Podróżujemy. Samochodem. Na razie na dystanse niewielkie i na krótko. Wydaje się, że Podmiot Liryczny odziedziczył uwielbienie do czterośladów po mamie. Wszak jeszcze na dzień przed porodem Matka PL pojechała zatankować do pełna, bo przecież z nowym rokiem będą podwyżki. Jeszcze w erze brzucha pokonywał dystanse spore na fotelu kierowcy, a teraz jeszcze pije matczyne mleko – a wiadomo, z mlekiem matki… Ja dzięki temu mogę się poczuć jak minister ważny jakiś, albo inny wiajpi, bo małżonka dla bezpieczeństwa i własnego spokoju usadza mnie czasami na tylnej kanapie, żebym pilnował co się dzieje z Podmiotem Lirycznym, kiedy ona nań spojrzeć nie może. Chyba trzeba wymyślić jakiś bonusowy system lusterek, żeby mogła obserwować nieustannie.

W ramach kompletowania na szybko kuchennego wyposażenia (oraz w ramach budowania opozycji do niezdrowej przecież mikrofalówki) młode małżeństwo dorobiło się dziś parowara (właśnie… jaki staż sprawia, że jest się już małżeństwem starym? albo starym dobrym?). Od dawna mi po głowie chodził ów parowar, a przyjście na świat Podmiotu Lirycznego i związane z tym mniej lub bardziej uzasadnione potrzeby zdrowego żywienia dały nam odpowiedni pretekst. Ja dokupiłem do tego wreszcie nowe spodnie (zakup planowany od dawna) oraz czapę zimową z futrem, uszami w kratę szkocką (zakup jak najbardziej impulsowy).

W toalecie centrum zasłyszałem dialog następujący pomiędzy tatą a jego synem (młodym jeszcze):
- Tu nie sikamy, bo to za wysoko – powiedział tato.
- Ale tato, ja dosięgnę! – zawołał powodowany wewnętrznym głosem ambicji syn.
- Nie dosiegniesz… – powiedział lekko zrezygnowany tato, rzucił na mnie okiem i zaciągnął syna do kabiny.
Kurtyna