podmiot-liryczny

Czyli o (r)ewolucji w życiu pewnego małżeństwa

Wpisy z tagiem: uśmiech

Nie ma to jak wstać rano, szykować się do wyjścia do pracy, zajrzeć do pokoju Podmiotu Lirycznego i otrzymać na powitanie uśmiech soczysty. Od razu inny poniedziałek.

W ogóle PL budzi się po nocy jakiś nieco bardziej wyluzowany. Nie słychać już tego szalonego ryku głodnego zwierza, który potrafi wywołać dreszcze, drgawki i inne stany lękowe. Z pokoju w okolicy godziny 6-7 dochodzi teraz spokojny i zapewne rzeczowy dialog, który rozbudzony mały człowiek prowadzi z czymkolwiek – mogą to być zwierzątka nad jego głową, pielucha tetrowa leżąca obok, rysunki kolorowe na okalającej łóżeczko tkaninie, albo po prostu przestrzeń pokoju… W sumie to nie dialog, tylko monolog J. Zależy, jak się ułoży głowa. Matka PL relacjonuje także, że PL w nocy często zmienia pozycję z normalniej na geometrycznie zadziwiającą, tzn. potrafi wykonywać całkiem niezłe, szalone obroty o kilkaset stopni.

W weekend w ramach kreatywnych sposobów radzenia sobie ze znudzonym i marudzącym niemowlęciem, wymyśliłem takową zabawę. Podmiot Liryczny leży sobie w gondolce, którą przykrywamy długim flanelowym kocykiem i kocyk ten powoli zsuwamy. Po krótkiej chwili PL zauważył, że może przesuwającą się tkaninę dotknąć rękami i rozpoczęła się zabawa na całego. Gęba otwarta i radocha. Zresztą wygląda to bardzo zabawnie, jak te malutkie rączki się odciskają na kocu od „wewnątrz” wózka. Inny wariant zabawy to zasłanianie gondoli kocem i łapanie za ręce, które go od drugiej strony dotykają. Do tego jakieś radosne i dziwne okrzyki i uwagę PL utrzymać można przez dobre kilkanaście minut przynajmniej.

Niedzielny poranek to mój ulubione czas zakupowy, o czym już chyba kiedyś pisałem. Pusto, spokojnie można wykonać zalecenia małżonki, a także pokusić się o ulubione zakupy impulsowe. Dziś postanowiłem zważyć, ile ja tych zakupów do domu przyniosłem. Wyszły 24 kilogramy. A lista wcale nie była jakoś szalenie długa. Lodówka się ucieszyła. PL chyba też, bo on bardzo lubi, kiedy lodówka się otwiera i zamyka.

Wyekspediowałem dziś Matkę PL do kina. Po dość ciężkiej nocy się jej zdecydowanie należała pora relaksu bez dziecka i bez męża. Chodziło też o udowodnienie jej, że naprawdę może od czasu do czasu nas zostawić. Zatem ona na „Sponsoring”, a ja z Podmiotem Lirycznym na spacer. Pierwszy raz samodzielnie. Pogoda niezła (choć pomiędzy okresami słońca pojawiał się wiatr z opadem śniegu), więc syn w wózek i jedziemy. Według Endomondo przeszliśmy 8,21 km w czasie 2 godzin i 7 minut (byłoby szybciej, ale kwadrans spędziłem na rozmowie z ciotką). Spalone 624 kalorie (pewnie więcej, bo Endomondo nie ma funkcji spaceru z wózkiem). Liczba wypitych kaw po drodze: 1. Liczba spojrzeń i uśmiechów mijających mnie pań: kilka.

I żeby jeszcze o liczbach to dodam, że nasza konewka ma 1,7 l pojemności.

Teraz już mogę potwierdzić. Do tej pory o uśmiechach Podmiotu Lirycznego słyszałem wyłącznie od jego matki. Że są, że jak się naje, że coraz częściej, że słodkie, że, że, że… Stało się to niemal mitologiczną opowieścią, jakąś bajkową dekoracją. Ale jak przyszło co do czego i biegłem do pokoju, żeby zobaczyć, to PL stawał okoniem i przyjmował minę neutralną. Ojcu uśmiechy się nie należały po prostu.

A dziś – wracam z zakupów, młody nakarmiony leży w ramionach matki i uśmiecha się. Żeby tylko. Dostrzegł ojca, spojrzał, i także się uśmiechnął. Żeby tylko. Matka w ramach relaksu wybiegła do fryzjera, Podmiot Liryczny na leżaku został z tatą sam na sam i też się uśmiecha. Zatem mit stał się rzeczywistością.

Matka PL trochę jest podziębiona. Karmi zatem owinięta pieluchą i wygląda jak ninja. To bardzo dziwi jej syna, który w postaci, która daje mu mleko i twarz ma zasłoniętą białą „ścierą”, stara się rozpoznać własną matkę. Fajny jest ten jego zdziwiony i zaskoczony wyraz twarzy. Dziwią go też okulary matki, a także to, że czasami mleko podaje mu tata – bo tata z mlekiem się raczej nie kojarzy.


  • RSS