podmiot-liryczny

Czyli o (r)ewolucji w życiu pewnego małżeństwa

Wpisy z tagiem: spacer

Trochę Podmiot Liryczny choruje. To na szczęście lekka infekcja, ale oznaczało to trzy dni w domu. Z Matką PL, bo ja – jak co tydzień – na dwa dni do drugiej pracy. Na szczęście rodzicielka jakoś przeżyła ten czas bliskości non-stop. Na szczęście na razie nie trzeba było aplikować jakiegoś mocniejszego antybiotyku. Jest tylko jakaś maść do oczu, która powinna infekcję w okolicach zatok zdusić. Jest lepiej, ale tylko trochę. I jakoś chęć spożywania leków nieco się zmniejszyła i zaaplikowanie syropu niestety nie jest już tak proste jak kiedyś.

Ja już w domu. Dziś wyszliśmy na chwilę na pieszy spacer. PL przeszedł całkiem sporo, całkiem chętnie i całkiem posłusznie. Spotykam się – podobnie zresztą jak Matka PL – z werbalnymi wyrazami uznania dla dziecka na szelkach. – Jakie to fajne – mówi jedna babcia. – Nie ucieknie! – mówi druga. I tak sobie chodzimy. Dziś atrakcją największą było przechodzenie przez jezdnię na światłach. Światło czerwone – stoimy i czekamy z tatą trzymanym za rękę. Światło zielone – szybko biegniemy na drugą stronę. I tak ze dwa okrążenia skrzyżowania – dla zabawy i dla utrwalenia.

Odkurzanie z PL nie należy do najłatwiejszych, bo wykorzystuje on każdy moment nieuwagi, aby podejść do odkurzacza i go wyłączyć. Odkurzanie przypomina zatem bycie zwierzyną łowną, która musi być cały czas czujna, cały czas mieć ogląd na okolicę i uważać, z której strony przyjdzie zagrożenie. Ale znalazłem na to bardzo prosty sposób. Oprócz zwykłego odkurzacza mamy też taki na wodę, którego przygotowanie trwa znacznie dłużej, ale którego PL (jeszcze) nie potrafi wyłączyć. Kręcił się blisko, przesuwał odkurzacz, potykał się o rurę, ale nic nie wyłączył. Za to dziś był niezwykle pomocny przy wieszaniu prania. Zwykle bywa tak, że PL wyrzuca wszystko z miski na podłogę i uznaje, że jego rola w procesie jest zakończona. Dziś podawał mi rzeczy do ręki, przy okazji starając się zidentyfikowac właściciela danej części garderoby. Z tatą i mamą idzie mu nieźle, natomiast nie jest jeszcze świadomy swojej indywidualności.

Ściągnąłem dziś ze strychu sokowirówkę. PL z niezwykłym zainteresowaniem przyglądał się, jak marchewki i jabłka zamieniają się na sok i paćkę. Siedział na kolanach mamy jak zahipnotyzowany. Jednak z ofery spróbowania soku z owoców nie skorzystał.

Rysowanie, rysowanie, rysowanie. PL domaga się przede wszystkim myszek i kotów (od czasu do czasu zresztą musimy podnosić go do okna, żeby mógł zobaczyć, czy gdzieś nie kręci się kot – a przeważnie się nie kręci). Ale znaki drogowe w wykonaniu rodziców też zrobiły spore wrażenie.

Podczas wczorajszej kąpieli wymyśliłem głupawą zabawę. Wziąłem dwie gumowe kaczki (z chyba siedmiu, z którymi kąpie się Podmiot Liryczny) i uderzyłem PL w policzki, mówiąc „pac, pac”. Potem uderzyłem siebie w policzki, mówiąc „pac, „pac”. Potem Matkę PL. I zapytałem PL – i komu teraz robimy „pac, pac”. Więc ten: mama… Potem: mama… Potem: tata… Potem sam nachylił głowę. I tak bawiliśmy się z 5 minut. Dziś w wannie po umyciu się, kiedy był już czas zabawy, w pewnym momencie PL sam wziął dwie kaczki i uderzył się nimi w policzki. I zabawa zaczęła się od początku. Zapamiętał to spryciarz…

