podmiot-liryczny

Czyli o (r)ewolucji w życiu pewnego małżeństwa

Wpisy z tagiem: kaczka

To było bardzo zabawne. Podczas kolacji Podmiot Liryczny miał przy sobie kaczkę i dokarmiał od czasu do czasu kanapkami z pastą serową. Oczywiście informował nas za każdym razem, że kaczka je razem z nim. Potem kazał jeszcze dostawić sobie ptaka ze świecącym okiem, którego też karmił. Ubaw po pachy.

Ostatnio ulubioną zabawą podczas kąpieli jest wychlapywanie wody. Służą do tego gumowe zwierzątka. PL zanuża je głęboko – w zasadzie dociska do dna – a potem szybkim ruchem wyrzuca je poza wannę przy okazji wylewając trochę wody. Czasami więcej, czasami mniej – ale uśmiech jest po pachy. Kiedy wyrzuci już wszystkie zwierzątka i zabawki, wtedy do chlapania może służyć ręka. Zapytany o to, kto tak chlapie wodą, odpowiada: „kaka” (kaczka). Spryciarz.

Spryciarz jutro wraca do żłobka. Ma glejt od lekarza. Miejmy nadzieję, że więcej się nie przypałęta chorób. Oby.

Wreszcie PL opanował jakże potrzebną umiejętność samodzielnego picia z butelki. Do tej pory pan hrabia domagał się pojenia przy pomocy rodzica-muła. Metoda działała, więc dlaczego miałby zadawać sobie tyle trudu i podnosić sam butelkę do góry. Oczywiście butelkę można trzymać samemu, ale wtedy najfajniej odwraca się ją do góry dnem po to, aby picie kapało sobie na podłogę. Ale pić samemu? Po co… No i ostatnio coś się zmieniło. Biega z butelką, oczywiście cały czas kapie, bo to fajne, ale potrafi już sam wypić, kiedy przychodzi potrzeba.

Wychodząc naprzeciw fascynacji syna znakami drogowymi Ojciec PL ściągnął na telefon specjalną aplikację. Sama aplikacja raczej służyć ma uczącym się znaków drogowych, ale Podmiot Liryczny świetnie się w tej konwencji odnalazł. Największe powodzenie mają znaki: B-2, B-20, wszelkiego rodzaju strzałki, zwłaszcza z grupy znaków nakazu, znak D-4a, D-6 oraz znany z książeczki o motorze znak D-18… I jeszcze kilka innych. Niedługo znać je będzie na wyrywki :).

Nie wiem, czy to do końca możliwe, ale wygląda na to, że Podmiot Liryczny zaczyna łapać kształt litery „o”. W książeczkach czasami poszukuje podobnego kształtu w warstwie tekstowej. Wszystko znakomicie, ale może najpierw niech on opanuje to, jak ma na imię, albo jakieś inne bardziej potrzebne w tym wieku rzeczy. Choć gdyby nauczył się już czytać, rozwiązałoby to sporo problemów.

Wymieniona wczoraj bateria sprawdza się doskonale. Dziś atak bólu głowy się nie powtórzył. Mogliśmy się kąpać. Ja, Podmiot Liryczny oraz całe stado gumowych kaczek.

Dzień 656. Bam!

1 komentarz

„Bam” to ostatnio bardzo często używane słowo. Na początku oznaczało ono jedynie przewracanie się na łóżku, teraz jednak jest już używane prawidłowo i oznacza upadek. W zasadzie chyba oznacza taki upadek, który nie jest straszliwie bolesny i nie wywołuje płaczu. Po prostu „bam” informuje rodziców, że nastąpiło potknięcie się, przewrócenie się, uderzenie w głowę itp. Ostatnio informacja taka dotyczy też osób trzecich. Matka PL opowiadała, że podczas spaceru w parku PL zobaczył przewracającą się dziewczynę na rolkach. – Bam – zauważył mądrze.

Rysowanie ruszyło. Bardzo długo kredki były tylko dziwnymi zabawkami. PL wiedział, że można coś nimi narysować, ale wolał je przerzucać po podłodze, nosić, wkładać w różne miejsca i je wyjmować, zjadać (to denerwowało rodziców, a wszystko, co denerwuje rodziców jest warte powtarzania)… Ale teraz on rzeczywiście wziął się za rysowanie. Nauczył się siadac na swoje krzesełko przy stoliku, na którym są kartki i kredki i rysuje. Na razie linie prawie-proste, które np. są myszką, albo rybą.

