podmiot-liryczny

Czyli o (r)ewolucji w życiu pewnego małżeństwa

Wpisy z tagiem: wanna

To było bardzo zabawne. Podczas kolacji Podmiot Liryczny miał przy sobie kaczkę i dokarmiał od czasu do czasu kanapkami z pastą serową. Oczywiście informował nas za każdym razem, że kaczka je razem z nim. Potem kazał jeszcze dostawić sobie ptaka ze świecącym okiem, którego też karmił. Ubaw po pachy.

Ostatnio ulubioną zabawą podczas kąpieli jest wychlapywanie wody. Służą do tego gumowe zwierzątka. PL zanuża je głęboko – w zasadzie dociska do dna – a potem szybkim ruchem wyrzuca je poza wannę przy okazji wylewając trochę wody. Czasami więcej, czasami mniej – ale uśmiech jest po pachy. Kiedy wyrzuci już wszystkie zwierzątka i zabawki, wtedy do chlapania może służyć ręka. Zapytany o to, kto tak chlapie wodą, odpowiada: „kaka” (kaczka). Spryciarz.

Spryciarz jutro wraca do żłobka. Ma glejt od lekarza. Miejmy nadzieję, że więcej się nie przypałęta chorób. Oby.

Podmiot Liryczny jest fanem karetek. Nie ma co ukrywać. Karetka jadąca na sygnale wywołuje emocje. Widziana na ulicy, czy też na ekranie (Matka PL puszcza czasami filmik, na którym 50 karetek jedzie na sygnale przez miasto). Wróciłem dziś do domu i już przed drzwiami usłyszałem sygnał. Potem drugi. I jeszcze inny. Małżonka kupiła synowi (poszła po rajstopy) karetkę. Ma przycisk, cztery sygnały, migające światełka, otwieraną klapkę z tyłu, a w dodatku ma mechanizm napędzający. Wieczór PL spędził w towarzystwie karetki. Kolację jadł z karetką, na mamę wchodził z karetką, pod krzesełkiem przechodził z karetką. Wojna zaczęła się dopiero przed kąpielą, bo mimo wszystko kontakt zasilanego baterią mechanizmu karetki z wodą nie wyszedłby tej pierwszej na dobre. W końcu udało się techniką odwrócenia uwagi (Matka PL przyniosła do wanny lejek do zabawy) usunąć karetkę z pola widzenia i z pamięci (krótkotrwałej). Kiedy piszę te słowa Podmiot Liryczny leży już w łóżku w swoim pokoju. Powinien zasypiać. Ale co jakiś czas dochodzą z owego dźwięki karetki.

Słowo „kape” jest już zrozumiałe i czytelne. To kapeć. Kiedy PL zdjął kapcie z nóg i biegał boso, matka krzyknęła: „kto zdjął skarpetki”. Syn popatrzył i poprawił: „kape”. Bo przecież zdjął kapcie.

Poza tym PL chodzi za swoją matką i mówi: „pipi”. To oznacza myszkę. Matka udaje, że sie przestrasza, mówi: „oj, co to za myszka, ja się boję takiej myszy”. I on wówczas swoje: „pipi”. Ciekawiej zacznie się dziać, kiedy Podmiot Liryczny rzeczywiście trafi na coś, czego boi się jego matka. Może tato niedługo podpowie.

(wczoraj) Podmiot Liryczny przytaszczył ze żłobka zdobyczne sześć klocków. Takich w domu jeszcze nie miał. I zamiast robić bam, przez kilkanaście minut siedzieliśmy na łóżku i bawiliśmy się klockami. Składanie w wieżę, rozwalanie, składanie, rozkładanie, składanie… Obserwowanie tego teoretycznie prostego procesu było po prostu fascynujące. Po pierwsze widać niesamowicie, jak sprawne i precyzyjne są już jego dłonie. Po drugie to był jeden z tych fajnych momentów, kiedy bardzo dokładnie widać koncentrację młodego rozumu. Oddech lekko przyspiesza, następuje całkowita cisza i pełne skupienie na wykonywanej, nowej i ciekawej czynności. I ten stan potrafi utrzymać się dość długo. A to tylko sześć plastikowych klocków.

