podmiot-liryczny

Czyli o (r)ewolucji w życiu pewnego małżeństwa

Wpisy z tagiem: żłobek

Pan Wojtek przespał dziś całą noc. Nie byłoby w tym nic oszałamiającego, gdyby nie to, że była to druga przespana w całości noc w jego życiu. Matka PL, która obudziła się rano, była w szoku. A PL? Po porannym pierwszym przebudzeniu dostał pić i… poszedł spać dalej. To be continued – mamy nadzieję.

Podmiot Liryczny zaczyna słyszeć muzykę i przy okazji zaczyna tańczyć. Taniec na razie oznacza kiwanie się tułowiem i machanie rękami – niekoniecznie w pozycji stojące, może być siedzącej – ale bez wątpienia są to chaotyczne ruch do muzyki, bowiem jasno i wyraźnie domaga się uruchomienia radia. Cisza nie sprzyja tańcom.

Matka PL raportowała, że piesza podróż relacji żłobek-dom trwała mniej więcej 50 minut. Przyczyna tego dość sporego czasu (to mniej więcej kilometr spaceru) była bardzo prozaiczna. W jednym ręku PL dzierżył małą wieżę z mniej więcej 10 klocków, która co jakiś czas się rozpadała i trzeba było wszystko poskładać do kupy. Żeby tego było mało, w drugim ręku znajdował się kręcący głową hipopotam na pałąku, którego pcha się przed sobą. Dzięki temu wysiłkowi dziecko poszło spać znacznie wcześniej niż zwykle, co może być dla rodziców pewną interesującą wskazówką.

W żłobku zrobiono pierwsze zdjęcie grupowe z udziałem Podmiotu Lirycznego. Siedzi z boku na kolanach pani i na szczęście ma zamkniętą buzię. Większość dzieci nie ma, co wygląda przedziwnie. Powstał też kolejny portret, który po raz kolejny pokazuje nieco przestraszonego dziwną sytuacją chłopca.

Matka PL czyta, szuka, zagłębia się, zgłębia wiedzę i poszerza horyzonty. Wychodzi jej na to, że będący w 19. miesiącu życia PL odczuwa teraz bardzo silny lęk separacyjny i dla niego wychodzący gdzieś rodzic jest rodzicem znikającym na zawsze. Przyznać trzeba, że to jest perspektywa nie do pozazdroszczenia. Co prawda owa panika zanika szybko, ale współczujemy. Zdaniem poszukującej Matki PL dochodzi do tego jeszcze ‚bunt dwulatka’. Stąd kumulacja tupnięć, krzyków, protestów, domagań się, że ma być tak, a nie inaczej, że ‚jeżeli chcę, żeby to mama podała mi picie, to ma być to mama, a nie żaden tata’. I tak dalej.

Z frontu żłobkowo-chorobowego: wygląda na to, że to jednak różyczka. Wszystkie dzieci, które były szczepione, zniosły to dość lekko i przychodzą do żłobka. Natomiast dzieci nieszczepione zostały rażone piorunem choróbska i spędzają radosny czas poza żłobkiem, w towarzystwie z pewnością szczęśliwych rodziców.

Matka PL kupiła kubek ze słomką. Na razie nadaje się on do wszystkiego, tylko nie do picia. Mamy czas.

Gorąco. Za gorąco.

Nadal ani śladu choroby. Czymkolwiekby ona nie była, bo ponoć diagnoz jest już kilka. A to różyczka, a to szkarlatyna, a to jednodniówka z wysypką, trzydniówka z gorączką i wysypką. Jakaś magia absurdalna. Zamiast wysypki PL przyniósł tylko spodnie zazielenione. Bieganie w ogródku zaliczone. Zbieganie ze zjeżdżali zaliczone, a Matka PL zaczyna się przekonywać o tym, że plamy z trawy schodzą trudno. Jak w reklamie. A krzyków to się nasz panicz nauczył od jakieś Julki.

Siedzimy sobie na kanapie. PL popiskuje seriami, próbując zwrócić naszą uwagę. Starszyzna ignoruje. Po piętnastej, czy tam szesnastej powtórce PL sięgnął ręką do twarzy Matki PL i brutalnie obrócił jej głowę w swoją stronę domagając się uwagi. Ot, co.

A dwa sojowe jogurty dziś wchłonął jedną dziurką od nosa. Nawet nie zauważył :). I podobno płakał, kiedy poszedłem do samochodu przynieść zostawiony tam telefon. Dziwne. Płacze też, kiedy Matka PL wychodzi… do toalety :).

