podmiot-liryczny

Czyli o (r)ewolucji w życiu pewnego małżeństwa

Wpisy z tagiem: zdrowie

Można trochę podsumować ostatnie dwa tygodnie w życiu naszego syna. Najważniejsza kwestia to oczywiście zdrowie. Jest dobrze. Rehabilitacja przynosi nadzwyczaj szybkie rezultaty. Nie ma już niemal śladu po rogalu i nadmiernym napięciu. Jeszcze trzeba powalczyć troszkę z mięśniami szyi i jedną ręką, ale w zasadzie jesteśmy już na finiszu. PL już odkrył do czego służą ręce – wyciąga, chwyta, tarmosi włosy mamy i taty, rzuca szeleszczącą książeczkę, czy też poluje na spadającą pieluchę. Do tego radośnie cedzi przez dziąsła dźwięki, takie jak „dzzzz” i „sssss”. Przy okazji śpi trochę lepiej (zdarzało się już jedno budzenie nocne), choć od czasu , kiedy odkrył możliwość przewracania się na bok samemu, trochę trudniej nad nim zapanować zarówno przy przewijaniu, jak i zasypianiu.

Zmienia się także menu. Do mleka sztucznego doszło już jabłko, marchewka, czy zupa jarzynowa. Gotowany ziemniak też bardzo mu przypasował. PL wszystko zjada ze smakiem. Chyba nie wdał się w tatę, który za młodu niejadkiem był straszliwym. Na widok łyżeczki buzia się rozwiera. To samo zresztą na widok butelki ze smokiem. Efekty zresztą widać – waga: 6850 g. Za dwa tygodnie włączamy mięso i pewnie zaczniemy sami gotować posiłki, bo słoiczki kosztują, oj kosztują.

Długi weekend spędziliśmy częściowo w Wielkim Mieście. Z atrakcji zafundowaliśmy sobie długi parkowy spacer ze znajomymi. My ze stacjonarnym Podmiotem Lirycznym w wózku, oni z dwójką własnych i dwójką zaprzyjaźnionych dzieci. No i mieliśmy przedsmak tego, co nas może czekać w przyszłości. Jedno dziecko na rolkach, drugie na rowerze (to dwójka starsza i nieco bardziej odpowiedzialna), jedno na hulajnodze i najmłodsze piechotą. Ogarnięcie i upilnowanie takiej radosnej czwórki to niezłe wyzwanie. Najmłodszy oddalał się na kilkadziesiąt metrów, bo oczywiście chciał prowadzić, na dość wyraźne krzyki reagować raczej nie chciał. Skończyło się to kilkoma spięciami, buntem itd. Trzeba mieć oczy dookoła głowy. Wydaje się, że młodym rodzicom muszą rozwijać jakieś dodatkowe umiejętności percepcyjne i funkcjonowanie wielozadaniowe, a także wyobraźnia przestrzenna oraz talent strategiczny do przewidywania kilku kolejnych kroków. Niemniej jednak pogoda dopisała i spacer należy zaliczyć do udanych.

Jesteśmy już niezależni lokalowo-wyjazdowo nieco bardziej, bo weszliśmy w posiadanie beżowo-brązowego łóżeczka turystycznego. Fajny gadżet – dwa poziomy, lapka i pozytywka, moskitiera, przewijak, funkcja kołyski nawet, ale z niej jeszcze nie korzystaliśmy. Dzięki temu moja siostra będzie mogła sobie przypomnieć, jak to jest mieć w domu dziecko kilkumiesięczne. Ale to podczas następnej wizyty. Wyszukaliśmy też fajny namiot. W przedsionku łóżeczko się zmieści bez problemu, także będzie szansa na wakacje pod namiotem, choć jeszcze pewnie nie w tym roku.

Podmiot Liryczny miał także okazję uczestniczyć w prawdziwym grillu. Mieliśmy ogród do dyspozycji, także mogliśmy zaprosić teściów i siostry małżonki. PL szczęśliwy, bo rąk do noszenia, zabawiania i wożenia nie brakowało. W menu: kaszanka, kiełbaski, boczek, karkówka, piersi z kurczaka… Szaleństwo po prostu.