PL nie za bardzo chciał jeść wczoraj obiad. Ale po powrocie ze spaceru dostrzegł bułkę. I kazał ją sobie podać. Z masłem oczywiście. Jedzenie bułki w jego wykonaniu to zwykle zlizywanie masła (przy okazji czego cała twarz jest w maśle, a potem jeszcze różne domowe obiekty) i zjedzenie części (zwykle wewnętrznej) bułki lub kromki. I jeszcze przychodził po dokładkę masła. Następnie odkrył, że Matka PL ugotowała ziemniaki (miały być na naszą kolację). Nie wiem nawet ile się w końcu tych ziemniaków ostało, ale domagał się ich nawet, kiedy już wieczorem robiliśmy nasze zwyczajowe „bam”. I jak tu przekonać młodego, że robienie „bam” z ustami pełnymi ziemniaków nie jest najlepszym pomysłem.

Rutyna jest ważna. Dla nas i dla PL, o czym zwykle nas uroczo informuje. Ostatnio np. przed kąpielą następuje jeszcze ważenie – pomiędzy zdjęciem pieluchy, a włożeniem do wanny. Wczoraj Podmiot Liryczny sam rzucił się do wagi, żeby ją wyciągnąć. Jeszcze zabawniej było już w wannie. Ponieważ odwiedził nas gość na chwilę, zapomniałem o myciu zębów. A pasta i szczoteczka leżą na pralce za wanną i czekają. Po chwili nieco zniecierpliwiony syn sam wstał w wannie i przypomniał o tym, że przecież zęby jeszcze nie są umyte. Matka PL była w szoku (jej syn nie za bardzo pozwala sobie umyć zębów w ogóle).

Cały czas PL nie może wyjść ze zdziwienia, że jedna z żółtych zabawek nie jest kaczką, tylko foką. Upewnia się co jakiś czas. U obojga rodziców.

Matka PL po pracy musiała zawieźć samochód do warsztatu. Od dawna mamy jakiś drobny wyciek ze skrzyni biegów i pan specjalista wreszcie znalazł dla nas czas. Zostałem zatem sam z Podmiotem Lirycznym. Dostałem też polecenie – jeżeli się da, należy oczyścić mu nos. Jeżeli się da, bo ostatnio wszelkie próby zbliżenia się do nosa najpierw ze sprayem z wodą, a potem z odkurzaczem i ssawką do oczyszczania nosa właśnie, spotykały się z reakcją tak gwałtowną, że sami byliśmy przerażeni. Dosłownie spazmy. Tragedia, koszmar i wszystko inne. Zawsze zajmowała się tym Matka PL.

Dziś jednak PL był w domu tylko ze mną. Oczywiście przed sprayem zaczął uciekać, ale grzecznie dał sobie wpryskac wodę do nosa, kiedy leżał już w swoim łóżku. Potem poprosiłem go, żeby pokazał mi, gdzie jest odkurzacz (wie, że jest w szafie). Pokazał. Pozwoliłem mu odkurzacz włączyć. Przyszedł usiąść mi na kolanach i bez JEDNEGO dźwięku, jęku, ani płaczu, dał sobie wyssać wszystkie syfy z nosa. Kiedy opowiadałem to małżonce przez telefon, podobno szczęka mocno jej opadła…

Wczoraj PL odkrył, że zamykane przez niego drzwi do naszej sypialni, gdzie ostatnio szaleje na łóżku (w naszym towarzystwie), dają się otwierać. Zatem teraz przez kilka minut bawimy się w „bam”, a następnie on gramoli sie na podłogę i drzwi zamyka i otwiera, zamyka i otwiera. Czasami jeszcze wybiega na przedpokój, zderza się z drzwiami wejściowymi, wbiega znów do pokoju i zabawa się powtarza. Szaleństwo.

Matka PL zawiesiła dziś w przejściu między przedpokojem a pokojem swoją cieniutką niebieską chustkę. Ale miał PL zabawę przebiegając przez nią w pełnym tempie…

Kiedy odbieraliśmy PL ze żłobka, okazało się, że zdjął skarpety jeszcze w sali. W szatni jest takie specjalne pudełko, do którego panie wkładają niekompletne bądź też kompletne skarpety, które ktoś zostawił. Matka PL zatem postanowiła jedną parę sobie pożyczyć. Kiedy PL wrócił do domu i biegał sobie po mieszkaniu, wypożyczone skarpety okazały się za bardzo poślizgowe. Zaliczył zatem dwie urocze gleby (mały płacz) zanim zamieniliśmy skarpety na jego antypoślizgowe kapcie.

