podmiot-liryczny

Czyli o (r)ewolucji w życiu pewnego małżeństwa

Wpisy z tagiem: rodzina

Ciężko będzie w krótkich słowach podsumować trzy ostatnie dni. Działo się dużo i to zarówno w świecie Podmiotu Lirycznego, który uległ znacznemu poszerzeniu, ale też w świecie rodziców. Zatem słów kilka o podróży Podmiotu Lirycznego do Wielkiego Miasta.

Syn chyba zniósł wszystko nieco lepiej niż Matka PL i ja. Podróż w stronę pierwszą przebiegła niemal bezstresowo, bo wyjechaliśmy bladym świtem. PL zdziwił się, kiedy o 4 rano matka zaczęła przygotowywać go do wyjścia… Chwilę się podziwił i poszedł spać. Zrobił tylko jeden pit-stop na karmienie, przewijanie, odpoczynek, a poza tym spokój całkowity. Chyba ta częsta jazda samochodem w okresie prenatalnym zrobiła swoje. Jazda w stronę drugą była trochę trudniejsza, bo bladym świtem się nie dało. Ruch duży, trochę zatorów, temperatura wyższa… Zatem Ojciec PL musiał spędzić trochę czasu z tyłu, zamieniając rękę w wieszak na zabawki. Trudniej trochę było, ale przetrwaliśmy. W pewnym momencie PL zauważył chyba, że za oknem coś jednak się dzieje, przesuwa, miga, że tam świat cały mu ucieka, i na mniej więcej pół godziny po prostu zamilkł i zatopił wzrok gdzieś w oddali… W pewnym momencie podniósł lewą rękę i wsadził ją sobie do buzi, wywołując szczerą radość rodziców obojga.

Radość szczera, bo z lewą stroną PL radzi sobie trochę gorzej, co jest efektem napięcia mięśniowego. Pobyt w Wielkim Mieście był okazją do wizyty u zaprzyjaźnionej pani pediatry. Pewnie więcej na ten temat napisze Matka PL. Ja tylko mogę powiedzieć, że przez chwilę poważnie się zastanawiałem nad zrobieniem naszej pani pediatrze z ośrodka jakieś konkretnej krzywdy. Po prostu – niebo a ziemia. Widać fach w rękach i pasję w sercu. Nie była to łatwa wizyta – przede wszystkim dla Matki PL, która potrzebowała chwili, żeby przetrawić to wszystko – i jakąś ogromną złość na lekarza w ośrodku, który chyba ślepy jest, i wszystko to, co mówiła pani doktor. Czeka nas jeszcze jedno badanie specjalistyczne, które raczej ma wykluczyć, a nie potwierdzić problem. Dobrze, że Matka PL zauważyła problem z napięciem wcześnie, rehabilitacja powinna wszystko wyprostować i postawić w stan równowagi. Ważne jest to, że ćwiczenia naprawdę przynoszą efekty, czego dowodem lewa ręka, która jeszcze tydzień temu byłą mało aktywna, z zaciśniętą pięścią… A dziś – lewa dłoń okazała się chyba równie smaczna, co prawa.

Podmiot Liryczny musiał też sprostać zadaniu bardziej przyjemnemu, choć męczącemu. Zniesieniu wszystkich cioć, wujków, kuzynów, całej rodziny, która na niego napadła, zabawiała, chciała nosić, przytulać, mówić, śpiewać. Najlepiej wszystko jednocześnie. Musiał też znieść psa. Cieszę się, że ludzie nie wywołują u niego strachu, że wszystko zniósł w miarę bezproblemowo rozkochując w sobie kolejne osoby. Choć oczywiście był to straszliwie męczący dzień dla niego, co można było odczuć. Tyle bodźców, emocji, nowości, twarzy, dźwięków. Ciekawie też obserwuje się proces uaktywniania się modułu opiekuńczego w kobietach od lat kilku do kilkudziesięciu. Jak głęboko musi to być zapisane. Tak czy inaczej rodzina pełna szczęścia.

A rodzice? Mieliśmy czas, żeby na moment wyskoczyć razem bez dziecka, pójść na kawę, deser, herbatę, poszwendać się trochę, pogadać, zrobić drobne zakupy. Niby nic, ale ważne takie.

Chciałem jeszcze oficjalne podziękować niniejszym pani kierowniczce zmiany w radomskim McDonalds. Wiem tylko, że na imię miała Agnieszka. W McDonaldach są przewijaki w przeciwieństwie do wielu stacji benzynowych, co nie jest bez znaczenia przy długiej podróży. Można się ściskać w samochodzie, ale… Kiedy pani podchodziła do naszego stolika, to pomyślałem przez moment, że nas będzie chciała wyrzucić, bo Podmiot Liryczny trochę kwilił zasypiając po karmieniu. A tu… bardzo przeprasza za hałas, który był przez chwile, bo nas nie zauważyła, czy może chcemy, żeby nam spakować rzeczy na wynos, czy jakoś można pomóc jeszcze, że jeszcze raz przeprasza że było głośno. Pomogła nam jeszcze, wyrzuciła za mnie śmieci i w ogóle… Strasznie miło. Zatem dziękuję pani Agnieszko.

Dzień 49

Brak komentarzy

MPL postanowiła zamienić naszą sypialnię w chłodziarko-zamrażarkę. Pogoda jest taka, że raczej spacer z Podmiotem Lirycznym (warto nadmienić, że jazdę w wózku oraz jazdę samochodem nasz syn uwielbia) jest wykluczony, bo po prostu zimno straszliwie (wiem, bo spacer do pracy zabiera mi jakieś 30 minut, a z domu wychodzę o 6.30). Dlatego też małżonka weranduje. Na szczęście szparę pod drzwiami przykryła jakimś kocem, czy też polarem i nie ma jakiegoś strasznego przeciągu. Ale i tak czuje, że coś chłodzi się w mieszkaniu. Może w zimnie Podmiot Liryczny będzie trochę spokojniejszy, bo od rana podobnież mocno rozdrażniony życiem.

Poza tym PL nie przejmuje się zupełnie tym, że uważamy, iż straszliwie dużo je (dorabia się kolejnych przezwisk, takich jak „Mlekopij”, „Pochłaniacz”, czy też bardziej swojski „Pasibrzuch”) i bije kolejne rekordy. Na mililitrach zna się MPL. Ja tylko obserwuję. Może to ze względu na okres szybkiego wzrostu? A może po prostu rzeczywiście głodomór. Jedzenie chyba sprawia mu przyjemność, bo nawet kiedy musi jeść witaminy, albo smarować go trzeba było specjalną maścią, to smakuje je jak koneser (a doktor ostrzegał, że to takie niesmaczne, że może powodować wymioty).

Niniejszym jeszcze raz przepraszam małżonkę, że się wyrażam w sprawie Babci Podmiotu Lirycznego, czyli jej teściowej. Może rzeczywiście relacja, jaką ja ze swoją teściową mam, należy do dziwnych, odmiennych, nietypowych, skrzywionych, czy też nawet dewiacyjnych? Wiem, że z moją mamą ciężko nawiązać nić porozumienia. Sam miałem i mam tego typu problemy przez ostatnie… życie. I miałem bardzo dużo czasu na praktykę. Mam nadzieję jednak, że neutralność życzliwa jest do osiągnięcia. Obiecuję takowoż, że nawet zrzucenie jej ze schodów – w afekcie, czy też rozmyślnie – nie zmniejszy w niczym mojego uczucia do Matki Podmiotu Lirycznego.


  • RSS