podmiot-liryczny

Czyli o (r)ewolucji w życiu pewnego małżeństwa

Wpisy z tagiem: kąpiel

Rodzinne choroby trwają. Ja już kończę, Podmiot Liryczny niemal także, a tymczasem Matka PL ma zapalenie krtani. Nasz blat kuchenny wygląda teraz jak mała apteka. Wieczorem, kiedy małżonka pojechała do lekarza, przypadło mi w udziale zadanie wykąpania i ułożenia PL do snu. Dawno temu kąpaliśmy się razem w wannie, ale jak PL urósł, stopniowo kąpielą zaczęła zajmować się Matka PL (ja jestem od mycia zębów).

Matka PL zasugerowała nawet, żebyśmy zrobili dzień brudasa, ale do odważnych świat należy. Wszystko okazało się zbyt proste, bo po prostu otrzymałem szczegółowe instrukcje. Powiedziałem PL, że zwykle kąpie go mama, zatem ja nie wiem, co dokładnie muszę robić. I byłem prowadzony za rękę:

- odkręcić wodę, włożyć krokodyla, włożyć korek
- usiąść na pralce i zdjąć kapcie (fajnie się nimi rzuca)
- skarpetki można zdjąć zębami (trzeba mówić: „puść to!”
- wstać na pralce (ostrożnie) zdjąć spodnie (fajnie się nimi rzuca do kosza na pranie)
- tata ma pomóc zdjąć bluzki (fajnie się nimi rzuca do kosza na pranie)
- ważenie (może być dwa razy)
- wkładamy do wanny
- do piany służy ten szampon
itd.

Potem długie zabawy w wannie („Tato! Wyjdź! Zadzwonię do Ciebie” – Podmiot Liryczny dzwoni poprzez słuchawkę prysznicową, czasami nawet Matka PL podaje mu wówczas mój numer telefonu), odwlekanie mycia zębów elektryczną szczoteczką („Tato, chcę tą”). I już. Wczoraj zmienił się zestaw pokąpielowych książek, bo zamiast Elmera PL wyciągnął jakiś stary zestaw o przedszkolu, wsi oraz higienie. Zawsze to jakaś odmiana.

Podmiot Liryczny jest fanem karetek. Nie ma co ukrywać. Karetka jadąca na sygnale wywołuje emocje. Widziana na ulicy, czy też na ekranie (Matka PL puszcza czasami filmik, na którym 50 karetek jedzie na sygnale przez miasto). Wróciłem dziś do domu i już przed drzwiami usłyszałem sygnał. Potem drugi. I jeszcze inny. Małżonka kupiła synowi (poszła po rajstopy) karetkę. Ma przycisk, cztery sygnały, migające światełka, otwieraną klapkę z tyłu, a w dodatku ma mechanizm napędzający. Wieczór PL spędził w towarzystwie karetki. Kolację jadł z karetką, na mamę wchodził z karetką, pod krzesełkiem przechodził z karetką. Wojna zaczęła się dopiero przed kąpielą, bo mimo wszystko kontakt zasilanego baterią mechanizmu karetki z wodą nie wyszedłby tej pierwszej na dobre. W końcu udało się techniką odwrócenia uwagi (Matka PL przyniosła do wanny lejek do zabawy) usunąć karetkę z pola widzenia i z pamięci (krótkotrwałej). Kiedy piszę te słowa Podmiot Liryczny leży już w łóżku w swoim pokoju. Powinien zasypiać. Ale co jakiś czas dochodzą z owego dźwięki karetki.

Słowo „kape” jest już zrozumiałe i czytelne. To kapeć. Kiedy PL zdjął kapcie z nóg i biegał boso, matka krzyknęła: „kto zdjął skarpetki”. Syn popatrzył i poprawił: „kape”. Bo przecież zdjął kapcie.

Poza tym PL chodzi za swoją matką i mówi: „pipi”. To oznacza myszkę. Matka udaje, że sie przestrasza, mówi: „oj, co to za myszka, ja się boję takiej myszy”. I on wówczas swoje: „pipi”. Ciekawiej zacznie się dziać, kiedy Podmiot Liryczny rzeczywiście trafi na coś, czego boi się jego matka. Może tato niedługo podpowie.

