podmiot-liryczny

Czyli o (r)ewolucji w życiu pewnego małżeństwa

Wpisy z tagiem: lody

Dorośli tracą fenomenalną zdolność cieszenia się rzeczami zwyczajnymi. I dlatego obcowanie z czterolatkiem może być bardzo pouczające. Sobota. Dwie atrakcje – basen oraz lody w kawiarni. Podmiot Liryczny był przeszczęśliwy. Cieszył się już, wiedząc, że wychodzimy. Na basenie po prostu emanowała z niego radość. Taka prosta, niekontrolowana radość. Nawet kiedy dokonał dość ryzykownego manewru na zjeżdżalni, radość zniknęła tylko na chwilkę. Podrzucanie, wyścigi, piłka, wychodzenie po schodach, skakanie w wodzie na jednej nodze, zjeżdżanie po słoniu, siadanie na desce… Tyle radości.

A potem pojechaliśmy do kawiarni na lody. PL wybrał sobie z karty deser – nic wielkiego, kulka (gałka) lodów, bita śmietana, jakaś posypka, trochę czekoladowej mazi. A wszystko na talerzyku w kształcie samochodu. – Ale będzie! – powtarzał co chwilę podekscytowany.

Uczmy się tej codziennej radości od naszych dzieci!

Podmiot Liryczny zaczyna co raz odważniej posługiwać się swoją wyobraźnią. Wczoraj zaprosił mnie do swojego pokoju, żebyśmy razem robili sok. Pokazał mi swoją nieistniejącą maszynę do soków, wkładaliśmy do niej cząstki pomarańczy i ananasa (odrywając je z plastikowych zabawek), a potem wypiliśmy zrobiony nieistniejący sok z nieistniejących kubków. Co ciekawe, PL z miłą chęcią wypił zrobiony przez siebie nieistniejący sok ananasowo-pomarańczowy, natomiast realnego za żadne skarby wypić nie chce.

To już nasza druga rodzinna Wigilia. I druga spędzona tylko we trójkę. Już nie pamiętam tak naprawdę, co działo się rok temu. Pewnie po prostu leżeliśmy z maleńkim Podmiotem Lirycznym nie przejmując się światem.

W tym roku już nieco inaczej, bo PL nie jest już tak maleńki i statyczny, jak rok temu. Miał zresztą dobry dzień – mimo choroby. Wszystko go cieszyło, bawiło i śmieszyło. W domu co chwilę rozlegał się jego rechot. Uciszająca mama, rzucający pluszowym psem tata, a także angażujące jego uwagę przedmioty domowe. Wszystko to go radowało. I to tak naprawdę wystarczy za całą świąteczną atmosferę.

Zrobiliśmy sobie też coś na wigilijny kształt, ale trochę bardziej po naszemu. Z ryb był łosoś, którego uwielbia Podmiot Liryczny, ale został on zjedzony nieco wcześniej. A potem na białym, niedoprasowanym obrusie znalazł się barszcz i uszka, śledzie, szparagowa fasolka, pieczarkowa sałatka oraz ziemniaki pieczone lekko opruszone mąką kukurydzianą. A na późniejszy deser lody z gorącymi malinami i pokruszonym biszkoptem. Jeżeli chodzi o ostatnią z potraw, to mam nadzieję, że stanie się to już naszą tradycją, bo pyszne jest to niezmiernie.

PL chyba czuje się lepiej. Syropy łyka, wszystkie psikadła do nosa przyjmuje dzielnie, problem ma tylko z kroplami do oczu, które chyba szczypią go trochę. W ramach urozmaicania sobie wieczornej kąpieli zaprzęgliśmy do pracy nasz odkurzaczowy aspirator, który generalnie budził dotąd respekt. A plastikowa rurka w wannie wyczyniac może rzeczy niezwykłe. Synowi najbardziej podobało się, kiedy tato zasysał powietrze, dzięki czemu można było przystawić do rurki język i on też się zasysał. Ot. święta :).

Urlop, urlop i już po… Jechaliśmy w góry z pewnymi obawami. Pierwszy raz we trójkę. Dla Podmiotu Lirycznego było strasznie wiele pierwszych razów: pierwszy raz wyciągiem w górę, pierwszy raz na szlaku i w dużym lesie, pierwszy raz w nosidełku na plecach, a także pierwszy raz poza granicami kraju (niby to kilkadziesiąt metrów, ale zawsze). Trochę się baliśmy, ale generalnie jesteśmy bardzo zadowoleni.

