podmiot-liryczny

Czyli o (r)ewolucji w życiu pewnego małżeństwa

Wpisy z tagiem: kawa

Odwiedziły nas dziś koleżanki z pracy Matki PL. No, w sumie także i moje. Ponieważ każda okazja jest dobra, żeby zjeść szarlotkę i wypić kawę w towarzystwie, przyjęliśmy je wszystkie z ramionami otwartymi. Podmiot Liryczny kulturalnie spędził część popołudnia w chuście, także oczywiście zgrywał grzeczniaka. Na szczęście na koniec nieco się powydzierał, także nie udało mu się utrwalić wśród opinii publicznej, że jest wyłącznie dzieckiem grzecznym. Jako, że w zasadzie wszystkie koleżanki są mamami, a większość jest mamami młodymi, popołudnie upłynęło na opowieściach o jasno określonym temacie. Ale było fajnie.

Najfajniejsza była z tego wszystkiego jednoroczna córa jednej z koleżanek, która wpadła na chwilę krótką. Oczy ogromne, a wszystko dla niej zupełnie nowe. Ludzie może trochę znani, ale przestrzeń cała do przebadania. Po 10 minutach oswajania się, ruszyła w teren. Wszystkich zaczepiała, Podmiot Liryczny też spotkał się ze sporym zainteresowanie. Chciała mu nawet zdjąć skarpetkę :). Duże wrażenie zrobiłem też na niej ja, gdyż jestem szczęśliwym posiadaczem dziwnej brody. Doszło nawet do tego, że jednoroczna zostawiła matkę, chwyciła mnie za rękę i pozwoliła oprowadzić się po zakamarkach mieszkania… Czyli tak to mniej więcej u nas wyglądać będzie za 8 miesięcy +- oczywiście.

Dostaliśmy też prezenty. To znaczy nie my, Rodzice PL, ale sam Podmiot Liryczny otrzymał podarki. Mata puzzle nie zrobiła na nim wrażenia większego. Za to zabawka, którą nazwać roboczo można „krowo-kwiatem”, poraziła go nieprawdopodobnie. Zawiesiliśmy to to cudo na szufladzie w kuchni i Podmiot Liryczny spędził jakieś 25 minut wpatrując się weń. Wszelkie inne formy istnienia istnieć przestały.


Popołudnie całkiem przyjemne. Jest szarlotka, jest zabawa.

Eksperyment behawioralny – dzień #2. Obiekt nadal nie pojawił się na horyzoncie.

Niedzielny poranek to mój ulubione czas zakupowy, o czym już chyba kiedyś pisałem. Pusto, spokojnie można wykonać zalecenia małżonki, a także pokusić się o ulubione zakupy impulsowe. Dziś postanowiłem zważyć, ile ja tych zakupów do domu przyniosłem. Wyszły 24 kilogramy. A lista wcale nie była jakoś szalenie długa. Lodówka się ucieszyła. PL chyba też, bo on bardzo lubi, kiedy lodówka się otwiera i zamyka.

Wyekspediowałem dziś Matkę PL do kina. Po dość ciężkiej nocy się jej zdecydowanie należała pora relaksu bez dziecka i bez męża. Chodziło też o udowodnienie jej, że naprawdę może od czasu do czasu nas zostawić. Zatem ona na „Sponsoring”, a ja z Podmiotem Lirycznym na spacer. Pierwszy raz samodzielnie. Pogoda niezła (choć pomiędzy okresami słońca pojawiał się wiatr z opadem śniegu), więc syn w wózek i jedziemy. Według Endomondo przeszliśmy 8,21 km w czasie 2 godzin i 7 minut (byłoby szybciej, ale kwadrans spędziłem na rozmowie z ciotką). Spalone 624 kalorie (pewnie więcej, bo Endomondo nie ma funkcji spaceru z wózkiem). Liczba wypitych kaw po drodze: 1. Liczba spojrzeń i uśmiechów mijających mnie pań: kilka.

I żeby jeszcze o liczbach to dodam, że nasza konewka ma 1,7 l pojemności.

Dzień 64/2

3 komentarzy

Zauważyłem, że dla niektórych osób stałem się interesującym partnerem do rozmów. O dzieciach. Mówię o osobach, które do tej pory raczej średnio ze mną rozmawiały, bo i po co. A teraz zatrzymują, zaczepiają, pytają o to czy śpi i czy daje spać, czy smoka dajemy, czy nie dajemy, czy może opiekunka, jak żona wróci do pracy, czy też może plany jakieś inne, czy marudny, czy spokojny. Tysiące pytań, na które staram się cierpliwie udzielać odpowiedzi. Co antropologicznie istotne, pytania nie dotyczą mojej osoby w żadnym stopniu. Co istotne również pytającymi okazyjnie są niemal w całkowitej większości kobiety.