Podczas wczorajszej kąpieli wymyśliłem głupawą zabawę. Wziąłem dwie gumowe kaczki (z chyba siedmiu, z którymi kąpie się Podmiot Liryczny) i uderzyłem PL w policzki, mówiąc „pac, pac”. Potem uderzyłem siebie w policzki, mówiąc „pac, „pac”. Potem Matkę PL. I zapytałem PL – i komu teraz robimy „pac, pac”. Więc ten: mama… Potem: mama… Potem: tata… Potem sam nachylił głowę. I tak bawiliśmy się z 5 minut. Dziś w wannie po umyciu się, kiedy był już czas zabawy, w pewnym momencie PL sam wziął dwie kaczki i uderzył się nimi w policzki. I zabawa zaczęła się od początku. Zapamiętał to spryciarz…

A prawdziwe kaczki karmiliśmy dziś chlebem nad rzeką. PL w uprzęży stał z metr od brzegu. Kaczek podpłynęło mnóstwo. Radość wielka. Wcześniej PL zaliczył klasyczny upadek na mokry asfalt, bo za szybko biegał, żeby szukać owych kaczek. No cóż. Bywa. W parku spacerowały sobie też dwie starsze panie. Zainteresowany PL patrzył się na nie. A one do niego: chodź chłopczyku. A ten za rękę. „Jaki odważny”… Oj, nie odważny. Trzeba się zająć takimi sytuacjami. Nie wiem, czy to dlatego, że generalnie PL jest przyjazny ludziom i nieszczególnie się boi, czy dlatego, że tato był trzy metry od niego. Nie chcemy go szczególnie ludźmi straszyć, ale wyjaśnienie tego, że obcy, to obcy będzie ważnym zadaniem.

Kilkadziesiąt schodów PL – z nad rzeki do miasta – PL przeszedł dziś całkowicie o własnych siłach. Bez żadnej asysty. Kilka potknięć, ale poza tym – sam.

PL nie poszedł dziś spać popołudniu. Tak po prostu. Nie chciał zasnąć. Za to spokojnie przetrwał dwa spacery. Matka PL kupiła też nową książeczkę: „Karetka Mietka”. Dołączyła do serii, do „Motoru Marka” i „Auta Artura”. Największe emocje wywołują nieustannie znaki drogowe i światła. Bardzo go zdziwiło tez, kiedy w „Karetce Mietka” pojawił się też Artur w swoim aucie.

Syn z ogromną chęcią chce wchodzić na matkę. I ściąga sobie jeden kapeć. Jeden. „Kape”.

Zupa krem z dyni z pomarańczami nie wzbudziła żadnego entuzjazmu. Tym razem PL nie chciał jeść rodzicom z talerzy, co zwykle czyni dość chętnie. A kanapki z pasztetem pozbawił samego pasztetu. Chleb nie był szczególnie atrakcyjny.

Wskazówka barometru drugiego potomstwa po dzisiejszym dniu Matce PL dość mocno przechyliła się chyba na stronę „nie”. Podmiot Liryczny dość mocno dał się jej we znaki. Nie współpracował, nie słuchał się, wymyślił sobie, że będzie wchodził na mamę nogami, albo że będzie sobie uderzał nogami na leżąco tak, żeby ją trochę pokopać, nie chciał wybrać się na popołudniową drzemkę, średnio chciał jeść itp., dość mocno protestując płaczem itp. Bo przecież on chce iść robić „bam” i wchodzić na mamę. W dodatki kuchenka jest dla nieco bardziej i bardziej pociągająca, a odseparowawnie bramką od kuchni jeszcze frustrację potęguje… W końcu poszedł spać, ale zamiast mniej więcej o 12-13, jaśnie PL usnął ok. 15.

Potem wyczytaliśmy w jednej mądrej książce, że w zasadzie w domu to on rozrabia z miłości, bo po prostu z najbliższymi czuje się bezpiecznie, ale też że tylko z rodzicami młodzieniec walczy o niezależność. Niemniej jednak wyprowadził matkę z równowagi do tego stopnia, że kiedy ta zaczęła przygotowywać bezglutenowy chleb, to zapomniała do maszyny do chleba włożyć mieszadło. I krzyk z kuchni: „zepsuło się, mieszadło nie miesza”. Walka niemal dwulatka rzeczywiście przybiera formy trudne, czasem – jak widać – wywołuje krótkotrwałą amnezję, ale chyba jeszcze jeszce do zniesienia. Pewnie będzie trudniej, ale musimy sobie dać z nim radę. Każdy dwulatek się przecież buntuje.

Hipopotam kręcący głową już bardzo niedługo skończy swoją karierę – niezwykle dynamiczną zresztą. Po prostu zabawka made in China nie przetrzymała w zasadzie pomysłowości PL. Jedno z kółek jest niezwykle bliskie odpadnięcia. Chyba wrócimy do kaczki podobnego typu, która nie kręci głową, tylko macha łapkami. Kółka ma chyba solidniejsze. A obie łapki ma przyczepione taśmą klejącą.