PL przeżył dziś dzień w żłobku, ale siedmioro dzieci wróciło wcześniej do domu. Szkarlatyna chyba zbiera swoje żniwo. Mamy nadzieję, że naszego to nie ruszy (odpukać!). Byłoby dobrze. Jedyny raport żłobkowy dotyczył dziś skarpet. Panie uznały, że nie będą go powstrzymywać przed ich ciągłym ściąganiem i pozwalają mu biegać boso. W sumie słusznie. Niech się cieszy umiejętnością własnoręcznego pozbywania się części garderoby. Na razie to tylko skarpety (czasami próbuje ściągać rajstopy – z mizernym skutkiem) i czapka (jeśli rozwiązanie troczków się powiedzie).

Kują w mieszkaniu pod nami. Mocno. Wybraliśmy się więc na popołudniowy spacer i przy okazji odwiedziliśmy Prababcię PL, u której już sporo nas nie było. Dla PL takie spotkanie jest jeszcze w zasadzie niedostrzegalne, bo to jakieś dziwne inne miejsce, inne zapachy, kolory, meble, kryształy stojące na półkach, inny pilot od telewizora i ptaszek w klatce. I do tego starsza pani, znaczenia której on jeszcze po prostu nie rozumie. Ale prababcia mogła zobaczyć prawnuka na moment. Nie jest z jej zdrowiem najlepiej i choć mam nadzieję, że jeszcze będzie z nami długo, to nie wygląda to szalenie optymistycznie. I po dzisiejszym spotkaniu doskonale wiem, po kim odziedziczyłem cierpliwość i pogodne podejście do życia.

Chyba w żłobku jest jakieś dziecko, które mocno i gwałownie wyraża złość i sprzeciw, bo takie zachowania od niedawna znalazły się także w repertuarze PL. Chyba to tam podpatrzył, bo do tej pory wszelki sprzeciw przebiegał znacznie łagodniej. Nie ma tragedii, jednak rodzice kontratakują. Nie będzie miał z nami tak łatwo. Oj, nie :).

Podmiot Liryczny podwędził koleżance ze żłobka biszkopta. I to jeszcze glutenowego. Ponoć nawet nie zdążyła do niego się ruszyć, a on już! Haps. Zresztą jakiś czas temu wcześniej przejął (od innej koleżanki) kotleta. Także już wiadomo, że w jego przypadku powiedzenie „przez żołądek do serca” będzie miało zastosowanie praktyczne.

W ciągu dnia zadzwoniła pani ze żłobka: Podmiot Liryczny ma 37 stopni. Matka PL urwała się z pracy, pojechała do lekarza i… nic. Wszystko czysto, pięknie… Po prostu okaz zdrowia. Zresztą po odgłosach radosnego gadania jeszcze przed gabinetem wiedziała, że coś tutaj nie gra. No i co – symulant? No i co z takim szkrabem zrobić?

Małżonka skorzystała z nadprogramowego czasu wolnego i wreszcie kupiła sanki. Śniegu spadło sporo, także da się już jeździć. PL rozsiadł się zatem w pokrowcu i mógł rozkoszować się przejażdżką w całkowicie nowym wymiarze z Matką w roli pociągowego muła, czy też konika, albo renifera…

Panie żłobkowe doniosły, iż Podmiot Liryczny był jednym z dwojga dzieci, które nie poryczały się na widok Mikołaja. Z godnością przyjął prezent – pluszowego pieska, który jednak nie robi na nim wiekszego wrażenia. Ot, maładiec. Według relacji najbardziej zestresowanym bohaterem dnia był sam Mikołaj, który straszliwie się spocił, bo stresowawły go ryczące dzieci.

Kurtyna.

To już dziewięć miesięcy naszego wspólnego tworzenia najmniejszej komórki społecznej. PL właśnie turla się po kudłatym dywanie, starając się dotrzeć do ciekawych zakamarków – do schowka pod kominkiem, gdzie np. można znaleźć pogrzebacz, do regałów, gdzie aż kuszą grzbiety książek, zwłaszcza te lekko odstające, czy też do półki z elektroniką, bo przecież można poprzyciskać te wszystkie fajne rzeczy. Wczoraj zostawiłem na podłodze pilota, który dziś padł łupem jakże szczęśliwego chłopca. Na razie słowa „nie wolno” nie robią żadnego wrażenia.