Podmiot Liryczny rozwija się śniadaniowo. Wymyślił mianowicie, że karmione podczas śniadania będą jedynie pluszowe zabawki, ale także piesek, którego ma na bluzce, oraz zwierzątka, które są w książeczce. Pięknie. Co ciekawe, już sam zaczyna karmić swoich pluszowych przyjaciół (i plastikowych, bo dziś kanapki z serem jadła z nim kaczka inwalidka).

Odsysanie nosa przebiega już bez najmniejszych zakłóceń. Wystarczy już powiedzieć: „Idziemy czyścić nos?”. PL wtedy idzie natychmiast do szuflady, gdzie jest woda w sprayu do nosa, potem natychmiast biegnie pokazać gdzie jest odkurzacz, włącza go i wędruje na fotel. Domaga się teraz także, żeby odsysaczem dać mu się pobawić – bo przecież dziurkę można palcem przytkać, albo uśmiać się kiedy tato podsysa lekko policzki. I nos daje bardzo chętnie. Uff. Kiedy przypominam sobie, jakie sceny się działy…

W telewizji była transmisja jakiegoś meczu. PL przypatrywał się, przypatrywał, i podszedł do telewizora, żeby palcem wodzić za piłką.

Deszczowy dzień utrudnia życie prawie-dwulatka. Nie można było jechać karmić kaczek i trzeba się kisić w domu. W dodatku rzucony o ziemię konik traci ogon, co doprowadza do płaczu (wcześniej konikowi odgryziono nos, co też doprowadziło do płaczu). Na szczęście matczyna kreatywność trochę pomaga. Wystarczy krzesełko do jedzenia przykryć kocem i już mamy domek-namiot, do którego Podmiot Liryczny może wejść (a w zasadzie przejść przez niego).

Pojawiają się nowe słowa zwierzęce. Gąska robi „gęgę”, a myszka „pipi”.

Matka PL została dziś dwukrotnie ugryziona przez swoje dziecię ukochane. W dodatku PL cały czas próbuje się wspinać na nią, deptać itd. Generalnie matka jest idealnym torem przeszkód. Tata jest torem przeszkód nieco mniej idealnym i rzadziej używanym. Co prawda można przechodzić przez nogi z jednej strony na drugą, ale problem z tatą polega na tym, że nie zawsze łapie, kiedy dziecko się potyka. Z matką to co innego.

Odkurzaliśmy. Ulubioną zabawą PL jest wyłączanie odkurzacza lub przyciskanie przycisku zwijania kabla. I tak walczyliśmy. Duże zainteresowanie wzbudziła sama rura ssąca, do której można np. próbować włożyć jeden palec, dwa palce, trzy palce… Fajnie jest. Ale zaraz potem odkurzacz należy wyłączyć… i jeszcze raz. I jeszcze raz.

Podczas wczorajszej kąpieli wymyśliłem głupawą zabawę. Wziąłem dwie gumowe kaczki (z chyba siedmiu, z którymi kąpie się Podmiot Liryczny) i uderzyłem PL w policzki, mówiąc „pac, pac”. Potem uderzyłem siebie w policzki, mówiąc „pac, „pac”. Potem Matkę PL. I zapytałem PL – i komu teraz robimy „pac, pac”. Więc ten: mama… Potem: mama… Potem: tata… Potem sam nachylił głowę. I tak bawiliśmy się z 5 minut. Dziś w wannie po umyciu się, kiedy był już czas zabawy, w pewnym momencie PL sam wziął dwie kaczki i uderzył się nimi w policzki. I zabawa zaczęła się od początku. Zapamiętał to spryciarz…

A prawdziwe kaczki karmiliśmy dziś chlebem nad rzeką. PL w uprzęży stał z metr od brzegu. Kaczek podpłynęło mnóstwo. Radość wielka. Wcześniej PL zaliczył klasyczny upadek na mokry asfalt, bo za szybko biegał, żeby szukać owych kaczek. No cóż. Bywa. W parku spacerowały sobie też dwie starsze panie. Zainteresowany PL patrzył się na nie. A one do niego: chodź chłopczyku. A ten za rękę. „Jaki odważny”… Oj, nie odważny. Trzeba się zająć takimi sytuacjami. Nie wiem, czy to dlatego, że generalnie PL jest przyjazny ludziom i nieszczególnie się boi, czy dlatego, że tato był trzy metry od niego. Nie chcemy go szczególnie ludźmi straszyć, ale wyjaśnienie tego, że obcy, to obcy będzie ważnym zadaniem.

