podmiot-liryczny

Czyli o (r)ewolucji w życiu pewnego małżeństwa

Wpisy z tagiem: mysz

Choroby ciąg dalszy. W nocy Podmiot Liryczny mocno kasłał. Matka PL była na tyle zaniepokojona, że trzeba było zdjąć dla niej karimatę, aby mogła nasłuchiwać z bliska co się dzieje. W dzień jednak PL nie zdradzał aż tak poważnych objawów. Wręcz przeciwnie – nosiło go straszliwie. Zapewne również dlatego, że siedział cały dzień w domu. Na szczęście przeprosił się trochę z syropami i nieco chętniej daje sobie aplikować leki. Poza tym przylepiony jest do mamy, co kilka chwil usilnie prosi, aby podnieść go do okna, bo musi tam szukac kota, trzeba mu rysowac myszy, nieustannie ściąga kapcie, biega, włazi na rodziców, fascynuje sie snookerem, skacze po sofie, nieustannie próbuje uruchamiać kran, zagląda do śmietnika w kuchni. Ot, choroba.

Jedną z domowych czynności, na którą Podmiot Liryczny reaguje natychmiast, jest otwieranie zmywarki do naczyń. Jest przy niej kilka sekund po, gotowy do pomocy. Wyjmuje sztućce, kubki, talerze, garnki, zaczyna orientować się, gdzie trzeba je włożyć i stara się zgadywać właścicieli niektórych naczyń. Pomocne dziecko. Trochę gorzej jest, kiedy sam próbuje wejść do zmywarki, ale niedługo będzie już tak duży, że nie będzie się tam mógł zmieścić i problem sam się rozwiąże :).

Zrobiłem dziś kolejną porcję soku jabłkowo-marchwiowego. Tym razem jednak pozostałości wykorzystałem do zrobienia prostych ciasteczek. O dziwo – Podmiot Liryczny chętnie je wcinał, choć sok nadal nie budzi jego zainteresowania. W ciasteczkach zasmakowała też Matka PL. Tutaj przepis: 
http://www.gotowanie-w-mniejszym-miescie.pl/2012/05/recyklingowe-ciastka-ciastka-z-resztek.html

PL zasypiając, kładzie sobie pluszowego psa na głowę. A potem budzi się i robi awanturę, bo mu niewygodnie. Błędne koło.

Trochę Podmiot Liryczny choruje. To na szczęście lekka infekcja, ale oznaczało to trzy dni w domu. Z Matką PL, bo ja – jak co tydzień – na dwa dni do drugiej pracy. Na szczęście rodzicielka jakoś przeżyła ten czas bliskości non-stop. Na szczęście na razie nie trzeba było aplikować jakiegoś mocniejszego antybiotyku. Jest tylko jakaś maść do oczu, która powinna infekcję w okolicach zatok zdusić. Jest lepiej, ale tylko trochę. I jakoś chęć spożywania leków nieco się zmniejszyła i zaaplikowanie syropu niestety nie jest już tak proste jak kiedyś.

Ja już w domu. Dziś wyszliśmy na chwilę na pieszy spacer. PL przeszedł całkiem sporo, całkiem chętnie i całkiem posłusznie. Spotykam się – podobnie zresztą jak Matka PL – z werbalnymi wyrazami uznania dla dziecka na szelkach. – Jakie to fajne – mówi jedna babcia. – Nie ucieknie! – mówi druga. I tak sobie chodzimy. Dziś atrakcją największą było przechodzenie przez jezdnię na światłach. Światło czerwone – stoimy i czekamy z tatą trzymanym za rękę. Światło zielone – szybko biegniemy na drugą stronę. I tak ze dwa okrążenia skrzyżowania – dla zabawy i dla utrwalenia.

Odkurzanie z PL nie należy do najłatwiejszych, bo wykorzystuje on każdy moment nieuwagi, aby podejść do odkurzacza i go wyłączyć. Odkurzanie przypomina zatem bycie zwierzyną łowną, która musi być cały czas czujna, cały czas mieć ogląd na okolicę i uważać, z której strony przyjdzie zagrożenie. Ale znalazłem na to bardzo prosty sposób. Oprócz zwykłego odkurzacza mamy też taki na wodę, którego przygotowanie trwa znacznie dłużej, ale którego PL (jeszcze) nie potrafi wyłączyć. Kręcił się blisko, przesuwał odkurzacz, potykał się o rurę, ale nic nie wyłączył. Za to dziś był niezwykle pomocny przy wieszaniu prania. Zwykle bywa tak, że PL wyrzuca wszystko z miski na podłogę i uznaje, że jego rola w procesie jest zakończona. Dziś podawał mi rzeczy do ręki, przy okazji starając się zidentyfikowac właściciela danej części garderoby. Z tatą i mamą idzie mu nieźle, natomiast nie jest jeszcze świadomy swojej indywidualności.

Ściągnąłem dziś ze strychu sokowirówkę. PL z niezwykłym zainteresowaniem przyglądał się, jak marchewki i jabłka zamieniają się na sok i paćkę. Siedział na kolanach mamy jak zahipnotyzowany. Jednak z ofery spróbowania soku z owoców nie skorzystał.

Rysowanie, rysowanie, rysowanie. PL domaga się przede wszystkim myszek i kotów (od czasu do czasu zresztą musimy podnosić go do okna, żeby mógł zobaczyć, czy gdzieś nie kręci się kot – a przeważnie się nie kręci). Ale znaki drogowe w wykonaniu rodziców też zrobiły spore wrażenie.

Podmiot Liryczny jest fanem karetek. Nie ma co ukrywać. Karetka jadąca na sygnale wywołuje emocje. Widziana na ulicy, czy też na ekranie (Matka PL puszcza czasami filmik, na którym 50 karetek jedzie na sygnale przez miasto). Wróciłem dziś do domu i już przed drzwiami usłyszałem sygnał. Potem drugi. I jeszcze inny. Małżonka kupiła synowi (poszła po rajstopy) karetkę. Ma przycisk, cztery sygnały, migające światełka, otwieraną klapkę z tyłu, a w dodatku ma mechanizm napędzający. Wieczór PL spędził w towarzystwie karetki. Kolację jadł z karetką, na mamę wchodził z karetką, pod krzesełkiem przechodził z karetką. Wojna zaczęła się dopiero przed kąpielą, bo mimo wszystko kontakt zasilanego baterią mechanizmu karetki z wodą nie wyszedłby tej pierwszej na dobre. W końcu udało się techniką odwrócenia uwagi (Matka PL przyniosła do wanny lejek do zabawy) usunąć karetkę z pola widzenia i z pamięci (krótkotrwałej). Kiedy piszę te słowa Podmiot Liryczny leży już w łóżku w swoim pokoju. Powinien zasypiać. Ale co jakiś czas dochodzą z owego dźwięki karetki.

Słowo „kape” jest już zrozumiałe i czytelne. To kapeć. Kiedy PL zdjął kapcie z nóg i biegał boso, matka krzyknęła: „kto zdjął skarpetki”. Syn popatrzył i poprawił: „kape”. Bo przecież zdjął kapcie.

Poza tym PL chodzi za swoją matką i mówi: „pipi”. To oznacza myszkę. Matka udaje, że sie przestrasza, mówi: „oj, co to za myszka, ja się boję takiej myszy”. I on wówczas swoje: „pipi”. Ciekawiej zacznie się dziać, kiedy Podmiot Liryczny rzeczywiście trafi na coś, czego boi się jego matka. Może tato niedługo podpowie.


  • RSS