyjdzie jeszcze czas.

Po trzech dniach spędzonych w domu z Matką PL ponownie pojawiła się u nas pani doktor. Wszelkie szmery i inne brudy z płuc zniknęły. Inhalacje, klepania i inne czary-mary chyba poskutkowały. Kaszel niemal zanikł. W końcu. W poniedziałek żłobek-reaktywacja. A w czwartek wizyta u alergologa, bowiem pani doktor podejrzewa, że te wszystkie infekcje, katary itp. ma raczej podłoże alergiczne. Zobaczymy.

Co tam szyneczka za 35 złotych za kilogram. Ta zwykle ląduje na ziemi. Najlepsza na kanapkach jest pasztetowa. Proste i jasne.

Fajnie sie teraz podróżuje z PL samochodem. Wiemy o każdych zbliżających się światłach, dostrzegana jest też każda świetlna tablica reklamowa. „Api” – informuje nas PL z tylnego siedzenia. Uroki uważnej obserwacji. Nie ma dąsania się, w zasadzie nie potrzebne są zabawki. Mijany świat jest na tyle interesujący, że przykuwa uwagę. No i w samochodzie całkiem fajnie można się zdrzemąć. Śpiący syn to jeden z najbardziej uroczych widoków. Dziś, kiedy zobaczył, że skręcamy w naszą ulicę, PL był bardzo niezadowolony.

Odwiedziliśmy dziś galerię – duża i fajna wystawa fotografii. Dla PL był to raj – nie z powodu zdjęć, choć kilka z nich zwróciło jego uwagę, przede wszystkim ze względu na zwierzeta – można było się wybiegać, a już najfajniejszy był taki podjazd dla wózków, na który można było wejść, a potem z niego zbiec. I tak wiele razy. Była jeszcze dość duża klatka schodowa, czyli kolejna atrakcja. Poza tym pogoda dziś była piękna, więc mogliśmy sporo pospacerować w plenerze. A w plenerze przecież są kolejne napisy. No i przejścia dla pieszych, przez które PL przechodzi bardzo szybko.

Książka „100 pierwszych słów”, którą przywiozłem PL bardzo mu się podoba. Obrazków jest bardzo dużo, jest też dużo napisów i generalnie różnorodność się sprawdza. Rozpoznaje bardzo dużo, potrafi dużo pokazać, a do mówienia to go jeszcze zmusimy :). Choć tego mówienia jest więcej i więcej. Bawi nas ostatno, kiedy PL poprawia matkę. Ta mówi np.: zostaw moje buty. „Kape” – mówi PL, bo mama ma przecież kapcie na nogach. Normalnie komisarz Przygoda – szczególarz.

PL odkrył – już zresztą kilka dni temu, że rysować kredkami można nie tylko na kartkach. Ale też na grzejnikach, ścianach, stole, szafkach itp. Mieszkanie jest w związku z tym stosownie upiększane. Na szczęście rodzice nie są należą do tych zbyt przejmujących się i upiększanie to jest całkowicie do zaakceptowania.

To było bardzo zabawne. Podczas kolacji Podmiot Liryczny miał przy sobie kaczkę i dokarmiał od czasu do czasu kanapkami z pastą serową. Oczywiście informował nas za każdym razem, że kaczka je razem z nim. Potem kazał jeszcze dostawić sobie ptaka ze świecącym okiem, którego też karmił. Ubaw po pachy.

Ostatnio ulubioną zabawą podczas kąpieli jest wychlapywanie wody. Służą do tego gumowe zwierzątka. PL zanuża je głęboko – w zasadzie dociska do dna – a potem szybkim ruchem wyrzuca je poza wannę przy okazji wylewając trochę wody. Czasami więcej, czasami mniej – ale uśmiech jest po pachy. Kiedy wyrzuci już wszystkie zwierzątka i zabawki, wtedy do chlapania może służyć ręka. Zapytany o to, kto tak chlapie wodą, odpowiada: „kaka” (kaczka). Spryciarz.

Spryciarz jutro wraca do żłobka. Ma glejt od lekarza. Miejmy nadzieję, że więcej się nie przypałęta chorób. Oby.

Odebraliśmy wczoraj samochód od mechanika. Do warsztatu trzeba było dojechać autobusem, co okazało się niezwykle miłym doświadczeniem dla naszego syna. Po pierwsze w autobusie był wyświetlacz z czerwonymi literkami, to to samo w sobie jest wielką atrakcją. Po drugie – i ważniejsze – mijaliśmy, i to z niewielką prędkością, mnóstwo znaków drogowych oraz świateł. I to jest dopiero wielka atrakcja. Potem, jadąc już samochodem, nadal byliśmy informowani o każdych światłach, do których się zbliżaliśmy. Takie dodatkowe samochodowe zabezpieczenie ma mama-kierowca.

Nowe centra handlowe starają się być nieco lepiej nastawione do rodziców z dziećmi – przynajmniej jeżeli chodzi o toalety. Odwiedziliśmy wczoraj jedno z takich nowych miejsc i niemal oniemieliśmy, kiedy poprosiliśmy o otwarcie pokoju dla rodzica z dzieckiem. Czysto, pachnąco, przewijak, zlew, kuchenka mikrofalowa, fotel, na ścianach kolorowe kwiaty. Po prostu szkoda wychodzić. Sporą atrakcją były też schody ruchome, zwłaszcza w momencie zbliżania się do końca jazdy, kiedy tata albo mama podrzucają do góry. Z samych zakupów Podmiot Liryczny był chyba zadowolony, bo dostał flamastry. Z jednej strony same w sobie są fajne, bo można ściągać i nakładać na nie zatyczkę. Z drugiej strony oczywiście rysują, choć nieco inaczej niż kredki świecowe. Mocno się dziś uśmialiśmy, kiedy PL próbował rysować coś drugim końcem flamastra.

Rysowanie niestety bywa frustrujące dla dziecka, które jeszcze nie jest w stanie dokładnie wyrazić tego, czego chce. I to widać. Czasami oczywiście odpowiedź na pytanie: „co mam narysować” jest prosta, bo znajduje się w zasięgu jego bardzo ograniczonego jeszcze słownictwa. Ale bardzo często nie potrafi powiedzieć, o co konkretnie chodzi i zaczyna być problem bardzo trudny do rozwiązania.

A jeżeli chodzi o nowe słowa, to ostatnio mamy „api”. „Api” to napis i na razie oznacza głównie wysprayowane na chodnikach reklamy i hasła. Dostrzegane są niemal wszystkie. Kiedyś tylko wskazywane ręką, a teraz doszło do tego jeszcze określenie werbalne.

Po spacerze przedpołudniowym PL był już trochę zmęczony. Spory dystans bowiem sam przeszedł. Tata musiał tylko prowadzić wózek i pilnować, żeby w okolicach jezdni oraz podczas przechodzenia przez ulicę PL dawał rękę. Z tym nie ma problemów. Kiedy wróciliśmy, PL płakał i marudził, choć bawił się jeszcze puszką z tuńczykiem. Matka PL dała mu smoka i powiedziała: – Może idź połóż się do łóżeczka. I ona i ja zdziwiliśmy się, kiedy PL zawinął się, podreptał do swojego pokoju i wgramolił się na łóżko. Zasnął, trzymając w ręku puszkę tuńczyka w oleju.


  • RSS