podmiot-liryczny

Czyli o (r)ewolucji w życiu pewnego małżeństwa

Wpisy z tagiem: podróż

Zdarza się o poranku, że PL wstaje przed nami. W zasadzie zawsze w weekendy, których istnienia PL chyba jeszcze nie załapał. Może zastanawia go to, że są takie dni, w których nie idzie do żłobka, a rodzice o dziwo zostają w domu, ale jeszcze nie zauważył, że mógłby np. pospać sobie nieco dłużej i dać rodzicom nieco wytchnienia. Cóż – to jedna z edukacyjnych misji na przyszłość. I zdarza się też, że Matka PL przynosi nam syna do łóżka. Jaki jest wówczas jego główny obiekt zainteresowania? Dolna warga taty. Doskonale nadaje się do tego, żeby ją smyrgnąć palcem, bo wtedy wydobywa się taki fajny dźwięk. Plask. I tak kilka, kilkanaście razy. To rozbawia rodziców niezmiernie… Może potraktować to jako pewną formę zadośćuczynienia?

Święta blisko. Postanowiliśmy nie nadwyrężać zmysłów PL, a także dbać o nerwy swoje i do rodzin wybieramy się dopiero w drugi dzień świąt. Tyle dni z babciami, dziadkami, ciotkami… a nawet psem, to byłoby zbyt wiele. Za rok święta będą już dla niego czymś interesującym, czymś ciekawym, magicznym, przyjemnym. Ale teraz to po prostu będzie zbyt dużo wszystkiego – wrażeń, hałasu, zapachu, dźwięków, zainteresowania ludzi… A i dla nas takie przemieszczanie się między domami to nieco zbyt dużo. Omijamy zatem największy sajgon i zjawimy się nieco później. Na nieco krócej. Zwłaszcza, że nam się jeszcze jakieś zimowe coś przypałętało. PL trochę kaszle, trochę ropy mu z oka leci, trochę ma zielony katar…

Jest taka teoria, że to za karę, ponieważ Matka PL nie chciała powiedzieć babci PL, że nie będzie nas na wigilii… Uznała, że zadzwoni przed i powie, że przyjedziemy później, bo Podmiot Liryczny trochę chory i się boi z nim jechać, że to i tamto… A teraz wygląda na to, że przynajmniej będzie sumienie czyste.

Ciężko będzie w krótkich słowach podsumować trzy ostatnie dni. Działo się dużo i to zarówno w świecie Podmiotu Lirycznego, który uległ znacznemu poszerzeniu, ale też w świecie rodziców. Zatem słów kilka o podróży Podmiotu Lirycznego do Wielkiego Miasta.

Syn chyba zniósł wszystko nieco lepiej niż Matka PL i ja. Podróż w stronę pierwszą przebiegła niemal bezstresowo, bo wyjechaliśmy bladym świtem. PL zdziwił się, kiedy o 4 rano matka zaczęła przygotowywać go do wyjścia… Chwilę się podziwił i poszedł spać. Zrobił tylko jeden pit-stop na karmienie, przewijanie, odpoczynek, a poza tym spokój całkowity. Chyba ta częsta jazda samochodem w okresie prenatalnym zrobiła swoje. Jazda w stronę drugą była trochę trudniejsza, bo bladym świtem się nie dało. Ruch duży, trochę zatorów, temperatura wyższa… Zatem Ojciec PL musiał spędzić trochę czasu z tyłu, zamieniając rękę w wieszak na zabawki. Trudniej trochę było, ale przetrwaliśmy. W pewnym momencie PL zauważył chyba, że za oknem coś jednak się dzieje, przesuwa, miga, że tam świat cały mu ucieka, i na mniej więcej pół godziny po prostu zamilkł i zatopił wzrok gdzieś w oddali… W pewnym momencie podniósł lewą rękę i wsadził ją sobie do buzi, wywołując szczerą radość rodziców obojga.

Radość szczera, bo z lewą stroną PL radzi sobie trochę gorzej, co jest efektem napięcia mięśniowego. Pobyt w Wielkim Mieście był okazją do wizyty u zaprzyjaźnionej pani pediatry. Pewnie więcej na ten temat napisze Matka PL. Ja tylko mogę powiedzieć, że przez chwilę poważnie się zastanawiałem nad zrobieniem naszej pani pediatrze z ośrodka jakieś konkretnej krzywdy. Po prostu – niebo a ziemia. Widać fach w rękach i pasję w sercu. Nie była to łatwa wizyta – przede wszystkim dla Matki PL, która potrzebowała chwili, żeby przetrawić to wszystko – i jakąś ogromną złość na lekarza w ośrodku, który chyba ślepy jest, i wszystko to, co mówiła pani doktor. Czeka nas jeszcze jedno badanie specjalistyczne, które raczej ma wykluczyć, a nie potwierdzić problem. Dobrze, że Matka PL zauważyła problem z napięciem wcześnie, rehabilitacja powinna wszystko wyprostować i postawić w stan równowagi. Ważne jest to, że ćwiczenia naprawdę przynoszą efekty, czego dowodem lewa ręka, która jeszcze tydzień temu byłą mało aktywna, z zaciśniętą pięścią… A dziś – lewa dłoń okazała się chyba równie smaczna, co prawa.

Podmiot Liryczny musiał też sprostać zadaniu bardziej przyjemnemu, choć męczącemu. Zniesieniu wszystkich cioć, wujków, kuzynów, całej rodziny, która na niego napadła, zabawiała, chciała nosić, przytulać, mówić, śpiewać. Najlepiej wszystko jednocześnie. Musiał też znieść psa. Cieszę się, że ludzie nie wywołują u niego strachu, że wszystko zniósł w miarę bezproblemowo rozkochując w sobie kolejne osoby. Choć oczywiście był to straszliwie męczący dzień dla niego, co można było odczuć. Tyle bodźców, emocji, nowości, twarzy, dźwięków. Ciekawie też obserwuje się proces uaktywniania się modułu opiekuńczego w kobietach od lat kilku do kilkudziesięciu. Jak głęboko musi to być zapisane. Tak czy inaczej rodzina pełna szczęścia.

A rodzice? Mieliśmy czas, żeby na moment wyskoczyć razem bez dziecka, pójść na kawę, deser, herbatę, poszwendać się trochę, pogadać, zrobić drobne zakupy. Niby nic, ale ważne takie.

Chciałem jeszcze oficjalne podziękować niniejszym pani kierowniczce zmiany w radomskim McDonalds. Wiem tylko, że na imię miała Agnieszka. W McDonaldach są przewijaki w przeciwieństwie do wielu stacji benzynowych, co nie jest bez znaczenia przy długiej podróży. Można się ściskać w samochodzie, ale… Kiedy pani podchodziła do naszego stolika, to pomyślałem przez moment, że nas będzie chciała wyrzucić, bo Podmiot Liryczny trochę kwilił zasypiając po karmieniu. A tu… bardzo przeprasza za hałas, który był przez chwile, bo nas nie zauważyła, czy może chcemy, żeby nam spakować rzeczy na wynos, czy jakoś można pomóc jeszcze, że jeszcze raz przeprasza że było głośno. Pomogła nam jeszcze, wyrzuciła za mnie śmieci i w ogóle… Strasznie miło. Zatem dziękuję pani Agnieszko.


  • RSS