W pracy mam na ścianie takie zdjęcie bardzo małego PL, który leży na łóżku. Nie umiał wtedy wiele. Kiedy teraz obserwuje się go przy zabawie, to jest zupełnie inny człowiek. Turla się z boku na bok (to jego sposób poruszania się na podłodze, o raczkowaniu narazie nie myśli w ogóle), ręce fruwają w jedną i w drugą stronę łapiąc wszystko, co znajdzie się w zasięgu. Jeszcze niedawno duża kaczka w wannie wywoływała frustrację, bo była za duża, a teraz jest zabawką ulubioną do kąpieli, bo ma jeszcze taki fajny kapelusz, który można włożyć do buzi. Kojarzy już, co to znaczy „zrobić puk, puk”, i różne inne dziwy. I do tego są jeszcze dwa pierwsze zęby, które też zaczynają się przydawać. Np. marchewka jest ciekawa dlatego, że można ją włożyć do buzi i troszkę sobie z wierzchu zetrzeć. A przy okazji jakiś ciekawy dźwięk się pojawia.

MPL w ramach socjalizowania syna postanowiła, że będziemy się starać jeść razem obiady. To znaczy rodzice jedzą z talerzy, a PL kombinuje co zrobić z tym, co leży przed nim na tacce do krzesełka. Dziś były ziemniaki, troszkę buraka i cielęciny. Mniej więcej połowa trafiła na ziemię, część została wtarta w ubranie, ale część rzeczywiście dotarła do miejsca przeznaczenia. Ale największa radość PL to tłuczenie ręką w to jedzenie, przyklepywanie go, rozgniatanie w rękach i takie tam. Dzika przyjemność.

I o metkach jeszcze chciałem napisać. Metka to najciekawsza i przy okazji najsmaczniejsza rzecz. PL potrafi ją dostrzec wszędzie, przy zabawkach, ubraniach, itd. I natychmiast każda ląduje w buzi. Niektóre wyglądają już, jakby przeszły jakieś straszliwe doświadczenia – wymięte, poskręcane, trochę pourywane… Metka – to jest to.

Zimno dziś i pada, więc MPL ubrała syna do żłobka w gustowne zielone rajstopy w paski jakieś jeszcze. Okazało się, że będą dziś robić jakieś zdjęcia. Ciekawe, czy Podmiot Liryczny kiedyś nam wybaczy :)

„Jest mu tam chyba dobrze” – to podsumowanie Matki PL po tygodniu żłobkowania. Zatem duża zmiana mentalna nastąpiła w ciągu tego tygodnia. To bardzo pozytywne. Patrząc na to obiektywnie, rzeczywiście jest dobrze. PL lubi to miejsce, panie zaczęły wyczuwać jego przyzwyczajenia: że do zasypiania warto ponucić, że czasami trzeba w wózku, że lubi trzymać sobie coś w ręku. Wczuły twardszy brzuszek, co okazało się efektem stosowania bebilonu 2 – jeszcze za wcześnie, karmią własnymi zdrowymi zupkami, bawią się, itd. Jest też – co cieszy – dobry dialog pomiędzy nimi a Matką PL, która każdego dnia przynosi nowe rewelacje. No i przy okazji korzysta jak się da z tych kilku godzin bez dziecka. Od przyszłego tygodnia zaczynamy już pełną opcję, tzn. 4 żłobkowe godziny. Porównując sytuacją z tą z ubiegłej niedzieli, jesteśmy w zupełnie innym miejscu.

Zresztą wydaje się, że PL może mieć teraz pewne obiekcje jeśli chodzi o powrót do domu, bo fala miłości, przytuleń, całusów, która spada na niego po powrocie do domu jest ogromna. Dzięki temu zupełnie inaczej wygląda też nasz weekend, bo w domu o poranku jesteśmy wszyscy.

Instytucja „ciotki dobra rada” działa nam trochę na nerwy, ale chyba udało mi się wytłumaczyć małżonce, że opinie typu: „do żłobka? tak wcześnie?”, „a może jeszcze posiedzisz z nim w domu?” i wszystkich innych wypowiedzi sugerujących, że oddanie dziecka do żłobka jest przestępstwem dokonywanym na jego ciele i umyśle, należy przyjmować życzliwie i zupełnie nie zwracać na nie uwagę. Żłobek jest decyzją naszą, odpowiedzialną, przemyślaną i wynikającą z przesłanek pozytywnych, a nie negatywnych. Rodzina funkcjonować musi. W sytuacji, kiedy jesteśmy tu jednak sami, a pracodawca życzliwie podchodzi do kwestii godzin pracy w pracy, 4 godziny żłobka to wyjście racjonalne, acz kompromisowe, bo oczywiście lepiej byłoby dostać duży spadek, albo wygrać w lotto, zatrudnić dwie nianie i w dodatku nie pracować.

