Urlop, urlop i już po… Jechaliśmy w góry z pewnymi obawami. Pierwszy raz we trójkę. Dla Podmiotu Lirycznego było strasznie wiele pierwszych razów: pierwszy raz wyciągiem w górę, pierwszy raz na szlaku i w dużym lesie, pierwszy raz w nosidełku na plecach, a także pierwszy raz poza granicami kraju (niby to kilkadziesiąt metrów, ale zawsze). Trochę się baliśmy, ale generalnie jesteśmy bardzo zadowoleni.

Niby nie wypoczęliśmy, bo prawie dziewięciomiesięczny PL jeszcze nie wie, że to urlop, że może warto pospać trochę dłużej, że nie trzeba narzekać tak bardzo, że to pora relaksu, że można się trochę odstresować i odseparować – jak to się mówi – od kłopotów codziennej rzeczywistości. Na te lekcje jeszcze przyjdzie pora. Na odpoczynek fizyczny jeszcze przyjdzie czas. Ale chyba jednak wypoczęliśmy. Nigdy wcześniej tyle czasu PL nie spędził na świeżym powietrzu. Tylu spacerów nie jesteśmy mu w stanie zaproponować w dzień powszedni. A tu dla niego wszystko nowe – miejsce, ludzie, hałas, smaki, zapachy, drzewa, liście, fontanny, samochody, góry, kamienie – absolutnie wszystko nowe, fascynujące, frapujące. Aż przyjemnie było patrzeć, jak to chłonął.

Obawialiśmy się wyprawy w góry. Niby to tylko 3-4 godziny, ale co będzie jak… A nie było nic. PL zaakceptował nosidełko jeszcze w trakcie eksperymentu. Świat widziany z góry jest po prostu bardziej atrakcyjny, a na plecach taty przemieszcza się przecież tak szybko. Na pierwszej wycieczce po pięciu minutach już spał i przespał mniej więcej połowę drogi. Druga połowa to spontaniczne okrzyki radości na wszystko. Ręce wystawiał sobie do liści, śmiał się do maszerującej obok matki, frapowali go przechodzący ludzie (często uroczo komentujący obecność niemowlęcia w nosidle na szlaku). A kiedy spał, wyglądał po prostu przesłodko – głowa przechylona na bok, kiwała się w rytm kroku. A dzięki fantastycznej organizacji MPL, w której torbie mieściło się właściwie wszystko, nie było mowy o głodzie (zupa z królikiem na trawie na przełęczy w towarzystwie kota), czy chłodzie. Bez tej organizacji byłoby z nami krucho. I bez chrupek kukurydzianych też. Potrafią zapewnić ciszę w najtrudniejszych momentach.

Obawialiśmy się zasypiania i rzeczywiście pierwszej nocy było źle. Rozwiązanie okazało się jednak banalnie proste. Okazało się, że w normalnym czasie, kiedy jest żłobek, praca i trzeba niejako rytm życia dostosować do tego, nie byliśmy w stanie odczytać właściwego rytmu dnia. Drugiego dnia postanowiliśmy po pierwsze przesunąć czas kąpieli o mniej więcej godzinę i przetrwać rozpoczynające się nieco wcześniej jęki, a od czasu wcześniejszej drzemki po prostu dziecko zmęczyć zabawą. Największym odkryciem okazała się jednak miska (w naszym domku był prysznic z płytkim brodzikiem, także nie za bardzo dało się tam kąpać). PL w misce zaczął po prostu szaleć. Wystarczył krab i trochę piany z mydła, żeby w ciągu 15 minut wychlapał połowę wody, zalewając matki spodnie i podłogę. Szczęście dziecka nie do opisania. Kolory na twarzy i co chwilę uśmiechnięte spojrzenie w stronę rodziców, czy jeszcze można. Zasypianie jest znacznie szybsze i łagodniejsze.

Obawialiśmy się, że z tego urlopu nie będziemy mieli nic dla siebie. O dziwo jednak PL dał nam spokojne zjeść w knajpce, przyglądając się z zaciekawieniem wszystkiemu, dał wybrać się na lody, chciał spacerować, chodzić w chuście, w nosidle, być na powietrzu, w ruchu, a także dobrze znosił podróże samochodowe. W samochodzie zapadała cisza.

Urlop we trójkę? Da się. Zresztą widać było wielu rodziców z wózkami, także rzeczywiście da się. Kiedy PL nabierze mobilności, będzie pewnie trochę trudniej, ale… damy radę. A kiedy zacznie wyjeżdżać na kolonie, to wysyłamy go na dwa turnusy z rzędu. Wtedy na urlopie się wyśpimy.

Wróciliśmy dzień wcześniej. PL poszedł do żłobka, a rodzice mogli wybrać się do kina :)