podmiot-liryczny

Czyli o (r)ewolucji w życiu pewnego małżeństwa

Wpisy z tagiem: wózek

Życie dla prawie dwuletniego człowieka potrafi być niezwykle szczęśliwe i radosne, ale i bardzo frustrujące. Dziś było bardzo różnie. Wiele radości dostarczył nam spacer przedpołudniowy. Podmiot Liryczny cieszył się niezmiernie z szybkiego przyspieszania i hamowania wózkiem oraz tym, że przybijałem mu piątkę w wyciągniętą rękę. Duże zainteresowanie wzbudziły też ślimaki w skorupkach, które po deszczach nocnych pojawiły się na chodniku. Była także siatka – płot otaczający budynek wodociągów. Można przy nim stanąć spokojnie, złapać go rękami i próbować potrząsać. Sama radość. W sumie prawie kilometr z kilku kilometrowego spaceru PL przeszedł piechotą – raz biegnąć, raz stając przy trawce, krzaku, drzewku, zachwycając się przyrodą oraz pozostałą tu i ówdzie po deszczu wodą.

Jednak bywają też momenty mocno frustrujące. Dziś kumulacja frustracji nastąpiła wieczorem. Ostatnio PL domaga się podlewania kwiatków. Dwa, trzy, a czasami i więcej razy domaga się zdjęcia konewki i obchodu po mieszkaniu, żeby nasze… siedem kwiatków podlać. Robimy to oczywiście na sucho, ale… Wieczorem syn wpadł w jakiś trans i w końcu Matka Pl dała mu jego malutką konewkę w kształcie słonia, żeby sam chodził od doniczki do doniczki. I nastąpiło zapętlenie synaps chyba, bo PL biegał od jednego kwiatka do drugiego. Od parapetu, do biurka. Bałem się, że słoniową trąbą strąci w końcu coś na ziemię. Było w tym coś niesamowitego. Ogromna koncentracja, wielkie przejęcie, niesamowita pasja. Ale trzeba to było w końcu przerwać. Schowaliśmy obie konewki, kwiatki powędrowały wyżej. Płaczące dziecko w końcu zajęło się czymś innym. Zobaczymy.

Soczewica dołączyła do smaków lubianych przez Podmiot Liryczny. Podczas obiadu dosłownie szalał, sięgając po drobne ziarenka. Nawet brokuły zeszły na dalszy plan.

Wiekszości domowych czynności towarzyszy trzymana w dłoniach niewielka wieża z klocków. Problem w tym, że często się defragmentuje, co nieco denerwuje PL. Wieżę trzeba składać… Potem znów się rozwala. I tak dalej… Ot, życie. A ponieważ rodzice poczuli się osaczeni przez ogromną liczbę zabawek, w domu dokonano dziś „rzezi”. Sporo różnych dupereli powędrowało w miejsca niedostępne. Przynajmniej bałagan będzie nieco mniejszy.

Matka PL mieszała dziś z wózkami. Tak się złożyło, że wózków mamy chyba cztery. Jeden na spacery, drugi do usypiania w domu, a dwa już leżały sobie na strychu. Ale coś dziś podkusiło MPL, żeby kupić jakieś paski i przystosować jeden wózek przeszły w wózek teraźniejszy. W związku z tym trwała dziś migracja wózków na linii bagażnik –> strych –> dom –> strych itp. W końcu okazało się, że paski są za krótkie, czy coś takiego i zostajemy przy wersji wyjściowej. Moim zdaniem to dobrze, bo trójkołowy wózek spacerowy najwygodniej się prowadził. A wydaje mi się, że Podmiot Liryczny na razie nie ma preferencji jeżeli chodzi o pojazdy. Wystarczy mu posiadanie szofera, który pcha i zapewnia atrakcje w czasie jazdy i od czasu do czasu poda coś do picia.

Sam Podmiot Liryczny dał nam trochę popalić sobotnią porą. Ostatnio ciężko jest wieczorem, kiedy on chce się już iść kąpać, a my wiemy, że to jeszcze za wcześnie. Wówczas budzi się w nim pan maruda-który-nie-wie-czego-chce-ale-czegoś-chce. Jakoś go okiełznujemy, ale wieczory nie są tak miłe, jak poranki. Za to kąpiel to czas szaleństwa i radości. W zasadzie każdego wieczoru mamy umytą podłogę w łaziece, bo chlapie sobie (prawą ręką głównie) od momentu wejścia do wanny, do momentu wyjścia. Pływające kolorowe kaczki odrywają go od chlapania tylko na moment. A najfajniej chlapie się, kiedy przy okazji można ochlapać rodziców.

