podmiot-liryczny

Czyli o (r)ewolucji w życiu pewnego małżeństwa

Wpisy z tagiem: książka

W ramach kreatywnej zabawy PL rozstawił sobie na kanapie wszystkie swoje książki o Elmerze (łącznie sztuk 9) i zaczął po nich chodzić. Spotkało się to oczywiście z reakcją rodzicielską, ponieważ a) może pogiąć swoje ulubione książki b) o upadek z kanapy zbyt łatwo. Kompromisowym wyjściem z sytuacji było poukładanie wszystkich książeczek (mają twarde okładki) na podłodze. Zatem od dziś w przedpokoju funkcjonuje Elmerada (zbitka słów Elmer + autostrada). Zadowolony PL informuje w drodze z salonu do kuchni: – Idę po Elmerach. Albo: – Chodź, tato. Przejdziemy po Elmerach.

Wieczorem niektóre elementy Elmerady zostały rozebrane, bo trzeba było przeczytać kilka opowieści przed snem.

Podczas wczorajszej kąpieli wymyśliłem głupawą zabawę. Wziąłem dwie gumowe kaczki (z chyba siedmiu, z którymi kąpie się Podmiot Liryczny) i uderzyłem PL w policzki, mówiąc „pac, pac”. Potem uderzyłem siebie w policzki, mówiąc „pac, „pac”. Potem Matkę PL. I zapytałem PL – i komu teraz robimy „pac, pac”. Więc ten: mama… Potem: mama… Potem: tata… Potem sam nachylił głowę. I tak bawiliśmy się z 5 minut. Dziś w wannie po umyciu się, kiedy był już czas zabawy, w pewnym momencie PL sam wziął dwie kaczki i uderzył się nimi w policzki. I zabawa zaczęła się od początku. Zapamiętał to spryciarz…

A prawdziwe kaczki karmiliśmy dziś chlebem nad rzeką. PL w uprzęży stał z metr od brzegu. Kaczek podpłynęło mnóstwo. Radość wielka. Wcześniej PL zaliczył klasyczny upadek na mokry asfalt, bo za szybko biegał, żeby szukać owych kaczek. No cóż. Bywa. W parku spacerowały sobie też dwie starsze panie. Zainteresowany PL patrzył się na nie. A one do niego: chodź chłopczyku. A ten za rękę. „Jaki odważny”… Oj, nie odważny. Trzeba się zająć takimi sytuacjami. Nie wiem, czy to dlatego, że generalnie PL jest przyjazny ludziom i nieszczególnie się boi, czy dlatego, że tato był trzy metry od niego. Nie chcemy go szczególnie ludźmi straszyć, ale wyjaśnienie tego, że obcy, to obcy będzie ważnym zadaniem.

Kilkadziesiąt schodów PL – z nad rzeki do miasta – PL przeszedł dziś całkowicie o własnych siłach. Bez żadnej asysty. Kilka potknięć, ale poza tym – sam.

PL nie poszedł dziś spać popołudniu. Tak po prostu. Nie chciał zasnąć. Za to spokojnie przetrwał dwa spacery. Matka PL kupiła też nową książeczkę: „Karetka Mietka”. Dołączyła do serii, do „Motoru Marka” i „Auta Artura”. Największe emocje wywołują nieustannie znaki drogowe i światła. Bardzo go zdziwiło tez, kiedy w „Karetce Mietka” pojawił się też Artur w swoim aucie.

Syn z ogromną chęcią chce wchodzić na matkę. I ściąga sobie jeden kapeć. Jeden. „Kape”.

Zupa krem z dyni z pomarańczami nie wzbudziła żadnego entuzjazmu. Tym razem PL nie chciał jeść rodzicom z talerzy, co zwykle czyni dość chętnie. A kanapki z pasztetem pozbawił samego pasztetu. Chleb nie był szczególnie atrakcyjny.

To już dziewięć miesięcy naszego wspólnego tworzenia najmniejszej komórki społecznej. PL właśnie turla się po kudłatym dywanie, starając się dotrzeć do ciekawych zakamarków – do schowka pod kominkiem, gdzie np. można znaleźć pogrzebacz, do regałów, gdzie aż kuszą grzbiety książek, zwłaszcza te lekko odstające, czy też do półki z elektroniką, bo przecież można poprzyciskać te wszystkie fajne rzeczy. Wczoraj zostawiłem na podłodze pilota, który dziś padł łupem jakże szczęśliwego chłopca. Na razie słowa „nie wolno” nie robią żadnego wrażenia.

