podmiot-liryczny

Czyli o (r)ewolucji w życiu pewnego małżeństwa

Wpisy z tagiem: liczby

Wybraliśmy się wczoraj na dłuższą wycieczkę do bardzo starego miasta. Podczas powrotnej podróży samochodem PL zaczął już przysypiać. Ale kiedy zatrzymaliśmy się na tankowanie samochodu, PL zatankował wodę z miodem ze swojego nowego termosu i siły wróciły. Skupił się na obserwowaniu nawigacji i liczby minut, które pozostały do celu. W związku z tym pytał:
- Ile jeszcze zostało?
- 38 – odpowiedzieliśmy jednocześnie z Matką PL.

Bardzo mu się ta jednoczesność spodobała i przez następny kwadrans kazał nam powtarzać jednocześnie różne liczby. Zaczęło się standardowo, ale ponieważ niedawno wałkowaliśmy ogromne liczebniki, w końcu zaczęły się takie polecenia, jak 100 miliardów, 80 bilionów, czy też bilion bilion. Każda nasza odpowiedź spotykała się z salwą śmiechu dochodzącą z tylnego siedzenia.

Gdzieś o 3 w nocy PL obudził się i poprosił Matkę PL, żeby poszła z nim spać do salonu na kanapę. Poszła. Gdzieś ok. 7 rano obudził mnie głos PL: – Mamo… Maaaaamo. Mamo! Maaaaaaaaamo, wstawaj! Trwało tak z przerwami przez jakiś czas (Matka PL nie jest rannym ptaszkiem). W końcu powiedział: – Mamo. Wstawaj. Jest już 7:40! (z wielkim wyrzutem). Ot weekend. Jutro Matka PL chyba bez skrupułów będzie budzić PL do przedszkola. Tak czuję.

Podmiot Liryczny bardzo lubi asystować przy robieniu soków – podawać owoce i warzywa przed obraniem, podawać kawałki różnych owoców i warzyw do wyciskania, ale: 1) soków spróbować nie chce pod żadnym pozorem (- Ja lubię soki malinowy i miodkowy – mówi) 2) nie dotyka pomarańczy, cytryny, grejpfruta i wszelkiego innego wilgotnego dziadostwa, bo może sobie ręce pobrudzić. Buraka, czy marchewkę – bez żadnego problemu.

Niedzielny poranek to mój ulubione czas zakupowy, o czym już chyba kiedyś pisałem. Pusto, spokojnie można wykonać zalecenia małżonki, a także pokusić się o ulubione zakupy impulsowe. Dziś postanowiłem zważyć, ile ja tych zakupów do domu przyniosłem. Wyszły 24 kilogramy. A lista wcale nie była jakoś szalenie długa. Lodówka się ucieszyła. PL chyba też, bo on bardzo lubi, kiedy lodówka się otwiera i zamyka.

Wyekspediowałem dziś Matkę PL do kina. Po dość ciężkiej nocy się jej zdecydowanie należała pora relaksu bez dziecka i bez męża. Chodziło też o udowodnienie jej, że naprawdę może od czasu do czasu nas zostawić. Zatem ona na „Sponsoring”, a ja z Podmiotem Lirycznym na spacer. Pierwszy raz samodzielnie. Pogoda niezła (choć pomiędzy okresami słońca pojawiał się wiatr z opadem śniegu), więc syn w wózek i jedziemy. Według Endomondo przeszliśmy 8,21 km w czasie 2 godzin i 7 minut (byłoby szybciej, ale kwadrans spędziłem na rozmowie z ciotką). Spalone 624 kalorie (pewnie więcej, bo Endomondo nie ma funkcji spaceru z wózkiem). Liczba wypitych kaw po drodze: 1. Liczba spojrzeń i uśmiechów mijających mnie pań: kilka.

I żeby jeszcze o liczbach to dodam, że nasza konewka ma 1,7 l pojemności.


  • RSS