Jasne już to, że oczy ma po mojej babci od strony taty. Bez dwóch zdań.

I chyba na razie wystarczy… :)

Wszystko nam się powoli klaruje. Wczoraj udało się małżonce wbić z Podmiotem Lirycznym do chirurga, który wszystko zbadał i zlecił USG szyi, które nie wykazało niczego nieprawidłowego z mięśniami. Zostaje nam jeszcze jutrzejsza wizyta u neurologa, także napięcie mięśniowe zapewne zostanie oficjalnie zapisane na papierze. Mam nadzieję, że dzięki temu dostaniemy też lekarskie skierowanie na rehabilitacje, która zresztą już trwa i przynosi efekty, ale papierek da szansę na prowadzenie jej bezpłatnie. Dawno nie mieliśmy tyle do czynienia ze służbą zdrowia. Do tej pory było to jednak doświadczenie incydentalne. Wolny termin na badanie neurologiczne był na… listopad, ale udało się uprosić panią, że to taki 3-miesięczny malec, że trzeba szybko, itd. I to nawet nie my upraszaliśmy, ale lekarz. Dobrze, że mieszkamy trzy kroki od szpitala.

Podmiot Liryczny ma podręcznikowe objawy problemów glutenowych, także Matka Podmiotu Lirycznego przechodzi na nieco bardziej rygorystyczą dietę. Żeby nie kusić losu dieta będzie też pozbawiona mleka, także zapowiada się ciekawe kulinarne życie. Najważniejsze jest to, że może jeść ziemniaki. Pozbawienie jej tego składnika byłoby zdecydowanie straszniejsze. Ale w imieniu jej się pochwalę, po 102 dniach od porodu jej waga wynosi „-1 kg” od stanu przed porodem. A ponieważ szczęśliwa mama = szczęśliwe dziecko = szczęśliwy tato, ogólny poziom szczęścia na świecie wzrasta. Tak czy inaczej, jeżeli znacie jakieś ciekawe przepisy ze świata kuchni ograniczonej, to ślijcie :)

Mimo wszystko jakoś jesteśmy spokojniejsi. Podmiot Liryczny nagradza rodziców rozsyłanymi uśmiechami, większym spokojem, cierpliwością (w miarę) podczas ćwiczeń. Dzięki ostatniemu maratonowi lekarskiemu nieznane staje się oswojone, bo wiemy już, że można sobie z tym wszystkim poradzić, a słowo rehabilitacja nie brzmi już jakoś złowrogo i przerażająco. Teściowa radzi znakomicie i młodzi rodzice jakoś sobie z tym wszystkim radzą i czują się coraz mocniejsi.

Dzień 51

Brak komentarzy

Porobiło się trochę. Wczoraj wieczorem temperatura lekko podwyższona. Co prawda piszą, że 37 stopni nie jest problemem u maluchów, a raczej norma, ale ponieważ generalnie Podmiot Liryczny temperaturę miał zwyczajowo niższą, to wolimy chuchać – nomen omen – na zimne. Potem spadło, dziś rano znów lekko podrosło. Mimo, że nie są to wartości niepokojące, to wygląda jednak, że jakaś walka wewnętrzna się odbywa. Ja w dodatku czuję, że mrozy nie służą mi do końca, a MPL też narzeka na gardło. (głos wewnętrzny mówi mi – „no i co? przecież zima jest?).

Ma to swoje dobre strony, bo możemy trochę odizolować matkę/teściową, która w innej lokalizacji może gotować nam tyle przysmaków, ile dusza zapragnie. Przynajmniej MPL będzie żyła troszkę spokojniej. Ma to też strony gorsze, gdyż a) nie wybiorę się na narty, bo zimnica straszna i krótki wyjazd nie miałby nic wspólnego ze zdrowym rozsądkiem, b) martwienie się ogólnie przyjemnie nie jest, jeszcze mniej przyjemne patrzenie jest, jak martwi się małżonka, a ona z przyczyn obiektywno-subiektywnych martwi się bardziej. Choć wygląda na to, że powodów do zmartwienia nie ma, a cała sytuacja jest opanowana całkowicie. Oby, oby.


  • RSS