A prawdziwe kaczki karmiliśmy dziś chlebem nad rzeką. PL w uprzęży stał z metr od brzegu. Kaczek podpłynęło mnóstwo. Radość wielka. Wcześniej PL zaliczył klasyczny upadek na mokry asfalt, bo za szybko biegał, żeby szukać owych kaczek. No cóż. Bywa. W parku spacerowały sobie też dwie starsze panie. Zainteresowany PL patrzył się na nie. A one do niego: chodź chłopczyku. A ten za rękę. „Jaki odważny”… Oj, nie odważny. Trzeba się zająć takimi sytuacjami. Nie wiem, czy to dlatego, że generalnie PL jest przyjazny ludziom i nieszczególnie się boi, czy dlatego, że tato był trzy metry od niego. Nie chcemy go szczególnie ludźmi straszyć, ale wyjaśnienie tego, że obcy, to obcy będzie ważnym zadaniem.

Kilkadziesiąt schodów PL – z nad rzeki do miasta – PL przeszedł dziś całkowicie o własnych siłach. Bez żadnej asysty. Kilka potknięć, ale poza tym – sam.

PL nie poszedł dziś spać popołudniu. Tak po prostu. Nie chciał zasnąć. Za to spokojnie przetrwał dwa spacery. Matka PL kupiła też nową książeczkę: „Karetka Mietka”. Dołączyła do serii, do „Motoru Marka” i „Auta Artura”. Największe emocje wywołują nieustannie znaki drogowe i światła. Bardzo go zdziwiło tez, kiedy w „Karetce Mietka” pojawił się też Artur w swoim aucie.

Syn z ogromną chęcią chce wchodzić na matkę. I ściąga sobie jeden kapeć. Jeden. „Kape”.

Zupa krem z dyni z pomarańczami nie wzbudziła żadnego entuzjazmu. Tym razem PL nie chciał jeść rodzicom z talerzy, co zwykle czyni dość chętnie. A kanapki z pasztetem pozbawił samego pasztetu. Chleb nie był szczególnie atrakcyjny.

Życie dla prawie dwuletniego człowieka potrafi być niezwykle szczęśliwe i radosne, ale i bardzo frustrujące. Dziś było bardzo różnie. Wiele radości dostarczył nam spacer przedpołudniowy. Podmiot Liryczny cieszył się niezmiernie z szybkiego przyspieszania i hamowania wózkiem oraz tym, że przybijałem mu piątkę w wyciągniętą rękę. Duże zainteresowanie wzbudziły też ślimaki w skorupkach, które po deszczach nocnych pojawiły się na chodniku. Była także siatka – płot otaczający budynek wodociągów. Można przy nim stanąć spokojnie, złapać go rękami i próbować potrząsać. Sama radość. W sumie prawie kilometr z kilku kilometrowego spaceru PL przeszedł piechotą – raz biegnąć, raz stając przy trawce, krzaku, drzewku, zachwycając się przyrodą oraz pozostałą tu i ówdzie po deszczu wodą.

Jednak bywają też momenty mocno frustrujące. Dziś kumulacja frustracji nastąpiła wieczorem. Ostatnio PL domaga się podlewania kwiatków. Dwa, trzy, a czasami i więcej razy domaga się zdjęcia konewki i obchodu po mieszkaniu, żeby nasze… siedem kwiatków podlać. Robimy to oczywiście na sucho, ale… Wieczorem syn wpadł w jakiś trans i w końcu Matka Pl dała mu jego malutką konewkę w kształcie słonia, żeby sam chodził od doniczki do doniczki. I nastąpiło zapętlenie synaps chyba, bo PL biegał od jednego kwiatka do drugiego. Od parapetu, do biurka. Bałem się, że słoniową trąbą strąci w końcu coś na ziemię. Było w tym coś niesamowitego. Ogromna koncentracja, wielkie przejęcie, niesamowita pasja. Ale trzeba to było w końcu przerwać. Schowaliśmy obie konewki, kwiatki powędrowały wyżej. Płaczące dziecko w końcu zajęło się czymś innym. Zobaczymy.

