podmiot-liryczny

Czyli o (r)ewolucji w życiu pewnego małżeństwa

Wpisy z tagiem: zakupy

Dzien 63/2

3 komentarzy

Podróżujemy. Samochodem. Na razie na dystanse niewielkie i na krótko. Wydaje się, że Podmiot Liryczny odziedziczył uwielbienie do czterośladów po mamie. Wszak jeszcze na dzień przed porodem Matka PL pojechała zatankować do pełna, bo przecież z nowym rokiem będą podwyżki. Jeszcze w erze brzucha pokonywał dystanse spore na fotelu kierowcy, a teraz jeszcze pije matczyne mleko – a wiadomo, z mlekiem matki… Ja dzięki temu mogę się poczuć jak minister ważny jakiś, albo inny wiajpi, bo małżonka dla bezpieczeństwa i własnego spokoju usadza mnie czasami na tylnej kanapie, żebym pilnował co się dzieje z Podmiotem Lirycznym, kiedy ona nań spojrzeć nie może. Chyba trzeba wymyślić jakiś bonusowy system lusterek, żeby mogła obserwować nieustannie.

W ramach kompletowania na szybko kuchennego wyposażenia (oraz w ramach budowania opozycji do niezdrowej przecież mikrofalówki) młode małżeństwo dorobiło się dziś parowara (właśnie… jaki staż sprawia, że jest się już małżeństwem starym? albo starym dobrym?). Od dawna mi po głowie chodził ów parowar, a przyjście na świat Podmiotu Lirycznego i związane z tym mniej lub bardziej uzasadnione potrzeby zdrowego żywienia dały nam odpowiedni pretekst. Ja dokupiłem do tego wreszcie nowe spodnie (zakup planowany od dawna) oraz czapę zimową z futrem, uszami w kratę szkocką (zakup jak najbardziej impulsowy).

W toalecie centrum zasłyszałem dialog następujący pomiędzy tatą a jego synem (młodym jeszcze):
- Tu nie sikamy, bo to za wysoko – powiedział tato.
- Ale tato, ja dosięgnę! – zawołał powodowany wewnętrznym głosem ambicji syn.
- Nie dosiegniesz… – powiedział lekko zrezygnowany tato, rzucił na mnie okiem i zaciągnął syna do kabiny.
Kurtyna

Dzień 54

4 komentarzy

Podmiot Liryczny uporządkował trochę nasze życie, nadał czasową strukturę i wprowadził (co paradoksalne) więcej spokoju. Wiadomo mniej więcej co następuje po sobie. Godzina po godzinie, dzień po dniu. Jest zależny od nas, a my także jesteśmy (z przyjemnością) zależni od niego. Sobotnie poranki są niezwykle przyjemne gdyż: a) śpię nieco dłużej, b) jest czas na śniadanie inne niż płatki lub parówki, c) jest czas na kawę w domu, a nie w pracy, z której małżonka niezmiennie pobiera dwa łyki jako haracz, d) idę na spożywcze zakupy poszaleć.

Chodzić po sklepach nie znoszę, z jednym wyjątkiem – właśnie zakupów spożywczych. Z jednej strony mam starannie przygotowaną listę potrzeb, z drugiej strony zamieniam się w impulsowego szaleńca, który reaguje, kiedy jakiś głupi pomysł wpadnie mu do głowy. Jakiś czas temu był sernik z pudełka, a dziś np. syrop Irish Cream do kawy. Są też porcje jogurtów i deserów, czyli moich małych poobiednich przyjemności. Była też bajaderka. Na szczęście do sklepu mam blisko, bo temperatura poranna u nas to -19.

Jestem szczęśliwym posiadaczem zrobionego na drutach przez teściową kolorowego, szalenie długiego szalika. Jest piękny, ciepły i posiada status quasi-relikwii. Zauważam ostatnio, że dziwnie patrzą się na mnie małe dziewczynki – takie w wieku 6-8 :). Ciekawe dlaczego?

Dzien 52/2

6 komentarzy

No nie mogę. Samochód, mimo strasznego mrozu, zapalił. Matka PL postanowiła pojechać wymienić akumulator, a przy okazji zrobić zakupy. Oznacza to jednak, że musiała zostawić mnie i Podmiot Liryczny samych. Od momentu wyjścia dzwoniła już cztery razy, co się dzieje, czy może jechać do sklepu, a czy na pewno może jechać do sklepu i co on właściwie robi. Rzecz w tym, że on na razie za wiele robić nie może i zarówno jego, jak i moje możliwości są ograniczone. Jeść dałem, uspokoiłem i pilnuje, żeby jednak spał. Czekam na kolejny telefon ze sklepu. Byłoby zabawnie, gdybym powiedział, że coś się dzieje, a MPL zostawiła wózek wśród półek i pędem ruszyła przed siebie. Potrafię to sobie nawet wyobrazić, choć oczywiście tego nie zrobię.

MPL wyczytała gdzieś, że dobrze jest, aby PL zasypiał mając w pobliżu głowy pieluchę. Nie wiem do końca o co chodzi, czy to zapach, czy po prostu ma lubić, jak coś jest przy głowie. Niemniej jednak przy tej okazji zdarza się czasem tak, że ręce, których jeszcze szkrab kontrolować do końca nie potrafi, zamieniają się w małe  turbiny, czy też śmigła, zgarniając pieluchę prosto na głowę i twarz. Częstotliwość ruchów się zwiększa, czemu towarzyszy okrutny krzyk. A to tylko miła w dotyku pielucha. I jest to na swój sposób zabawne.

Było dziś USG stawów – udane i przespane w całości. Podobnież PL zrobił furorę w chuście taką, że się zleciało pół ośrodka, żeby podziwiać taki ewenement.


  • RSS