podmiot-liryczny

Czyli o (r)ewolucji w życiu pewnego małżeństwa

Wpisy z tagiem: płacz

Matka PL czyta, szuka, zagłębia się, zgłębia wiedzę i poszerza horyzonty. Wychodzi jej na to, że będący w 19. miesiącu życia PL odczuwa teraz bardzo silny lęk separacyjny i dla niego wychodzący gdzieś rodzic jest rodzicem znikającym na zawsze. Przyznać trzeba, że to jest perspektywa nie do pozazdroszczenia. Co prawda owa panika zanika szybko, ale współczujemy. Zdaniem poszukującej Matki PL dochodzi do tego jeszcze ‚bunt dwulatka’. Stąd kumulacja tupnięć, krzyków, protestów, domagań się, że ma być tak, a nie inaczej, że ‚jeżeli chcę, żeby to mama podała mi picie, to ma być to mama, a nie żaden tata’. I tak dalej.

Z frontu żłobkowo-chorobowego: wygląda na to, że to jednak różyczka. Wszystkie dzieci, które były szczepione, zniosły to dość lekko i przychodzą do żłobka. Natomiast dzieci nieszczepione zostały rażone piorunem choróbska i spędzają radosny czas poza żłobkiem, w towarzystwie z pewnością szczęśliwych rodziców.

Matka PL kupiła kubek ze słomką. Na razie nadaje się on do wszystkiego, tylko nie do picia. Mamy czas.

Gorąco. Za gorąco.

Podmiot Liryczny to dziecko, które cieszy się do kiełbasy. To jeden z przysmaków. Niedawno znajoma przywiozła nam ze wsi sporo cudnej, aromatycznej kiełbasy i kiedy tylko PL zwietrzy, że jest ona krojona, natychmiast wszczyna alarm. Tak było też dziś. Matka PL zaczęła robić jajecznicę, ale mniej więcej połowa kiełbasy nie trafiła na patelnię. Trzeba uważać. Zresztą podobnie jest z kiszonymi ogórkami.

Pojechaliśmy dziś na małe zakupy. Małżonka przestawiła fotelik PL zza fotela kierowcy (czyli zza swojego fotela) na środek. PL ma teraz zupełnię inną perspektywę pasażerską. Dziś siedział zafascynowany tym, że widzi znacznie więcej ciekawych rzeczy. A potem zasnął. Zobaczymy, czy takie samochodowe przemeblowanie podziała. Podróż generalnie należy do rzeczy ulubionych i PL znosi je całkiem nieźle, a teraz może będzie jeszcze lepiej. W perspektywie czekającej nas podróży wakacyjnej to dobry sygnał.

PL nie znosi dobrze domowej rozłąki z matką. Ostatnio przechodzi fazę dużej bliskości. Ale jeśli chodzi o rozłąkę, to trageia trwa mniej więcej 5 minut. Matka PL musiała wyjść dziś załatwić kilka rzeczy i opieką zająłem się ja. Jeszcze przed wyjściem była tragedia, płacz i łzy. Matka PL wychodziła z duszą na ramieniu. Następnie mamy fazy płaczu cichszego, krótkiego łkania, nostalgicznego bezruchu, dostrzeżenia zabawek, nieśmiałych prób kontaktu z zabawkami, a po 10 minutach matka pozostaje już tylko wspomnieniem. Pobyt w domu z tatą ma swoje zalety, bo z jednej strony nadzoru jest trochę mniej, a z drugiej strony tata też lubi sobie czasami poszaleć :). Bez wchodzenia w szczegóły.