Soczewica dołączyła do smaków lubianych przez Podmiot Liryczny. Podczas obiadu dosłownie szalał, sięgając po drobne ziarenka. Nawet brokuły zeszły na dalszy plan.

Wiekszości domowych czynności towarzyszy trzymana w dłoniach niewielka wieża z klocków. Problem w tym, że często się defragmentuje, co nieco denerwuje PL. Wieżę trzeba składać… Potem znów się rozwala. I tak dalej… Ot, życie. A ponieważ rodzice poczuli się osaczeni przez ogromną liczbę zabawek, w domu dokonano dziś „rzezi”. Sporo różnych dupereli powędrowało w miejsca niedostępne. Przynajmniej bałagan będzie nieco mniejszy.

Urlop, urlop i już po… Jechaliśmy w góry z pewnymi obawami. Pierwszy raz we trójkę. Dla Podmiotu Lirycznego było strasznie wiele pierwszych razów: pierwszy raz wyciągiem w górę, pierwszy raz na szlaku i w dużym lesie, pierwszy raz w nosidełku na plecach, a także pierwszy raz poza granicami kraju (niby to kilkadziesiąt metrów, ale zawsze). Trochę się baliśmy, ale generalnie jesteśmy bardzo zadowoleni.

Niby nie wypoczęliśmy, bo prawie dziewięciomiesięczny PL jeszcze nie wie, że to urlop, że może warto pospać trochę dłużej, że nie trzeba narzekać tak bardzo, że to pora relaksu, że można się trochę odstresować i odseparować – jak to się mówi – od kłopotów codziennej rzeczywistości. Na te lekcje jeszcze przyjdzie pora. Na odpoczynek fizyczny jeszcze przyjdzie czas. Ale chyba jednak wypoczęliśmy. Nigdy wcześniej tyle czasu PL nie spędził na świeżym powietrzu. Tylu spacerów nie jesteśmy mu w stanie zaproponować w dzień powszedni. A tu dla niego wszystko nowe – miejsce, ludzie, hałas, smaki, zapachy, drzewa, liście, fontanny, samochody, góry, kamienie – absolutnie wszystko nowe, fascynujące, frapujące. Aż przyjemnie było patrzeć, jak to chłonął.

Obawialiśmy się wyprawy w góry. Niby to tylko 3-4 godziny, ale co będzie jak… A nie było nic. PL zaakceptował nosidełko jeszcze w trakcie eksperymentu. Świat widziany z góry jest po prostu bardziej atrakcyjny, a na plecach taty przemieszcza się przecież tak szybko. Na pierwszej wycieczce po pięciu minutach już spał i przespał mniej więcej połowę drogi. Druga połowa to spontaniczne okrzyki radości na wszystko. Ręce wystawiał sobie do liści, śmiał się do maszerującej obok matki, frapowali go przechodzący ludzie (często uroczo komentujący obecność niemowlęcia w nosidle na szlaku). A kiedy spał, wyglądał po prostu przesłodko – głowa przechylona na bok, kiwała się w rytm kroku. A dzięki fantastycznej organizacji MPL, w której torbie mieściło się właściwie wszystko, nie było mowy o głodzie (zupa z królikiem na trawie na przełęczy w towarzystwie kota), czy chłodzie. Bez tej organizacji byłoby z nami krucho. I bez chrupek kukurydzianych też. Potrafią zapewnić ciszę w najtrudniejszych momentach.

Obawialiśmy się zasypiania i rzeczywiście pierwszej nocy było źle. Rozwiązanie okazało się jednak banalnie proste. Okazało się, że w normalnym czasie, kiedy jest żłobek, praca i trzeba niejako rytm życia dostosować do tego, nie byliśmy w stanie odczytać właściwego rytmu dnia. Drugiego dnia postanowiliśmy po pierwsze przesunąć czas kąpieli o mniej więcej godzinę i przetrwać rozpoczynające się nieco wcześniej jęki, a od czasu wcześniejszej drzemki po prostu dziecko zmęczyć zabawą. Największym odkryciem okazała się jednak miska (w naszym domku był prysznic z płytkim brodzikiem, także nie za bardzo dało się tam kąpać). PL w misce zaczął po prostu szaleć. Wystarczył krab i trochę piany z mydła, żeby w ciągu 15 minut wychlapał połowę wody, zalewając matki spodnie i podłogę. Szczęście dziecka nie do opisania. Kolory na twarzy i co chwilę uśmiechnięte spojrzenie w stronę rodziców, czy jeszcze można. Zasypianie jest znacznie szybsze i łagodniejsze.

