podmiot-liryczny

Czyli o (r)ewolucji w życiu pewnego małżeństwa

Wpisy z tagiem: lekarz

Jedną z rzeczy, z którą nie mamy problemów, jest podawanie Podmiotowi Lirycznemu leków – syropów, kropel, kropelek i innych. Nie jest to chyba rzecz typowa. Otwiera dziób, jakby to były największe smakołyki. Wręcz domaga się więcej. Nietypowy przypadek.

Matka PL zabrała dziś syna do lekarza. Ostatnio kaszlał dość mocno z rana. Była pełna obaw i już wróżyła powrót ze zwolenieniem. Na szczęście okazało się, że wszystkie części układu oddechowego są jak najbardziej czyste. Jakiś syrop trzeba będzie pić (patrz wyżej), ale poza tym na razie wszystko jest w całkowitym porządku. Nieco częściej trzeba będzie korzystać z odkurzacza i odsysania nosa, ale to jakoś przeżyjemy.

Nie znam się na centylach, siatkach, miarkach itp. ale Matka PL, że jeżeli chodzi o wzrost, to Podmiot Liryczny jest w centylu 97, a nawet jeśli odejmiemy kapcie, to w okolicach 90. się mieści.

Nowa zasada: nie czytamy książeczek bez kapci. Ściąganie kapci to jedno z ulubionych zajęć. Zwłaszcza jednego :) Drugi zostaje na nodze. Do tego szelmowska mina i uśmiech. Wiadomo przecież, że to coś, czego starsi państwo (czyli my) nie pochwalają…

Zobaczyć Podmiot Liryczny, który ogląda na ekranie komputera paradę 50 karetek na sygnale: bezcenne.

Matka PL uznała, że do jutra czekać nie będzie. Zatem akcja L jak doktor. W ambulatorium kolejka taka, że szkoda gadać, a tam złapać jeszcze można gorszego wirusa czy inne paskudztwo. Na szczęście w połowie dnia lekarz-który-zawsze-dojeżdża-nawet-jak-jest-na-kacu, odebrał telefon. Po godzinie się zjawił, zbadał (o dziwo niezwykle grzecznego PL), wypisał receptę i jesteśmy uratowani. Chyba nawet zwleczemy się do rodzin w środę.

A ja, z racji tego, że musiałem wystawić nos na mróz, bo trzeba było pójść do apteki, zafundowałem sobie jeszcze hot-doga na jednej ze stacji benzynowych. Święta w końcu (idą)!

Wszystko nam się powoli klaruje. Wczoraj udało się małżonce wbić z Podmiotem Lirycznym do chirurga, który wszystko zbadał i zlecił USG szyi, które nie wykazało niczego nieprawidłowego z mięśniami. Zostaje nam jeszcze jutrzejsza wizyta u neurologa, także napięcie mięśniowe zapewne zostanie oficjalnie zapisane na papierze. Mam nadzieję, że dzięki temu dostaniemy też lekarskie skierowanie na rehabilitacje, która zresztą już trwa i przynosi efekty, ale papierek da szansę na prowadzenie jej bezpłatnie. Dawno nie mieliśmy tyle do czynienia ze służbą zdrowia. Do tej pory było to jednak doświadczenie incydentalne. Wolny termin na badanie neurologiczne był na… listopad, ale udało się uprosić panią, że to taki 3-miesięczny malec, że trzeba szybko, itd. I to nawet nie my upraszaliśmy, ale lekarz. Dobrze, że mieszkamy trzy kroki od szpitala.

Podmiot Liryczny ma podręcznikowe objawy problemów glutenowych, także Matka Podmiotu Lirycznego przechodzi na nieco bardziej rygorystyczą dietę. Żeby nie kusić losu dieta będzie też pozbawiona mleka, także zapowiada się ciekawe kulinarne życie. Najważniejsze jest to, że może jeść ziemniaki. Pozbawienie jej tego składnika byłoby zdecydowanie straszniejsze. Ale w imieniu jej się pochwalę, po 102 dniach od porodu jej waga wynosi „-1 kg” od stanu przed porodem. A ponieważ szczęśliwa mama = szczęśliwe dziecko = szczęśliwy tato, ogólny poziom szczęścia na świecie wzrasta. Tak czy inaczej, jeżeli znacie jakieś ciekawe przepisy ze świata kuchni ograniczonej, to ślijcie :)

Mimo wszystko jakoś jesteśmy spokojniejsi. Podmiot Liryczny nagradza rodziców rozsyłanymi uśmiechami, większym spokojem, cierpliwością (w miarę) podczas ćwiczeń. Dzięki ostatniemu maratonowi lekarskiemu nieznane staje się oswojone, bo wiemy już, że można sobie z tym wszystkim poradzić, a słowo rehabilitacja nie brzmi już jakoś złowrogo i przerażająco. Teściowa radzi znakomicie i młodzi rodzice jakoś sobie z tym wszystkim radzą i czują się coraz mocniejsi.

