podmiot-liryczny

Czyli o (r)ewolucji w życiu pewnego małżeństwa

Wpisy z tagiem: piłka

Dzień 656. Bam!

1 komentarz

„Bam” to ostatnio bardzo często używane słowo. Na początku oznaczało ono jedynie przewracanie się na łóżku, teraz jednak jest już używane prawidłowo i oznacza upadek. W zasadzie chyba oznacza taki upadek, który nie jest straszliwie bolesny i nie wywołuje płaczu. Po prostu „bam” informuje rodziców, że nastąpiło potknięcie się, przewrócenie się, uderzenie w głowę itp. Ostatnio informacja taka dotyczy też osób trzecich. Matka PL opowiadała, że podczas spaceru w parku PL zobaczył przewracającą się dziewczynę na rolkach. – Bam – zauważył mądrze.

Rysowanie ruszyło. Bardzo długo kredki były tylko dziwnymi zabawkami. PL wiedział, że można coś nimi narysować, ale wolał je przerzucać po podłodze, nosić, wkładać w różne miejsca i je wyjmować, zjadać (to denerwowało rodziców, a wszystko, co denerwuje rodziców jest warte powtarzania)… Ale teraz on rzeczywiście wziął się za rysowanie. Nauczył się siadac na swoje krzesełko przy stoliku, na którym są kartki i kredki i rysuje. Na razie linie prawie-proste, które np. są myszką, albo rybą.

Podmiot Liryczny rozwija się śniadaniowo. Wymyślił mianowicie, że karmione podczas śniadania będą jedynie pluszowe zabawki, ale także piesek, którego ma na bluzce, oraz zwierzątka, które są w książeczce. Pięknie. Co ciekawe, już sam zaczyna karmić swoich pluszowych przyjaciół (i plastikowych, bo dziś kanapki z serem jadła z nim kaczka inwalidka).

Odsysanie nosa przebiega już bez najmniejszych zakłóceń. Wystarczy już powiedzieć: „Idziemy czyścić nos?”. PL wtedy idzie natychmiast do szuflady, gdzie jest woda w sprayu do nosa, potem natychmiast biegnie pokazać gdzie jest odkurzacz, włącza go i wędruje na fotel. Domaga się teraz także, żeby odsysaczem dać mu się pobawić – bo przecież dziurkę można palcem przytkać, albo uśmiać się kiedy tato podsysa lekko policzki. I nos daje bardzo chętnie. Uff. Kiedy przypominam sobie, jakie sceny się działy…

W telewizji była transmisja jakiegoś meczu. PL przypatrywał się, przypatrywał, i podszedł do telewizora, żeby palcem wodzić za piłką.

Matka PL po pracy musiała zawieźć samochód do warsztatu. Od dawna mamy jakiś drobny wyciek ze skrzyni biegów i pan specjalista wreszcie znalazł dla nas czas. Zostałem zatem sam z Podmiotem Lirycznym. Dostałem też polecenie – jeżeli się da, należy oczyścić mu nos. Jeżeli się da, bo ostatnio wszelkie próby zbliżenia się do nosa najpierw ze sprayem z wodą, a potem z odkurzaczem i ssawką do oczyszczania nosa właśnie, spotykały się z reakcją tak gwałtowną, że sami byliśmy przerażeni. Dosłownie spazmy. Tragedia, koszmar i wszystko inne. Zawsze zajmowała się tym Matka PL.

Dziś jednak PL był w domu tylko ze mną. Oczywiście przed sprayem zaczął uciekać, ale grzecznie dał sobie wpryskac wodę do nosa, kiedy leżał już w swoim łóżku. Potem poprosiłem go, żeby pokazał mi, gdzie jest odkurzacz (wie, że jest w szafie). Pokazał. Pozwoliłem mu odkurzacz włączyć. Przyszedł usiąść mi na kolanach i bez JEDNEGO dźwięku, jęku, ani płaczu, dał sobie wyssać wszystkie syfy z nosa. Kiedy opowiadałem to małżonce przez telefon, podobno szczęka mocno jej opadła…

Wczoraj PL odkrył, że zamykane przez niego drzwi do naszej sypialni, gdzie ostatnio szaleje na łóżku (w naszym towarzystwie), dają się otwierać. Zatem teraz przez kilka minut bawimy się w „bam”, a następnie on gramoli sie na podłogę i drzwi zamyka i otwiera, zamyka i otwiera. Czasami jeszcze wybiega na przedpokój, zderza się z drzwiami wejściowymi, wbiega znów do pokoju i zabawa się powtarza. Szaleństwo.

Matka PL zawiesiła dziś w przejściu między przedpokojem a pokojem swoją cieniutką niebieską chustkę. Ale miał PL zabawę przebiegając przez nią w pełnym tempie…

Kiedy odbieraliśmy PL ze żłobka, okazało się, że zdjął skarpety jeszcze w sali. W szatni jest takie specjalne pudełko, do którego panie wkładają niekompletne bądź też kompletne skarpety, które ktoś zostawił. Matka PL zatem postanowiła jedną parę sobie pożyczyć. Kiedy PL wrócił do domu i biegał sobie po mieszkaniu, wypożyczone skarpety okazały się za bardzo poślizgowe. Zaliczył zatem dwie urocze gleby (mały płacz) zanim zamieniliśmy skarpety na jego antypoślizgowe kapcie.

W wannie dziś była szalona zabawa w odbijanie piłki od ściany i robienie „plum” do wody. Kiedy piłki zabrakło, jej miejsce zajęła kaczka-punk. I kaczka też odbijała się od ściany (słabiej), ale też robiła „plum”.

Od marudzenia do uspokojenia. I tak w koło Macieju. Cały dzień. Temperatura na zewnątrz dziś trochę wyższa i Podmiot Liryczny mógł wyjść na chwilę na spacer. Ja dzięki temu otrzymałem w prezencie ciastka do kawy. Wcześniej małżonka dostała w prezencie fioletowy tulipany, które upolowałem w moim tradycyjnym niedzielnym ataku na różności w sklepach dyskontowych.

Bawimy się. Odrobinę. Pomaga w tym kolorowa piłka z dzwoneczkiem, którą MPL przywlokła wczoraj z zakupów jako efekt uboczny. PL zauważa ją, obserwuje z zainteresowaniem i wodzi za nią wzrokiem, przy okazji czyniąc nieśmiałe próby wykonania uśmiechu. Przyjemnie patrzy się, jak go to na swój sposób emocjonuje – oddech lekko przyspiesza, oczy się szerzej otwierają, czyni jakieś dziwne miny, a jak tato turlającą się piłką przejedzie po głowie, to już w ogóle – szaleństwo… Do czasu oczywiście, bo wszystko co dobre szybko się nudzi. Zaczyna się marszczenie, przechodzące w płacz, przechodzący w mocny płacz… Wykorzystujemy te zabawę, bo lekko niepokoi nas jego przyzwyczajenie do jednej strony ułożenia głowy. Musimy po prostu dbać o większą różnorodność pozycji – raz karmić z tej, raz z drugiej, raz kłaść z jednej, raz z drugiej strony łóżka.

Z serii wczesno-rodzinnych dialogów:
- Czas na kawę – mówi OPL.
- Czas ściągnąć mleko – mówi MPL.


  • RSS