Obawialiśmy się, że z tego urlopu nie będziemy mieli nic dla siebie. O dziwo jednak PL dał nam spokojne zjeść w knajpce, przyglądając się z zaciekawieniem wszystkiemu, dał wybrać się na lody, chciał spacerować, chodzić w chuście, w nosidle, być na powietrzu, w ruchu, a także dobrze znosił podróże samochodowe. W samochodzie zapadała cisza.

Urlop we trójkę? Da się. Zresztą widać było wielu rodziców z wózkami, także rzeczywiście da się. Kiedy PL nabierze mobilności, będzie pewnie trochę trudniej, ale… damy radę. A kiedy zacznie wyjeżdżać na kolonie, to wysyłamy go na dwa turnusy z rzędu. Wtedy na urlopie się wyśpimy.

Wróciliśmy dzień wcześniej. PL poszedł do żłobka, a rodzice mogli wybrać się do kina :)

Można trochę podsumować ostatnie dwa tygodnie w życiu naszego syna. Najważniejsza kwestia to oczywiście zdrowie. Jest dobrze. Rehabilitacja przynosi nadzwyczaj szybkie rezultaty. Nie ma już niemal śladu po rogalu i nadmiernym napięciu. Jeszcze trzeba powalczyć troszkę z mięśniami szyi i jedną ręką, ale w zasadzie jesteśmy już na finiszu. PL już odkrył do czego służą ręce – wyciąga, chwyta, tarmosi włosy mamy i taty, rzuca szeleszczącą książeczkę, czy też poluje na spadającą pieluchę. Do tego radośnie cedzi przez dziąsła dźwięki, takie jak „dzzzz” i „sssss”. Przy okazji śpi trochę lepiej (zdarzało się już jedno budzenie nocne), choć od czasu , kiedy odkrył możliwość przewracania się na bok samemu, trochę trudniej nad nim zapanować zarówno przy przewijaniu, jak i zasypianiu.

Zmienia się także menu. Do mleka sztucznego doszło już jabłko, marchewka, czy zupa jarzynowa. Gotowany ziemniak też bardzo mu przypasował. PL wszystko zjada ze smakiem. Chyba nie wdał się w tatę, który za młodu niejadkiem był straszliwym. Na widok łyżeczki buzia się rozwiera. To samo zresztą na widok butelki ze smokiem. Efekty zresztą widać – waga: 6850 g. Za dwa tygodnie włączamy mięso i pewnie zaczniemy sami gotować posiłki, bo słoiczki kosztują, oj kosztują.

Długi weekend spędziliśmy częściowo w Wielkim Mieście. Z atrakcji zafundowaliśmy sobie długi parkowy spacer ze znajomymi. My ze stacjonarnym Podmiotem Lirycznym w wózku, oni z dwójką własnych i dwójką zaprzyjaźnionych dzieci. No i mieliśmy przedsmak tego, co nas może czekać w przyszłości. Jedno dziecko na rolkach, drugie na rowerze (to dwójka starsza i nieco bardziej odpowiedzialna), jedno na hulajnodze i najmłodsze piechotą. Ogarnięcie i upilnowanie takiej radosnej czwórki to niezłe wyzwanie. Najmłodszy oddalał się na kilkadziesiąt metrów, bo oczywiście chciał prowadzić, na dość wyraźne krzyki reagować raczej nie chciał. Skończyło się to kilkoma spięciami, buntem itd. Trzeba mieć oczy dookoła głowy. Wydaje się, że młodym rodzicom muszą rozwijać jakieś dodatkowe umiejętności percepcyjne i funkcjonowanie wielozadaniowe, a także wyobraźnia przestrzenna oraz talent strategiczny do przewidywania kilku kolejnych kroków. Niemniej jednak pogoda dopisała i spacer należy zaliczyć do udanych.