Z innych frontów:

Głodny Benio został dziś butalnie zerwany ze ściany. Kawałki papieru dołączyły do bałaganu.
Skóra nadal dziwnie papierowo-szorstka. Podejrzewane są jajka lub biała bułka.
Apetyt chyba wrócił na dobre. Łosoś, groszek i makaron zostały pochłonięte w całości bez wyrzucania czegokolwiek na ziemię.
Ojciec z założonymi na głowę spodniami PL jest zabawny. Zabawne też jest zrzucanie fafy z głowy. Wielokrotne.
PL na wieżę budowaną z klocków próbuje dodawać inne elementy – nakrętkę od słoika, klocki z innego kompletu. Czasami wychodzi, a czasami nie :).

Mamy problem. Nocny problem. Podmiot Liryczny w nocy domaga się mleka z butelki. I to domaga się bardzo głośno. Matka PL próbuje wydać wojnę mlekowemu nałogowi, bo kto to widział, żeby w środku nocy… Mleko… A jak już PL dorwie się do butelki, to ciągnie jak oszalały. Dziś w nocy ok. trzeciej obudził nas dziki ryk! W końcu po kilku minutach chyba małżonka się złamała i PL dostał jakieś resztki z butelki. Z mojego stanu nieprzytomności pamiętam jednak, że płacz powrócił i nie jestem pewien, czy nie zakończyło się pełną kapitulacją. A dziecko przecież w nocy ma spać?

Czy ktoś ma jakiś sposób na odwyk mlekowy? Dawać jakieś rozcieńczone? Uzbroić się w tarczę żelaznej asertywności i ryki przez jakiś czas przetrzymać? A może po prostu dać sobie spokój i nocnego smoka mlekopija po prostu mlekiem raczyć?

To chyba były nasze najspokojniejsze i najcichsze święta od dawien dawna. Po prostu spędziliśmy je sami ze sobą. Odpuściliśmy sobie kulinarną rozpustę (ja zrobiłem ciasto krówkę, Matka PL ze dwie sałatki, były też nawet mrożone frytki). Uznaliśmy, że czas trochę wypocząć. Wyjazd do rodziny byłby jednak mordęgą ogólną, bo wpadnięcie w ten rozgardiasz świąteczny dwóch rodzin z czteromiesięcznym Podmiotem Lirycznym mocno by ten rozgardiasz spotęgowało jeszcze. Myślę, że takie atrakcje dopiero w grudniu.

Zatem było bardzo spokojnie. Jakieś małe zakupy, zabawna sobotnia wizyta w pustym markecie budowlanym, żeby kupić do lirycznego pokoju zaciemniającą bardziej roletę, spacery w słońcu i w tym dziwnym świątecznym śniegu, zabawy z Podmiotem Lirycznym, ćwiczenia, książka Urszuli Dudziak, piłkarze ręczni, koncerty z Misteriów Paschaliów, a nawet puzzle. Ukochana Matka PL zawiozła mnie nawet w sobotę na basen.

Podmiot Liryczny zachowywał się całkiem spokojnie. Bawią nas wydawane przez niego kolejne dźwięki, bo szuka on nowych tonów, faktur, melodii. To już nie jest tylko proste guuu i gaaa. Młody człowiek prowadzi w sobie tylko znanym języku dyskusje. Z mamą, tatą, krową pluszową, kontaktem, lampką (a w zasadzie bardzo zdobionym kloszem) i innymi przedmiotami domowego użytku… Trochę go stresuje młynek do kawy jeszcze :).

Zadziwiające, że wczoraj przesiedział radośnie na huśtawce bitą godzinę. Wystarczyło, że Matka PL pokazywała mu różne zabawki, szeleszczącą książeczkę, itp. mieniące się w pięknym słonecznym świetle. Trochę więcej płaczu przynoszą ćwiczenia, ale ćwiczyć po prostu trzeba. Nie ma bata. Prawie płaczem skończył się też wieczorny wczorajszy pokąpielowy masaż, ale udało mi się małym taneczno-muzycznym pokazem zająć uwagę naszego panicza, który w istocie lubi, jak jego uwagę się zajmuje.

To były miłe rodzinne cztery wolne dni.


  • RSS