Zmiany trwają inne także. Mleko nie jest już posiłkiem tak pożądanym. Wczoraj PL wrąbał prawie cały słoik ziemniaków ze szpinakiem. Zastanawiam się nawet, czy to mój syn, bo ja szpinaku nie znoszę :) Tutaj przeszły geny matczyne. W ogóle – je w zasadzie wszystko tak, że uszy mu się trzęsą. Potrafi też już komunikować dość czytelnie, że chce butelkę. Na jej widok reaguje albo ogromnymi rozdziawionymi ustami, albo też kręcącą głową i machaniem rąk. Kręcnie głowy to zresztą jego ostatnie odkrycie. Czasami kręci tak, że ciężko go na rękach utrzymać. Niestety tę samą procedurę uruchamia, kiedy Matka PL próbuje oczyszczać patyczkiem nos.

I jeszcze należą się słowa podziękowania dla Babci PL, która dawno temu podarowała nam gumowego kraba do kąpieli. Małe to i proste – ot, pomarańczowe ciałko i dwa wielkie wyłupiaste oczy. Emocje, które wzbudza ta zabawka w Podmiocie Lirycznym na razie nie równają się z niczym innym. Widok kraba pobudza do tego stopnia, że jest w stanie wychlapać pół wanienki wody spokojnie. Uruchamiają się wszystkie kończyny. Natomiast kiedy jest na brzuchu, uruchamia się moduł polowania na kraba rączkami. Przezabawny i pocieszny widok. W dużej wannie natomiast można kraba nogami kopać tak, żeby wpadał pod strumień wody lecącej z kranu.

Kupiliśmy sobie miękki dywan do pokoju, dzięki czemu możemy się walać po podłodze. Tego naprawdę brakowało. Kupiłem sobie też z synem nowe skarpety. Oto one:

Było ciężko. Trzeba przyznać. Nie ze żłobkiem, ale przed żłobkiem. I nie dla PL, ale dla Matki PL. Łzy były i nerwów zbyt dużo. Przecięcie tej niewidzialnej pępowiny wcale nie jest proste i wywołuje emocje ogromne. Matka PL spać nie mogła, kreśliła scenariusze godne mistrzów horroru, analizowała drzemiące w niej pokłady podłości itd. Lekko nie było, ale chyba wszystko udało się poukładać i zracjonalizować. Że to nie podłość, a odpowiedzialność, że scenariusze mogą być raczej komediowe, czy też familijne, i że nerwów na zapas po prostu szkoda, bo projektowanie przyszłości można zostawić jakimś chiromantom, czy innym wróżom.

Nadszedł dziś zatem dzień sądny. Pojechaliśmy we trójkę. Żłobek wygląda bardziej, niż przyzwoicie i robi dobre wrażenie. Naprawdę. Dziś trójką maluchów opiekowały się dwie panie (jedna z nich ma w żłobku swoją wnuczkę), a normalnie dzieci bywa szóstka-siódemka. Sala wyglądała tak kolorowo i przyjemnie, że PL po prostu zobaczył i zapomniał, że istnieją matka, ojciec. Zabawek pełno. Zadowolony usadowił się rękach pani i dziecka nie ma. Kiedy wróciliśmy dwie godziny później PL raczej nie chciał wracać i chyba nawet nie zauważył, że jakaś szczególna zmiana w jego życiu nastąpiła. Podobno nie płakał, bawił się, zjadł mleko i trochę pospał. Zatem dwie pierwsze żłobkowe godziny zaliczone. Po wszystkim Matka PL nawet się uśmiechała, bo chyba wiele z jej barków spadło ciężaru.

Chciałbym tylko powiedzieć, że mówiłem: „a nie mówiłem, że dobrze będzie?”. Mówiłem. Po prostu rośnie nam Podmiot Liryczny i czas zaliczać kolejne etapy rodzinnego funkcjonowania, choć oczywiście jako człowiek, który w żłobku nie był, a w przedszkolu spędził dwa dni, mówię to troszeczkę na wyrost :).


  • RSS