podmiot-liryczny

Czyli o (r)ewolucji w życiu pewnego małżeństwa

Wpisy z tagiem: święta

To już nasza druga rodzinna Wigilia. I druga spędzona tylko we trójkę. Już nie pamiętam tak naprawdę, co działo się rok temu. Pewnie po prostu leżeliśmy z maleńkim Podmiotem Lirycznym nie przejmując się światem.

W tym roku już nieco inaczej, bo PL nie jest już tak maleńki i statyczny, jak rok temu. Miał zresztą dobry dzień – mimo choroby. Wszystko go cieszyło, bawiło i śmieszyło. W domu co chwilę rozlegał się jego rechot. Uciszająca mama, rzucający pluszowym psem tata, a także angażujące jego uwagę przedmioty domowe. Wszystko to go radowało. I to tak naprawdę wystarczy za całą świąteczną atmosferę.

Zrobiliśmy sobie też coś na wigilijny kształt, ale trochę bardziej po naszemu. Z ryb był łosoś, którego uwielbia Podmiot Liryczny, ale został on zjedzony nieco wcześniej. A potem na białym, niedoprasowanym obrusie znalazł się barszcz i uszka, śledzie, szparagowa fasolka, pieczarkowa sałatka oraz ziemniaki pieczone lekko opruszone mąką kukurydzianą. A na późniejszy deser lody z gorącymi malinami i pokruszonym biszkoptem. Jeżeli chodzi o ostatnią z potraw, to mam nadzieję, że stanie się to już naszą tradycją, bo pyszne jest to niezmiernie.

PL chyba czuje się lepiej. Syropy łyka, wszystkie psikadła do nosa przyjmuje dzielnie, problem ma tylko z kroplami do oczu, które chyba szczypią go trochę. W ramach urozmaicania sobie wieczornej kąpieli zaprzęgliśmy do pracy nasz odkurzaczowy aspirator, który generalnie budził dotąd respekt. A plastikowa rurka w wannie wyczyniac może rzeczy niezwykłe. Synowi najbardziej podobało się, kiedy tato zasysał powietrze, dzięki czemu można było przystawić do rurki język i on też się zasysał. Ot. święta :).

Zdarza się o poranku, że PL wstaje przed nami. W zasadzie zawsze w weekendy, których istnienia PL chyba jeszcze nie załapał. Może zastanawia go to, że są takie dni, w których nie idzie do żłobka, a rodzice o dziwo zostają w domu, ale jeszcze nie zauważył, że mógłby np. pospać sobie nieco dłużej i dać rodzicom nieco wytchnienia. Cóż – to jedna z edukacyjnych misji na przyszłość. I zdarza się też, że Matka PL przynosi nam syna do łóżka. Jaki jest wówczas jego główny obiekt zainteresowania? Dolna warga taty. Doskonale nadaje się do tego, żeby ją smyrgnąć palcem, bo wtedy wydobywa się taki fajny dźwięk. Plask. I tak kilka, kilkanaście razy. To rozbawia rodziców niezmiernie… Może potraktować to jako pewną formę zadośćuczynienia?

Święta blisko. Postanowiliśmy nie nadwyrężać zmysłów PL, a także dbać o nerwy swoje i do rodzin wybieramy się dopiero w drugi dzień świąt. Tyle dni z babciami, dziadkami, ciotkami… a nawet psem, to byłoby zbyt wiele. Za rok święta będą już dla niego czymś interesującym, czymś ciekawym, magicznym, przyjemnym. Ale teraz to po prostu będzie zbyt dużo wszystkiego – wrażeń, hałasu, zapachu, dźwięków, zainteresowania ludzi… A i dla nas takie przemieszczanie się między domami to nieco zbyt dużo. Omijamy zatem największy sajgon i zjawimy się nieco później. Na nieco krócej. Zwłaszcza, że nam się jeszcze jakieś zimowe coś przypałętało. PL trochę kaszle, trochę ropy mu z oka leci, trochę ma zielony katar…

Jest taka teoria, że to za karę, ponieważ Matka PL nie chciała powiedzieć babci PL, że nie będzie nas na wigilii… Uznała, że zadzwoni przed i powie, że przyjedziemy później, bo Podmiot Liryczny trochę chory i się boi z nim jechać, że to i tamto… A teraz wygląda na to, że przynajmniej będzie sumienie czyste.

To chyba były nasze najspokojniejsze i najcichsze święta od dawien dawna. Po prostu spędziliśmy je sami ze sobą. Odpuściliśmy sobie kulinarną rozpustę (ja zrobiłem ciasto krówkę, Matka PL ze dwie sałatki, były też nawet mrożone frytki). Uznaliśmy, że czas trochę wypocząć. Wyjazd do rodziny byłby jednak mordęgą ogólną, bo wpadnięcie w ten rozgardiasz świąteczny dwóch rodzin z czteromiesięcznym Podmiotem Lirycznym mocno by ten rozgardiasz spotęgowało jeszcze. Myślę, że takie atrakcje dopiero w grudniu.

Zatem było bardzo spokojnie. Jakieś małe zakupy, zabawna sobotnia wizyta w pustym markecie budowlanym, żeby kupić do lirycznego pokoju zaciemniającą bardziej roletę, spacery w słońcu i w tym dziwnym świątecznym śniegu, zabawy z Podmiotem Lirycznym, ćwiczenia, książka Urszuli Dudziak, piłkarze ręczni, koncerty z Misteriów Paschaliów, a nawet puzzle. Ukochana Matka PL zawiozła mnie nawet w sobotę na basen.

Podmiot Liryczny zachowywał się całkiem spokojnie. Bawią nas wydawane przez niego kolejne dźwięki, bo szuka on nowych tonów, faktur, melodii. To już nie jest tylko proste guuu i gaaa. Młody człowiek prowadzi w sobie tylko znanym języku dyskusje. Z mamą, tatą, krową pluszową, kontaktem, lampką (a w zasadzie bardzo zdobionym kloszem) i innymi przedmiotami domowego użytku… Trochę go stresuje młynek do kawy jeszcze :).

Zadziwiające, że wczoraj przesiedział radośnie na huśtawce bitą godzinę. Wystarczyło, że Matka PL pokazywała mu różne zabawki, szeleszczącą książeczkę, itp. mieniące się w pięknym słonecznym świetle. Trochę więcej płaczu przynoszą ćwiczenia, ale ćwiczyć po prostu trzeba. Nie ma bata. Prawie płaczem skończył się też wieczorny wczorajszy pokąpielowy masaż, ale udało mi się małym taneczno-muzycznym pokazem zająć uwagę naszego panicza, który w istocie lubi, jak jego uwagę się zajmuje.

To były miłe rodzinne cztery wolne dni.


  • RSS