Kilkadziesiąt schodów PL – z nad rzeki do miasta – PL przeszedł dziś całkowicie o własnych siłach. Bez żadnej asysty. Kilka potknięć, ale poza tym – sam.

PL nie poszedł dziś spać popołudniu. Tak po prostu. Nie chciał zasnąć. Za to spokojnie przetrwał dwa spacery. Matka PL kupiła też nową książeczkę: „Karetka Mietka”. Dołączyła do serii, do „Motoru Marka” i „Auta Artura”. Największe emocje wywołują nieustannie znaki drogowe i światła. Bardzo go zdziwiło tez, kiedy w „Karetce Mietka” pojawił się też Artur w swoim aucie.

Syn z ogromną chęcią chce wchodzić na matkę. I ściąga sobie jeden kapeć. Jeden. „Kape”.

Zupa krem z dyni z pomarańczami nie wzbudziła żadnego entuzjazmu. Tym razem PL nie chciał jeść rodzicom z talerzy, co zwykle czyni dość chętnie. A kanapki z pasztetem pozbawił samego pasztetu. Chleb nie był szczególnie atrakcyjny.

Nie słabnie miłość i fascynacja Podmiotu Lirycznego kaczkami. To chyba jego ulubione, może poza psami, zwierzaki. Matka PL raportuje, że do przeróżnych kaczkowych zajęć doszło jeszcze karmienie owych. Niedaleko domu płynie rzeka, jest park, a to oznacza jedno – obecność kaczek. Zatem należy zaopatrzyć się w chleb i można szaleć.

Bardzo wesoło było, kiedy PL dorwał się do pudełka pełnego chusteczek. W ciągu kilkudziesięciu sekund na przedpokoju znalazły się wszystkie chustki, a on sam zakopał się w wielkiej białej… wyspie. Jeszcze zabawniej było, kiedy potem próbował wkładać je znów do pudełka, ale to jeszcze przekraczało jego możliwości. Jednak chusteczki należało gdzieś umieścić przecież. Idealna do tego była nasza mała komódka, która ma trochę otworów pozwalających na łatwe otwieranie szuflad. W te otworu chusteczki mieściły się perfekcyjnie.

Na szczęście kaszel i kłopoty związane z gardłem powoli ustępują. Obyśmy wygrali to jesienne starcie.

(wczoraj) Podmiot Liryczny przytaszczył ze żłobka zdobyczne sześć klocków. Takich w domu jeszcze nie miał. I zamiast robić bam, przez kilkanaście minut siedzieliśmy na łóżku i bawiliśmy się klockami. Składanie w wieżę, rozwalanie, składanie, rozkładanie, składanie… Obserwowanie tego teoretycznie prostego procesu było po prostu fascynujące. Po pierwsze widać niesamowicie, jak sprawne i precyzyjne są już jego dłonie. Po drugie to był jeden z tych fajnych momentów, kiedy bardzo dokładnie widać koncentrację młodego rozumu. Oddech lekko przyspiesza, następuje całkowita cisza i pełne skupienie na wykonywanej, nowej i ciekawej czynności. I ten stan potrafi utrzymać się dość długo. A to tylko sześć plastikowych klocków.

PL nie za bardzo chciał jeść wczoraj obiad. Ale po powrocie ze spaceru dostrzegł bułkę. I kazał ją sobie podać. Z masłem oczywiście. Jedzenie bułki w jego wykonaniu to zwykle zlizywanie masła (przy okazji czego cała twarz jest w maśle, a potem jeszcze różne domowe obiekty) i zjedzenie części (zwykle wewnętrznej) bułki lub kromki. I jeszcze przychodził po dokładkę masła. Następnie odkrył, że Matka PL ugotowała ziemniaki (miały być na naszą kolację). Nie wiem nawet ile się w końcu tych ziemniaków ostało, ale domagał się ich nawet, kiedy już wieczorem robiliśmy nasze zwyczajowe „bam”. I jak tu przekonać młodego, że robienie „bam” z ustami pełnymi ziemniaków nie jest najlepszym pomysłem.

Rutyna jest ważna. Dla nas i dla PL, o czym zwykle nas uroczo informuje. Ostatnio np. przed kąpielą następuje jeszcze ważenie – pomiędzy zdjęciem pieluchy, a włożeniem do wanny. Wczoraj Podmiot Liryczny sam rzucił się do wagi, żeby ją wyciągnąć. Jeszcze zabawniej było już w wannie. Ponieważ odwiedził nas gość na chwilę, zapomniałem o myciu zębów. A pasta i szczoteczka leżą na pralce za wanną i czekają. Po chwili nieco zniecierpliwiony syn sam wstał w wannie i przypomniał o tym, że przecież zęby jeszcze nie są umyte. Matka PL była w szoku (jej syn nie za bardzo pozwala sobie umyć zębów w ogóle).