Ciężko będzie w krótkich słowach podsumować trzy ostatnie dni. Działo się dużo i to zarówno w świecie Podmiotu Lirycznego, który uległ znacznemu poszerzeniu, ale też w świecie rodziców. Zatem słów kilka o podróży Podmiotu Lirycznego do Wielkiego Miasta.

Syn chyba zniósł wszystko nieco lepiej niż Matka PL i ja. Podróż w stronę pierwszą przebiegła niemal bezstresowo, bo wyjechaliśmy bladym świtem. PL zdziwił się, kiedy o 4 rano matka zaczęła przygotowywać go do wyjścia… Chwilę się podziwił i poszedł spać. Zrobił tylko jeden pit-stop na karmienie, przewijanie, odpoczynek, a poza tym spokój całkowity. Chyba ta częsta jazda samochodem w okresie prenatalnym zrobiła swoje. Jazda w stronę drugą była trochę trudniejsza, bo bladym świtem się nie dało. Ruch duży, trochę zatorów, temperatura wyższa… Zatem Ojciec PL musiał spędzić trochę czasu z tyłu, zamieniając rękę w wieszak na zabawki. Trudniej trochę było, ale przetrwaliśmy. W pewnym momencie PL zauważył chyba, że za oknem coś jednak się dzieje, przesuwa, miga, że tam świat cały mu ucieka, i na mniej więcej pół godziny po prostu zamilkł i zatopił wzrok gdzieś w oddali… W pewnym momencie podniósł lewą rękę i wsadził ją sobie do buzi, wywołując szczerą radość rodziców obojga.

Radość szczera, bo z lewą stroną PL radzi sobie trochę gorzej, co jest efektem napięcia mięśniowego. Pobyt w Wielkim Mieście był okazją do wizyty u zaprzyjaźnionej pani pediatry. Pewnie więcej na ten temat napisze Matka PL. Ja tylko mogę powiedzieć, że przez chwilę poważnie się zastanawiałem nad zrobieniem naszej pani pediatrze z ośrodka jakieś konkretnej krzywdy. Po prostu – niebo a ziemia. Widać fach w rękach i pasję w sercu. Nie była to łatwa wizyta – przede wszystkim dla Matki PL, która potrzebowała chwili, żeby przetrawić to wszystko – i jakąś ogromną złość na lekarza w ośrodku, który chyba ślepy jest, i wszystko to, co mówiła pani doktor. Czeka nas jeszcze jedno badanie specjalistyczne, które raczej ma wykluczyć, a nie potwierdzić problem. Dobrze, że Matka PL zauważyła problem z napięciem wcześnie, rehabilitacja powinna wszystko wyprostować i postawić w stan równowagi. Ważne jest to, że ćwiczenia naprawdę przynoszą efekty, czego dowodem lewa ręka, która jeszcze tydzień temu byłą mało aktywna, z zaciśniętą pięścią… A dziś – lewa dłoń okazała się chyba równie smaczna, co prawa.

Podmiot Liryczny musiał też sprostać zadaniu bardziej przyjemnemu, choć męczącemu. Zniesieniu wszystkich cioć, wujków, kuzynów, całej rodziny, która na niego napadła, zabawiała, chciała nosić, przytulać, mówić, śpiewać. Najlepiej wszystko jednocześnie. Musiał też znieść psa. Cieszę się, że ludzie nie wywołują u niego strachu, że wszystko zniósł w miarę bezproblemowo rozkochując w sobie kolejne osoby. Choć oczywiście był to straszliwie męczący dzień dla niego, co można było odczuć. Tyle bodźców, emocji, nowości, twarzy, dźwięków. Ciekawie też obserwuje się proces uaktywniania się modułu opiekuńczego w kobietach od lat kilku do kilkudziesięciu. Jak głęboko musi to być zapisane. Tak czy inaczej rodzina pełna szczęścia.

A rodzice? Mieliśmy czas, żeby na moment wyskoczyć razem bez dziecka, pójść na kawę, deser, herbatę, poszwendać się trochę, pogadać, zrobić drobne zakupy. Niby nic, ale ważne takie.

Chciałem jeszcze oficjalne podziękować niniejszym pani kierowniczce zmiany w radomskim McDonalds. Wiem tylko, że na imię miała Agnieszka. W McDonaldach są przewijaki w przeciwieństwie do wielu stacji benzynowych, co nie jest bez znaczenia przy długiej podróży. Można się ściskać w samochodzie, ale… Kiedy pani podchodziła do naszego stolika, to pomyślałem przez moment, że nas będzie chciała wyrzucić, bo Podmiot Liryczny trochę kwilił zasypiając po karmieniu. A tu… bardzo przeprasza za hałas, który był przez chwile, bo nas nie zauważyła, czy może chcemy, żeby nam spakować rzeczy na wynos, czy jakoś można pomóc jeszcze, że jeszcze raz przeprasza że było głośno. Pomogła nam jeszcze, wyrzuciła za mnie śmieci i w ogóle… Strasznie miło. Zatem dziękuję pani Agnieszko.


  • RSS