Jesteśmy już niezależni lokalowo-wyjazdowo nieco bardziej, bo weszliśmy w posiadanie beżowo-brązowego łóżeczka turystycznego. Fajny gadżet – dwa poziomy, lapka i pozytywka, moskitiera, przewijak, funkcja kołyski nawet, ale z niej jeszcze nie korzystaliśmy. Dzięki temu moja siostra będzie mogła sobie przypomnieć, jak to jest mieć w domu dziecko kilkumiesięczne. Ale to podczas następnej wizyty. Wyszukaliśmy też fajny namiot. W przedsionku łóżeczko się zmieści bez problemu, także będzie szansa na wakacje pod namiotem, choć jeszcze pewnie nie w tym roku.

Podmiot Liryczny miał także okazję uczestniczyć w prawdziwym grillu. Mieliśmy ogród do dyspozycji, także mogliśmy zaprosić teściów i siostry małżonki. PL szczęśliwy, bo rąk do noszenia, zabawiania i wożenia nie brakowało. W menu: kaszanka, kiełbaski, boczek, karkówka, piersi z kurczaka… Szaleństwo po prostu.

Jasne już to, że oczy ma po mojej babci od strony taty. Bez dwóch zdań.

I chyba na razie wystarczy… :)

Uff. Wróciliśmy ze spaceru. Było krócej niż zakładałem, bo Podmiotowi Lirycznego ostre słońce trochę przeszkadzało i zaczął marudzić w wózku. Ale 8.3 kilometra to całkiem niezły dystans. A pogoda po prostu letnia. Tak naprawdę mogłem włożyć krótkie spodnie. W słuchawkach piękna Mor Karbasi. Polecam.

Na wczorajszej rehabilitacji PL zachowywał się całkiem przyjaźnie. Pomogła krowa, która trochę odwracała uwagę. Mamy więcej pracy domowej, ćwiczenia na wałku, ćwiczenia na siedzącym rodzicu, inny sposób noszenia, który ma go w odpowiednich miejscach porozciągać. Chyba zresztą już widać pierwsze efekty, bo lewa ręka zaczyna doganiać prawą w funkcjonalności – nie jest to już tylko i wyłącznie zaciśnięta pięść. Walka zatem trwa.

A w sieci znalazłem taki film. Trochę kiczowaty, ale naprawdę urokliwy. Prosty pomysł, a jaki efekt :)

Wczoraj wziąłem sobie urlop, żeby weekend był dłuższy. Odpoczywam ja i poniekąd trochę odpoczywa małżonka. Jedno z moich nowych weekendowych zadań, to spacery. Parę nowych płyt w telefon, słuchawki w uszy, Podmiot Liryczny do wózka i w drogę przed siebie. Matka może sobie odpocząć (choć woli rozrywki w stylu mycia okna, czy innego domowego hobby – jej sprawa). Ja spaceruję z powodów kilku: a) odciążam żonę, b) Podmiot Liryczny ma kontakt z powietrzem i światem, c) to po prostu dobre dla zdrowia, d) zwiedzam miasto i robię zdjęcia głupotom.

Wczoraj – 8 km. Był i park, i rzeka, i dziury, i godzinna audycja w Trójce z Urszulą Dudziak w roli głównej. Trzeba kupić książkę nową. Kiedy wspinałem się z wózkiem na wysokie schody, zauważyłem u szczytu grupę gimnazjalistek (gimnazjum zaraz obok). Blokowały przejście. Dostrzegły mnie, rozsunęły się i cisza. Przeszedłem i usłyszałem za sobą: – Fajny szalik… Małżonka twierdzi teraz, że podrywam małolaty na mój kultowy kolorowy szalik od teściowej o długości ok. 3,4 m. Niektórzy nawet twierdzą, że szalik jest hipsterski, ale ja już chyba za stary jestem na subkulturowanie się. Po prostu uwielbiam mieć ciepły, wełniany, kolorowy szalik w tym szarym zimowym świecie.