Niby nie wypoczęliśmy, bo prawie dziewięciomiesięczny PL jeszcze nie wie, że to urlop, że może warto pospać trochę dłużej, że nie trzeba narzekać tak bardzo, że to pora relaksu, że można się trochę odstresować i odseparować – jak to się mówi – od kłopotów codziennej rzeczywistości. Na te lekcje jeszcze przyjdzie pora. Na odpoczynek fizyczny jeszcze przyjdzie czas. Ale chyba jednak wypoczęliśmy. Nigdy wcześniej tyle czasu PL nie spędził na świeżym powietrzu. Tylu spacerów nie jesteśmy mu w stanie zaproponować w dzień powszedni. A tu dla niego wszystko nowe – miejsce, ludzie, hałas, smaki, zapachy, drzewa, liście, fontanny, samochody, góry, kamienie – absolutnie wszystko nowe, fascynujące, frapujące. Aż przyjemnie było patrzeć, jak to chłonął.

Obawialiśmy się wyprawy w góry. Niby to tylko 3-4 godziny, ale co będzie jak… A nie było nic. PL zaakceptował nosidełko jeszcze w trakcie eksperymentu. Świat widziany z góry jest po prostu bardziej atrakcyjny, a na plecach taty przemieszcza się przecież tak szybko. Na pierwszej wycieczce po pięciu minutach już spał i przespał mniej więcej połowę drogi. Druga połowa to spontaniczne okrzyki radości na wszystko. Ręce wystawiał sobie do liści, śmiał się do maszerującej obok matki, frapowali go przechodzący ludzie (często uroczo komentujący obecność niemowlęcia w nosidle na szlaku). A kiedy spał, wyglądał po prostu przesłodko – głowa przechylona na bok, kiwała się w rytm kroku. A dzięki fantastycznej organizacji MPL, w której torbie mieściło się właściwie wszystko, nie było mowy o głodzie (zupa z królikiem na trawie na przełęczy w towarzystwie kota), czy chłodzie. Bez tej organizacji byłoby z nami krucho. I bez chrupek kukurydzianych też. Potrafią zapewnić ciszę w najtrudniejszych momentach.

Obawialiśmy się zasypiania i rzeczywiście pierwszej nocy było źle. Rozwiązanie okazało się jednak banalnie proste. Okazało się, że w normalnym czasie, kiedy jest żłobek, praca i trzeba niejako rytm życia dostosować do tego, nie byliśmy w stanie odczytać właściwego rytmu dnia. Drugiego dnia postanowiliśmy po pierwsze przesunąć czas kąpieli o mniej więcej godzinę i przetrwać rozpoczynające się nieco wcześniej jęki, a od czasu wcześniejszej drzemki po prostu dziecko zmęczyć zabawą. Największym odkryciem okazała się jednak miska (w naszym domku był prysznic z płytkim brodzikiem, także nie za bardzo dało się tam kąpać). PL w misce zaczął po prostu szaleć. Wystarczył krab i trochę piany z mydła, żeby w ciągu 15 minut wychlapał połowę wody, zalewając matki spodnie i podłogę. Szczęście dziecka nie do opisania. Kolory na twarzy i co chwilę uśmiechnięte spojrzenie w stronę rodziców, czy jeszcze można. Zasypianie jest znacznie szybsze i łagodniejsze.

Obawialiśmy się, że z tego urlopu nie będziemy mieli nic dla siebie. O dziwo jednak PL dał nam spokojne zjeść w knajpce, przyglądając się z zaciekawieniem wszystkiemu, dał wybrać się na lody, chciał spacerować, chodzić w chuście, w nosidle, być na powietrzu, w ruchu, a także dobrze znosił podróże samochodowe. W samochodzie zapadała cisza.

Urlop we trójkę? Da się. Zresztą widać było wielu rodziców z wózkami, także rzeczywiście da się. Kiedy PL nabierze mobilności, będzie pewnie trochę trudniej, ale… damy radę. A kiedy zacznie wyjeżdżać na kolonie, to wysyłamy go na dwa turnusy z rzędu. Wtedy na urlopie się wyśpimy.

Wróciliśmy dzień wcześniej. PL poszedł do żłobka, a rodzice mogli wybrać się do kina :)


  • RSS