Schowanie obu konewek zaowocowało tym, że dziś nie wystąpił problem uporczywego podlewania kwiatków na sucho.

PL uspokoił się trochę po dość długiej popołudniowej drzemce. Bardzo zabawnie było, kiedy Matka PL gotowała kolację, a on – po jednej sztuce – przynosił mi śliwki do zjedzenia. Upewniał się, że załadowałem śliwkę do buzi, i biegł po następną. Było ich dokładnie trzynaście. Potem przyniósł mi jabłko, ale sam zjadł ponad połowę. Posmakowała mu też wieczorna propozycja z kuchni, czyli brokułowo-jajeczno-klopsikowe placuszki. Przed południem cielęcinowy gulasz nie spotkał się z tak przychylnym przyjęciem.

Mała wieża z klocków towarzyszyła dziś Podmiotowi Lirycznemu nawet w kąpieli. Tam też przecież można ją układać. I rozkładać. I układać… Na szczęście ryba plastikowa mogła trochę klocków porwać, a z kilku udało się też zrobić wieżę obserwacyjną dla statku piratów.

(wczoraj) Podmiot Liryczny przytaszczył ze żłobka zdobyczne sześć klocków. Takich w domu jeszcze nie miał. I zamiast robić bam, przez kilkanaście minut siedzieliśmy na łóżku i bawiliśmy się klockami. Składanie w wieżę, rozwalanie, składanie, rozkładanie, składanie… Obserwowanie tego teoretycznie prostego procesu było po prostu fascynujące. Po pierwsze widać niesamowicie, jak sprawne i precyzyjne są już jego dłonie. Po drugie to był jeden z tych fajnych momentów, kiedy bardzo dokładnie widać koncentrację młodego rozumu. Oddech lekko przyspiesza, następuje całkowita cisza i pełne skupienie na wykonywanej, nowej i ciekawej czynności. I ten stan potrafi utrzymać się dość długo. A to tylko sześć plastikowych klocków.

PL nie za bardzo chciał jeść wczoraj obiad. Ale po powrocie ze spaceru dostrzegł bułkę. I kazał ją sobie podać. Z masłem oczywiście. Jedzenie bułki w jego wykonaniu to zwykle zlizywanie masła (przy okazji czego cała twarz jest w maśle, a potem jeszcze różne domowe obiekty) i zjedzenie części (zwykle wewnętrznej) bułki lub kromki. I jeszcze przychodził po dokładkę masła. Następnie odkrył, że Matka PL ugotowała ziemniaki (miały być na naszą kolację). Nie wiem nawet ile się w końcu tych ziemniaków ostało, ale domagał się ich nawet, kiedy już wieczorem robiliśmy nasze zwyczajowe „bam”. I jak tu przekonać młodego, że robienie „bam” z ustami pełnymi ziemniaków nie jest najlepszym pomysłem.

Rutyna jest ważna. Dla nas i dla PL, o czym zwykle nas uroczo informuje. Ostatnio np. przed kąpielą następuje jeszcze ważenie – pomiędzy zdjęciem pieluchy, a włożeniem do wanny. Wczoraj Podmiot Liryczny sam rzucił się do wagi, żeby ją wyciągnąć. Jeszcze zabawniej było już w wannie. Ponieważ odwiedził nas gość na chwilę, zapomniałem o myciu zębów. A pasta i szczoteczka leżą na pralce za wanną i czekają. Po chwili nieco zniecierpliwiony syn sam wstał w wannie i przypomniał o tym, że przecież zęby jeszcze nie są umyte. Matka PL była w szoku (jej syn nie za bardzo pozwala sobie umyć zębów w ogóle).

Cały czas PL nie może wyjść ze zdziwienia, że jedna z żółtych zabawek nie jest kaczką, tylko foką. Upewnia się co jakiś czas. U obojga rodziców.

Matka PL po pracy musiała zawieźć samochód do warsztatu. Od dawna mamy jakiś drobny wyciek ze skrzyni biegów i pan specjalista wreszcie znalazł dla nas czas. Zostałem zatem sam z Podmiotem Lirycznym. Dostałem też polecenie – jeżeli się da, należy oczyścić mu nos. Jeżeli się da, bo ostatnio wszelkie próby zbliżenia się do nosa najpierw ze sprayem z wodą, a potem z odkurzaczem i ssawką do oczyszczania nosa właśnie, spotykały się z reakcją tak gwałtowną, że sami byliśmy przerażeni. Dosłownie spazmy. Tragedia, koszmar i wszystko inne. Zawsze zajmowała się tym Matka PL.