Cały czas PL nie może wyjść ze zdziwienia, że jedna z żółtych zabawek nie jest kaczką, tylko foką. Upewnia się co jakiś czas. U obojga rodziców.

Matka PL po pracy musiała zawieźć samochód do warsztatu. Od dawna mamy jakiś drobny wyciek ze skrzyni biegów i pan specjalista wreszcie znalazł dla nas czas. Zostałem zatem sam z Podmiotem Lirycznym. Dostałem też polecenie – jeżeli się da, należy oczyścić mu nos. Jeżeli się da, bo ostatnio wszelkie próby zbliżenia się do nosa najpierw ze sprayem z wodą, a potem z odkurzaczem i ssawką do oczyszczania nosa właśnie, spotykały się z reakcją tak gwałtowną, że sami byliśmy przerażeni. Dosłownie spazmy. Tragedia, koszmar i wszystko inne. Zawsze zajmowała się tym Matka PL.

Dziś jednak PL był w domu tylko ze mną. Oczywiście przed sprayem zaczął uciekać, ale grzecznie dał sobie wpryskac wodę do nosa, kiedy leżał już w swoim łóżku. Potem poprosiłem go, żeby pokazał mi, gdzie jest odkurzacz (wie, że jest w szafie). Pokazał. Pozwoliłem mu odkurzacz włączyć. Przyszedł usiąść mi na kolanach i bez JEDNEGO dźwięku, jęku, ani płaczu, dał sobie wyssać wszystkie syfy z nosa. Kiedy opowiadałem to małżonce przez telefon, podobno szczęka mocno jej opadła…

Wczoraj PL odkrył, że zamykane przez niego drzwi do naszej sypialni, gdzie ostatnio szaleje na łóżku (w naszym towarzystwie), dają się otwierać. Zatem teraz przez kilka minut bawimy się w „bam”, a następnie on gramoli sie na podłogę i drzwi zamyka i otwiera, zamyka i otwiera. Czasami jeszcze wybiega na przedpokój, zderza się z drzwiami wejściowymi, wbiega znów do pokoju i zabawa się powtarza. Szaleństwo.

Matka PL zawiesiła dziś w przejściu między przedpokojem a pokojem swoją cieniutką niebieską chustkę. Ale miał PL zabawę przebiegając przez nią w pełnym tempie…

Kiedy odbieraliśmy PL ze żłobka, okazało się, że zdjął skarpety jeszcze w sali. W szatni jest takie specjalne pudełko, do którego panie wkładają niekompletne bądź też kompletne skarpety, które ktoś zostawił. Matka PL zatem postanowiła jedną parę sobie pożyczyć. Kiedy PL wrócił do domu i biegał sobie po mieszkaniu, wypożyczone skarpety okazały się za bardzo poślizgowe. Zaliczył zatem dwie urocze gleby (mały płacz) zanim zamieniliśmy skarpety na jego antypoślizgowe kapcie.

W wannie dziś była szalona zabawa w odbijanie piłki od ściany i robienie „plum” do wody. Kiedy piłki zabrakło, jej miejsce zajęła kaczka-punk. I kaczka też odbijała się od ściany (słabiej), ale też robiła „plum”.

Z informacji Matki PL dotyczącej poranka: PL w humorze nienajlepszym. Wiadomo – poniedziałek. Z domu wychodziła ona, plecak, torba, PL, a także kaczka na patyku do pchania, bez której po prostu nie można było wyjść z domu. Nie, i już. Miejmy nadzieję, że kaczka nie zostanie zakładnikiem w żłobku, bo podobno trwają tam wojny podjazdowe dotyczące nowych (prywatnych) zabawek. Cóż, PL najwyraźniej chce się wyróżniać :).

Ja natomiast nieco wcześniej wsiadłem na rower, żeby pojechać do przychodni i stanąć po numerek do pediatry. Miałem sporo szczęścia. 12 minut przed uroczystym otwarciem zamków byłem w kolejce trzeci. Oznacza to, że społeczeństwo zdrowe, bo bywało gorzej. Kaszel mokry PL i wysypka są raczej związane z alergią.

To się jeszcze okaże, bo okazuje się, że w żłobku pojawiła się szkarlatyna. Część objawów chyba występuje.
Kurtyna (rymując).


  • RSS