Spaghetti mamy nie przypadło mu dziś do gustu. Za to nowe spodnie spacerowe (które wreszcie zakryją kawałek łydek) chyba bardziej.

Wczoraj wziąłem sobie urlop, żeby weekend był dłuższy. Odpoczywam ja i poniekąd trochę odpoczywa małżonka. Jedno z moich nowych weekendowych zadań, to spacery. Parę nowych płyt w telefon, słuchawki w uszy, Podmiot Liryczny do wózka i w drogę przed siebie. Matka może sobie odpocząć (choć woli rozrywki w stylu mycia okna, czy innego domowego hobby – jej sprawa). Ja spaceruję z powodów kilku: a) odciążam żonę, b) Podmiot Liryczny ma kontakt z powietrzem i światem, c) to po prostu dobre dla zdrowia, d) zwiedzam miasto i robię zdjęcia głupotom.

Wczoraj – 8 km. Był i park, i rzeka, i dziury, i godzinna audycja w Trójce z Urszulą Dudziak w roli głównej. Trzeba kupić książkę nową. Kiedy wspinałem się z wózkiem na wysokie schody, zauważyłem u szczytu grupę gimnazjalistek (gimnazjum zaraz obok). Blokowały przejście. Dostrzegły mnie, rozsunęły się i cisza. Przeszedłem i usłyszałem za sobą: – Fajny szalik… Małżonka twierdzi teraz, że podrywam małolaty na mój kultowy kolorowy szalik od teściowej o długości ok. 3,4 m. Niektórzy nawet twierdzą, że szalik jest hipsterski, ale ja już chyba za stary jestem na subkulturowanie się. Po prostu uwielbiam mieć ciepły, wełniany, kolorowy szalik w tym szarym zimowym świecie.

Dziś 9 kilometrów. Gimnazjalistek brak, bo to w końcu sobota. Wybrałem nieco inną trasę. Piękne mamy dziś słońce i tak w zasadzie mógłbym łazić i łazić. Podmiot Liryczny czasami śpi, czasami przygląda się niebu, czasami swoim grzechotkom. Spacery uwielbia. Nie przeszkadzają mu chodnikowe dziury (choć lepiej i lepiej znam nasze miasto pod względem chodników wygodnych dla wózka). Przy okazji w całkowitym spokoju przesłuchałem ostatnią płytę Brooke Fraser, co od jakiegoś czas zrobić chciałem. Ładna. Zachwyciłem się jednym duetem z płyty. Dawno nie słyszałem tak prostej i melodyjnej piosenki. Polecam.

Niedzielny poranek to mój ulubione czas zakupowy, o czym już chyba kiedyś pisałem. Pusto, spokojnie można wykonać zalecenia małżonki, a także pokusić się o ulubione zakupy impulsowe. Dziś postanowiłem zważyć, ile ja tych zakupów do domu przyniosłem. Wyszły 24 kilogramy. A lista wcale nie była jakoś szalenie długa. Lodówka się ucieszyła. PL chyba też, bo on bardzo lubi, kiedy lodówka się otwiera i zamyka.

Wyekspediowałem dziś Matkę PL do kina. Po dość ciężkiej nocy się jej zdecydowanie należała pora relaksu bez dziecka i bez męża. Chodziło też o udowodnienie jej, że naprawdę może od czasu do czasu nas zostawić. Zatem ona na „Sponsoring”, a ja z Podmiotem Lirycznym na spacer. Pierwszy raz samodzielnie. Pogoda niezła (choć pomiędzy okresami słońca pojawiał się wiatr z opadem śniegu), więc syn w wózek i jedziemy. Według Endomondo przeszliśmy 8,21 km w czasie 2 godzin i 7 minut (byłoby szybciej, ale kwadrans spędziłem na rozmowie z ciotką). Spalone 624 kalorie (pewnie więcej, bo Endomondo nie ma funkcji spaceru z wózkiem). Liczba wypitych kaw po drodze: 1. Liczba spojrzeń i uśmiechów mijających mnie pań: kilka.

I żeby jeszcze o liczbach to dodam, że nasza konewka ma 1,7 l pojemności.


  • RSS