Dziś jednak PL był w domu tylko ze mną. Oczywiście przed sprayem zaczął uciekać, ale grzecznie dał sobie wpryskac wodę do nosa, kiedy leżał już w swoim łóżku. Potem poprosiłem go, żeby pokazał mi, gdzie jest odkurzacz (wie, że jest w szafie). Pokazał. Pozwoliłem mu odkurzacz włączyć. Przyszedł usiąść mi na kolanach i bez JEDNEGO dźwięku, jęku, ani płaczu, dał sobie wyssać wszystkie syfy z nosa. Kiedy opowiadałem to małżonce przez telefon, podobno szczęka mocno jej opadła…

Wczoraj PL odkrył, że zamykane przez niego drzwi do naszej sypialni, gdzie ostatnio szaleje na łóżku (w naszym towarzystwie), dają się otwierać. Zatem teraz przez kilka minut bawimy się w „bam”, a następnie on gramoli sie na podłogę i drzwi zamyka i otwiera, zamyka i otwiera. Czasami jeszcze wybiega na przedpokój, zderza się z drzwiami wejściowymi, wbiega znów do pokoju i zabawa się powtarza. Szaleństwo.

Matka PL zawiesiła dziś w przejściu między przedpokojem a pokojem swoją cieniutką niebieską chustkę. Ale miał PL zabawę przebiegając przez nią w pełnym tempie…

Kiedy odbieraliśmy PL ze żłobka, okazało się, że zdjął skarpety jeszcze w sali. W szatni jest takie specjalne pudełko, do którego panie wkładają niekompletne bądź też kompletne skarpety, które ktoś zostawił. Matka PL zatem postanowiła jedną parę sobie pożyczyć. Kiedy PL wrócił do domu i biegał sobie po mieszkaniu, wypożyczone skarpety okazały się za bardzo poślizgowe. Zaliczył zatem dwie urocze gleby (mały płacz) zanim zamieniliśmy skarpety na jego antypoślizgowe kapcie.

W wannie dziś była szalona zabawa w odbijanie piłki od ściany i robienie „plum” do wody. Kiedy piłki zabrakło, jej miejsce zajęła kaczka-punk. I kaczka też odbijała się od ściany (słabiej), ale też robiła „plum”.

Jedna scena powtarza się w zasadzie przed każdą kąpielą. Chronologicznie wygląda to mniej więcej tak:

-) Matka PL otwiera drzwi do łazienki, co natychmiast zwabia PL, który zaczyna buszować przy pralce, prysznicu, szafkach itp.

-) Matka PL wychodzi przygotować pokój PL, włączyć ogrzewanie itd. W końcu wychodzi do łazienki, przymykając za sobą drzwi.

-) Na to natychmiast reaguje PL, który wychodzi szybko z łazienki po to, aby otworzyć drzwi do swojego pokoju (chyba generalnie nie lubi zamkniętych drzwi), po czym wraca do łazienki na kąpiel.

Kurtyna.

To już nasza druga rodzinna Wigilia. I druga spędzona tylko we trójkę. Już nie pamiętam tak naprawdę, co działo się rok temu. Pewnie po prostu leżeliśmy z maleńkim Podmiotem Lirycznym nie przejmując się światem.

W tym roku już nieco inaczej, bo PL nie jest już tak maleńki i statyczny, jak rok temu. Miał zresztą dobry dzień – mimo choroby. Wszystko go cieszyło, bawiło i śmieszyło. W domu co chwilę rozlegał się jego rechot. Uciszająca mama, rzucający pluszowym psem tata, a także angażujące jego uwagę przedmioty domowe. Wszystko to go radowało. I to tak naprawdę wystarczy za całą świąteczną atmosferę.

Zrobiliśmy sobie też coś na wigilijny kształt, ale trochę bardziej po naszemu. Z ryb był łosoś, którego uwielbia Podmiot Liryczny, ale został on zjedzony nieco wcześniej. A potem na białym, niedoprasowanym obrusie znalazł się barszcz i uszka, śledzie, szparagowa fasolka, pieczarkowa sałatka oraz ziemniaki pieczone lekko opruszone mąką kukurydzianą. A na późniejszy deser lody z gorącymi malinami i pokruszonym biszkoptem. Jeżeli chodzi o ostatnią z potraw, to mam nadzieję, że stanie się to już naszą tradycją, bo pyszne jest to niezmiernie.