W wannie dziś była szalona zabawa w odbijanie piłki od ściany i robienie „plum” do wody. Kiedy piłki zabrakło, jej miejsce zajęła kaczka-punk. I kaczka też odbijała się od ściany (słabiej), ale też robiła „plum”.

To już nasza druga rodzinna Wigilia. I druga spędzona tylko we trójkę. Już nie pamiętam tak naprawdę, co działo się rok temu. Pewnie po prostu leżeliśmy z maleńkim Podmiotem Lirycznym nie przejmując się światem.

W tym roku już nieco inaczej, bo PL nie jest już tak maleńki i statyczny, jak rok temu. Miał zresztą dobry dzień – mimo choroby. Wszystko go cieszyło, bawiło i śmieszyło. W domu co chwilę rozlegał się jego rechot. Uciszająca mama, rzucający pluszowym psem tata, a także angażujące jego uwagę przedmioty domowe. Wszystko to go radowało. I to tak naprawdę wystarczy za całą świąteczną atmosferę.

Zrobiliśmy sobie też coś na wigilijny kształt, ale trochę bardziej po naszemu. Z ryb był łosoś, którego uwielbia Podmiot Liryczny, ale został on zjedzony nieco wcześniej. A potem na białym, niedoprasowanym obrusie znalazł się barszcz i uszka, śledzie, szparagowa fasolka, pieczarkowa sałatka oraz ziemniaki pieczone lekko opruszone mąką kukurydzianą. A na późniejszy deser lody z gorącymi malinami i pokruszonym biszkoptem. Jeżeli chodzi o ostatnią z potraw, to mam nadzieję, że stanie się to już naszą tradycją, bo pyszne jest to niezmiernie.

PL chyba czuje się lepiej. Syropy łyka, wszystkie psikadła do nosa przyjmuje dzielnie, problem ma tylko z kroplami do oczu, które chyba szczypią go trochę. W ramach urozmaicania sobie wieczornej kąpieli zaprzęgliśmy do pracy nasz odkurzaczowy aspirator, który generalnie budził dotąd respekt. A plastikowa rurka w wannie wyczyniac może rzeczy niezwykłe. Synowi najbardziej podobało się, kiedy tato zasysał powietrze, dzięki czemu można było przystawić do rurki język i on też się zasysał. Ot. święta :).

Dzień 62

1 komentarz

Jajecznica już zrobiona (moja rodzinna tradycja), kawa sobie paruje przyjemnie. Czyli niedziela pełną gębą. Gdybyście chcieli uprzyjemnić sobie dzień muzycznie, to odkryłem nową śpiewającą na jazzowo panią, która nazywa się Halie Loren. Polecam (np. Perhaps, Perhaps, Perhaps).

A  jeżeli już przy śpiewających paniach jestem, to nadmienić trzeba, że się zmarło Whitney Houston. W ramach „tribute to” zaśpiewałem Podmiotowi Lirycznemu „I will always love you”, to znaczy ograniczyłem się do refrenu w rejestrach wysokich i wyższych. Zrobiło to piorunujące wrażenie i na nim, i na Matce Podmiotu Lirycznego. Może potwierdzi…

I jeszcze dwa słowa o kąpieli znów. Ale jakoś nie mogę się nadziwić temu, jak te synapsy w tym małym mózgu funkcjonują. PL bezbłędnie rozpoznaje moment przygotowania do kąpieli. Wystarczy, że przekroczymy próg łazienki. W momencie wejścia – i nie jest ważny stan jaki był 10 sekund wcześniej – nagle następuje cisza. Całkowicie i bezwarunkowo. Nagle interesujące staje się światło z sufitu, mama, tata, pielucha przykrywająca, nagle rozbieranie nie stanowi żadnego problemu i powodu do nerwów. Dosłownie nie przeszkadza nic. Kąpiel to sama przyjemność. Tylko kurcze wanienka robi się już za mała. Niedługo czas na zmiany.

Z serii dialogów małżeńskich (w tym przypadku monologów małżonki):
- Pięć lat temu nie wyobrażałam sobie, że tak będzie wyglądać moje życie. Mamy syna, mieszkanie na kredyt, samochód. Normalnie… staropierdzielstwo.


  • RSS