Żeby nie było, że jak tylko piosenki dedykuję. Małżonka dostała w prezencie walentynkowym paczkę chrupków kukurydzianych. Niestety, nie było tych metrowych paczek ogromnych, w których można się niemal schować, jak do worka, tylko zwykłe małe. Cóż. Bywa. Ja za to dostałem (już wczoraj zresztą) dwie smakowe kawy: ciasteczkowa (dobra) i malinowa (niestety dobra inaczej).

Od marudzenia do uspokojenia. I tak w koło Macieju. Cały dzień. Temperatura na zewnątrz dziś trochę wyższa i Podmiot Liryczny mógł wyjść na chwilę na spacer. Ja dzięki temu otrzymałem w prezencie ciastka do kawy. Wcześniej małżonka dostała w prezencie fioletowy tulipany, które upolowałem w moim tradycyjnym niedzielnym ataku na różności w sklepach dyskontowych.

Bawimy się. Odrobinę. Pomaga w tym kolorowa piłka z dzwoneczkiem, którą MPL przywlokła wczoraj z zakupów jako efekt uboczny. PL zauważa ją, obserwuje z zainteresowaniem i wodzi za nią wzrokiem, przy okazji czyniąc nieśmiałe próby wykonania uśmiechu. Przyjemnie patrzy się, jak go to na swój sposób emocjonuje – oddech lekko przyspiesza, oczy się szerzej otwierają, czyni jakieś dziwne miny, a jak tato turlającą się piłką przejedzie po głowie, to już w ogóle – szaleństwo… Do czasu oczywiście, bo wszystko co dobre szybko się nudzi. Zaczyna się marszczenie, przechodzące w płacz, przechodzący w mocny płacz… Wykorzystujemy te zabawę, bo lekko niepokoi nas jego przyzwyczajenie do jednej strony ułożenia głowy. Musimy po prostu dbać o większą różnorodność pozycji – raz karmić z tej, raz z drugiej, raz kłaść z jednej, raz z drugiej strony łóżka.

Z serii wczesno-rodzinnych dialogów:
- Czas na kawę – mówi OPL.
- Czas ściągnąć mleko – mówi MPL.

Dzień 54

4 komentarzy

Podmiot Liryczny uporządkował trochę nasze życie, nadał czasową strukturę i wprowadził (co paradoksalne) więcej spokoju. Wiadomo mniej więcej co następuje po sobie. Godzina po godzinie, dzień po dniu. Jest zależny od nas, a my także jesteśmy (z przyjemnością) zależni od niego. Sobotnie poranki są niezwykle przyjemne gdyż: a) śpię nieco dłużej, b) jest czas na śniadanie inne niż płatki lub parówki, c) jest czas na kawę w domu, a nie w pracy, z której małżonka niezmiennie pobiera dwa łyki jako haracz, d) idę na spożywcze zakupy poszaleć.

Chodzić po sklepach nie znoszę, z jednym wyjątkiem – właśnie zakupów spożywczych. Z jednej strony mam starannie przygotowaną listę potrzeb, z drugiej strony zamieniam się w impulsowego szaleńca, który reaguje, kiedy jakiś głupi pomysł wpadnie mu do głowy. Jakiś czas temu był sernik z pudełka, a dziś np. syrop Irish Cream do kawy. Są też porcje jogurtów i deserów, czyli moich małych poobiednich przyjemności. Była też bajaderka. Na szczęście do sklepu mam blisko, bo temperatura poranna u nas to -19.

Jestem szczęśliwym posiadaczem zrobionego na drutach przez teściową kolorowego, szalenie długiego szalika. Jest piękny, ciepły i posiada status quasi-relikwii. Zauważam ostatnio, że dziwnie patrzą się na mnie małe dziewczynki – takie w wieku 6-8 :). Ciekawe dlaczego?

Dzień 47

2 komentarzy

Poranna sytuacja typowa dla soboty i niedzieli, kiedy robię sobię rano kawę. MPL, która kawy nie pije, gdyż karmi, blokuje wyjście z kuchni i pobiera haracz dwóch łyków za wypuszczenie mnie z kuchni. I jeszcze twierdzi, że to najprzyjemniejsza chwila dnia.

Podmiot Liryczny po raz kolejny budził się w nocy raz. Na trochę dłużej, ale potem pozwolił nam pospać do siódmej. I powolutku zaczyna się naśladownictwo min.


  • RSS