PL chyba czuje się lepiej. Syropy łyka, wszystkie psikadła do nosa przyjmuje dzielnie, problem ma tylko z kroplami do oczu, które chyba szczypią go trochę. W ramach urozmaicania sobie wieczornej kąpieli zaprzęgliśmy do pracy nasz odkurzaczowy aspirator, który generalnie budził dotąd respekt. A plastikowa rurka w wannie wyczyniac może rzeczy niezwykłe. Synowi najbardziej podobało się, kiedy tato zasysał powietrze, dzięki czemu można było przystawić do rurki język i on też się zasysał. Ot. święta :).

Trochę zaplątaliśmy się w numeracji przez te przerwy. Tak czy inaczej ta notka jest za wczoraj i tutaj liczba jest pewna – 366. Rok przestępny. Pierwszy rok z Podmiotem Lirycznym na powietrzu minął. I minął nam niezwykle szybko. Tak czy inaczej – sto lat!

W żłobku urodzinowa impreza z babką piaskową. W domu urodzinowa impreza z tortem dla rodziców i chrupkami dla PL, bo on glutenów nie jada. Balony, świeczka i te sprawy. Był też prezent – kilka zabawek kąpielowych i kolejna wieża z klocków, którą Podmiot Liryczny po ułożeniu przez jednego z rodziców natychmiast równa z ziemią. Na razie przyjemnością jest taka szybka destrukcja, a nie budowanie.

Ponieważ od kilku dni jestem chory, zastąpiliśmy kąpiel z tatą, na samotną kąpiel w brodziku prysznicowym. I chyba tak już zostanie. PL chlapie z radości niemiłosiernie. I może tak bardzo długo. Małżonka była wczoraj cała mokra. Ale jakże przyjemnie patrzy się na radość młodego człowieka w jednej ręce trzymającego pomarańczowego kraba, w drugiej fioletową kaczkę, chlapiącego równocześnie nogami (nowa umiejętność) i narzekającego, kiedy już go się skrajnie zmęczonego z wody wyciąga.

Tak sobie rozmawialiśmy wczoraj, wspominając to, co działo się przed rokiem, szpital, cesarkę, leżenie i wszystko co z tym się wiązało. Niezwykły moment i niesamowity czas. Przy okazji gdzieś tam wspominaliśmy, że może drugie, może kiedyś. PL chyba nas podsłuchał, bo w nocy dał takie przedstawienie, że szkoda gadać. Po godzinie jęczenia, płakania, nudzenia po prostu przestał i zaczął swoje wesołe gaworzenie. A potem budził się co chwilę doprowadzając Matkę PL do ciężkiej,  a Ojca PL do nieco lżejszej półprzytomności porannej. Sprawa brata/siostry odłożona ad acta.

Matka PL mieszała dziś z wózkami. Tak się złożyło, że wózków mamy chyba cztery. Jeden na spacery, drugi do usypiania w domu, a dwa już leżały sobie na strychu. Ale coś dziś podkusiło MPL, żeby kupić jakieś paski i przystosować jeden wózek przeszły w wózek teraźniejszy. W związku z tym trwała dziś migracja wózków na linii bagażnik –> strych –> dom –> strych itp. W końcu okazało się, że paski są za krótkie, czy coś takiego i zostajemy przy wersji wyjściowej. Moim zdaniem to dobrze, bo trójkołowy wózek spacerowy najwygodniej się prowadził. A wydaje mi się, że Podmiot Liryczny na razie nie ma preferencji jeżeli chodzi o pojazdy. Wystarczy mu posiadanie szofera, który pcha i zapewnia atrakcje w czasie jazdy i od czasu do czasu poda coś do picia.

Sam Podmiot Liryczny dał nam trochę popalić sobotnią porą. Ostatnio ciężko jest wieczorem, kiedy on chce się już iść kąpać, a my wiemy, że to jeszcze za wcześnie. Wówczas budzi się w nim pan maruda-który-nie-wie-czego-chce-ale-czegoś-chce. Jakoś go okiełznujemy, ale wieczory nie są tak miłe, jak poranki. Za to kąpiel to czas szaleństwa i radości. W zasadzie każdego wieczoru mamy umytą podłogę w łaziece, bo chlapie sobie (prawą ręką głównie) od momentu wejścia do wanny, do momentu wyjścia. Pływające kolorowe kaczki odrywają go od chlapania tylko na moment. A najfajniej chlapie się, kiedy przy okazji można ochlapać rodziców.

Spaghetti mamy nie przypadło mu dziś do gustu. Za to nowe spodnie spacerowe (które wreszcie zakryją kawałek łydek) chyba bardziej.


  • RSS