Dziś 9 kilometrów. Gimnazjalistek brak, bo to w końcu sobota. Wybrałem nieco inną trasę. Piękne mamy dziś słońce i tak w zasadzie mógłbym łazić i łazić. Podmiot Liryczny czasami śpi, czasami przygląda się niebu, czasami swoim grzechotkom. Spacery uwielbia. Nie przeszkadzają mu chodnikowe dziury (choć lepiej i lepiej znam nasze miasto pod względem chodników wygodnych dla wózka). Przy okazji w całkowitym spokoju przesłuchałem ostatnią płytę Brooke Fraser, co od jakiegoś czas zrobić chciałem. Ładna. Zachwyciłem się jednym duetem z płyty. Dawno nie słyszałem tak prostej i melodyjnej piosenki. Polecam.

Niedzielny poranek to mój ulubione czas zakupowy, o czym już chyba kiedyś pisałem. Pusto, spokojnie można wykonać zalecenia małżonki, a także pokusić się o ulubione zakupy impulsowe. Dziś postanowiłem zważyć, ile ja tych zakupów do domu przyniosłem. Wyszły 24 kilogramy. A lista wcale nie była jakoś szalenie długa. Lodówka się ucieszyła. PL chyba też, bo on bardzo lubi, kiedy lodówka się otwiera i zamyka.

Wyekspediowałem dziś Matkę PL do kina. Po dość ciężkiej nocy się jej zdecydowanie należała pora relaksu bez dziecka i bez męża. Chodziło też o udowodnienie jej, że naprawdę może od czasu do czasu nas zostawić. Zatem ona na „Sponsoring”, a ja z Podmiotem Lirycznym na spacer. Pierwszy raz samodzielnie. Pogoda niezła (choć pomiędzy okresami słońca pojawiał się wiatr z opadem śniegu), więc syn w wózek i jedziemy. Według Endomondo przeszliśmy 8,21 km w czasie 2 godzin i 7 minut (byłoby szybciej, ale kwadrans spędziłem na rozmowie z ciotką). Spalone 624 kalorie (pewnie więcej, bo Endomondo nie ma funkcji spaceru z wózkiem). Liczba wypitych kaw po drodze: 1. Liczba spojrzeń i uśmiechów mijających mnie pań: kilka.

I żeby jeszcze o liczbach to dodam, że nasza konewka ma 1,7 l pojemności.

Dzień 66/2

4 komentarzy

Popędzona przez OPL, żeby się uaktywnić na blogu, spieszę z donosem na rzeczywistość.

W tę przepiękną malowniczą zimę, która raczyła zarzygać śniegiem wszystko, łącznie ze służbą odśnieżania miasta, postanowiłam mimo wszystko wybrać się z PL na spacer. Rzecz jasna w wózku. Kto wie, co znaczy, wypad na miasto, gdy chodniki są zaśnieżone, ten zrozumie. Brnąc przez zaspy, sapiąc jak nie wiem co (nic nie przychodzi mi do głowy, co tak bardzo sapie i prycha), czując pot na plecach, doszłam do wniosku, że wszelkie moje obawy przedciążowe, że nie uda mi się wrócić do formy sprzed ciąży mogę dziś włożyć między bajki i zaśmiać się szelmowsko. Macierzyństwo to hard core: trening obwodowy, pilates, stretching i joga w jednym (bo i czasem trzeba pomedytować, żeby dojść do jakichś wniosków). Tak, cały nadbagaż ciążowy uleciał jak powietrze z balonika.

PL lubi jak mu się śpiewa. A że ma do czynienia z niespełnioną wokalnie matką, która czuje się jak ryba w wodzie w każdym repertuarze, od oper po Heavy metal – nie muszę chyba mówić, że ostatnimi czasy sąsiedzi muszą mnie mieć dość. Ale co tam. Mam jednego fana, a to już niemal tyle co Florence Foster Jenkins :-P


  • RSS