W pracy mam na ścianie takie zdjęcie bardzo małego PL, który leży na łóżku. Nie umiał wtedy wiele. Kiedy teraz obserwuje się go przy zabawie, to jest zupełnie inny człowiek. Turla się z boku na bok (to jego sposób poruszania się na podłodze, o raczkowaniu narazie nie myśli w ogóle), ręce fruwają w jedną i w drugą stronę łapiąc wszystko, co znajdzie się w zasięgu. Jeszcze niedawno duża kaczka w wannie wywoływała frustrację, bo była za duża, a teraz jest zabawką ulubioną do kąpieli, bo ma jeszcze taki fajny kapelusz, który można włożyć do buzi. Kojarzy już, co to znaczy „zrobić puk, puk”, i różne inne dziwy. I do tego są jeszcze dwa pierwsze zęby, które też zaczynają się przydawać. Np. marchewka jest ciekawa dlatego, że można ją włożyć do buzi i troszkę sobie z wierzchu zetrzeć. A przy okazji jakiś ciekawy dźwięk się pojawia.

MPL w ramach socjalizowania syna postanowiła, że będziemy się starać jeść razem obiady. To znaczy rodzice jedzą z talerzy, a PL kombinuje co zrobić z tym, co leży przed nim na tacce do krzesełka. Dziś były ziemniaki, troszkę buraka i cielęciny. Mniej więcej połowa trafiła na ziemię, część została wtarta w ubranie, ale część rzeczywiście dotarła do miejsca przeznaczenia. Ale największa radość PL to tłuczenie ręką w to jedzenie, przyklepywanie go, rozgniatanie w rękach i takie tam. Dzika przyjemność.

I o metkach jeszcze chciałem napisać. Metka to najciekawsza i przy okazji najsmaczniejsza rzecz. PL potrafi ją dostrzec wszędzie, przy zabawkach, ubraniach, itd. I natychmiast każda ląduje w buzi. Niektóre wyglądają już, jakby przeszły jakieś straszliwe doświadczenia – wymięte, poskręcane, trochę pourywane… Metka – to jest to.

Zimno dziś i pada, więc MPL ubrała syna do żłobka w gustowne zielone rajstopy w paski jakieś jeszcze. Okazało się, że będą dziś robić jakieś zdjęcia. Ciekawe, czy Podmiot Liryczny kiedyś nam wybaczy :)

Wyjeżdżający ojciec powrócił w domowe progi. Miło. 5 godzin w pociągu minęło szybko – muzyka dobra, książka jeszcze lepsza. Wałówka od teściowej dowieziona. W ramach ostatków rozdałem dziś sporo rogalików z powidłami, a to co zostało, natychmiast małżonka przejęła. Mnie zostawiła ostatni. Ale jak wiadomo – kto zjada ostatki, ten jest piękny i gładki. Są jeszcze klopsy i gołąbki. Cieszy mnie to, że Matka PL przeszła przez ten krótki moment mojej nieobecności w zasadzie suchą nogą. Ostatnio był płacz w słuchawce, a kiedy zadzwoniłem dziś rano, żeby sprawdzić co słychać, usłyszałem „w porządku” i to głosem spokojnym i radosnym. Optymistycznie.

Z Wielkiego Miasta przywiozłem prezenty. Pierwszy to plastikowa szara smoczyca, która została partnerką innego plastikowego, dwugłowego błękitnego smoka. Happymeal rządzi. Ja mogę zjeść quasi-zdrowe śniadanie: jogurt, jabłko pomarańczowy sok (i dla równowagi cheesburger), a przy okazji zdobyć kolejny kiczowaty drobiazg… Moja kolekcja się powiększa. Drugi prezent jest ogólnorodzinny. Książka „Zabawy umysłowe dla niemowląt”, czyli 125 sposobów na rozwój umysłowy dziecka autorstwa Jackie Silberg. Mamy zatem co robić przynajmniej przez kolejne 10 miesięcy. Wygląda to bardzo prosto i sensownie, a w dodatku każda „zabawa” ma znacznie dla jakiegoś rozwojowego elementu, co jest skrzętnie odnotowane. Mam nadzieję, że będzie to dobra inspiracja dla naszej wyobraźni rodzicielskiej. A małżonce kupiłem spinki do włosów. Po ostatniej wyprawie do fryzjera narzekała, że to nie wyszło najlepiej, i że teraz będzie musiała spinać włosy. Przesadza, bo wygląda dobrze, ale w takim razie małżonek musi zadbać, żeby włosy mogła spinać z fantazją. Mnie najbardziej podoba się pan (lub pani) w goglach.

Wraz z Podmiotem Lirycznym przesłuchiwaliśmy dziś nową płytę Bireli Lagréne & Sylvain Luc „Best moments”. Pierwsze cztery utwory bardzo mu się podobały. Potem zaczął trochę marudzić, ale to raczej od zmęczenia, a nie świetnego brzmienia gitar. Tak myślę sobie, że można połączyć przyjemne z przyjemnym i bawić się z dzieckiem przesłuchując sobie nowości muzyczne, które i tak przecież przesłuchać chcę.


  • RSS